MEE audio (dawniej MEElectronics), to jedna z najbardziej zapracowanych firm na rynku słuchawkowym w 2015 roku, ciągle szykowali jakieś nowości, z których część zawitała na naszych łamach. Armatury, dynamiki, dokanałowe, nauszne, basowe, jasne analityczne, wersje z kablem, wersje bez kabla – atak na wszystkich frontach.

Dziś, jakże by inaczej, kolejna nowa rzecz na naszym rynku, czyli M7P. Są to słuchawki dokanałowe przeznaczone do uprawiania sportu i zostały wycenione na 129 złotych. Można je dostać w czterech kolorach: czarny, niebieski, zielony (wpadający w żółty) oraz czerwony, z czego do nas trafiła ta ostatnia wersja.

Co prawda okres zimowy może nie do końca sprzyja takim zakupom, jednak pogoda nas rozpieszczała w tym roku, a i ruch w śniegu nie zaszkodzi.

 

Pudełko w jakim dostajemy nasze dokanałówki, to standardowy nieduży kartonik zawierający podstawowe informacje o słuchawkach i wyposażeniu oraz grafiki je przedstawiające. Przednia „ścianka” jest uchylna i pod nią znajdziemy okienko podglądowe na M7P oraz skróconą instrukcję obsługi.

Po otworzeniu pudełka wysuwamy plastikowe opakowanie, w którym umieszczono słuchawki, akcesoria oraz dość grubą instrukcję w czterech językach (polskiego brak).

W skład wyposażenia wchodzą:

  • sztywne okrągłe etui z nadrukowanym logiem MEE,

  • trzy pary pojedynczych silikonowych nakładek w rozmiarach S, M oraz L (biel przechodząca w kolor słuchawek),

  • jedną parę podwójnych tipsów w rozmiarze M,

  • klips do przypinania kabla do ubrania.

Jak więc widać, jest to przyzwoity standard w tym budżecie i na początek w pełni wystarczający zestaw.

M7P 2

Co jest nietypowe przy tej cenie, to konstrukcja samych słuchawek. Odporność na pot (norma IPX5, powłoka liquipel), to rzecz oczywista w sprzęcie przeznaczonym do użytkowania w czasie wysiłku, ale dalej robi się ciekawiej.

 

Jaka część dokanałówek najczęściej uszkadza się podczas ruchu? Oczywiście kabel. Tu nie musimy się specjalnie martwić, gdyż jest on odpinany. Coś przerywa i wymieniamy sam przewód zamiast całych słuchawek. Wydaje się jednak, że za często nie będziemy musieli go zmieniać, bo ten standardowy wydaje się dość wytrzymały – solidna gumowana powłoka, bardzo elastyczna odgiętka przy mini-jacku a sam wtyk jest kątowy. W czerwonej wersji wygląda to dość tanio, ale w ręce sprawia już lepsze wrażenie.

Spliter jest dość spory i przypomina ten stosowany w MEElectronics M6 Pro. Prócz rozdzielania przewodu do każdej słuchawki, mamy jeszcze dwie przydatne rzeczy: od strony frontu znajduje się pilot do telefonu wraz z mikrofonem, a z tyłu fizyczny potencjometr pozwalający zmieniać głośność w biegu, dzięki czemu nie musimy się martwić o jego kompatybilność z danym telefonem lub odtwarzaczem – działa wszędzie.

Idąc w górę, znajdujemy rozwiązanie pośrednie pomiędzy zwykłym przewodem, a odcinkiem pamięciowym. Ostatnie 10 centymetrów przed kopułkami, to lekko zaokrąglona i sztywniejsza część kabla zakończona niedużym kawałkiem plastiku (prawdopodobnie pełni on funkcję obciążnika).  Dzięki temu przewód siedzi pewnie za uchem, a nie ma przy tym dyskomfortu jaki może sprawiać grubszy i sztywniejszy odcinek pamięciowy. Wada? Efekt mikrofonowy. Gdy ruszyłem wokół jeziora niemal od razu zacząłem słyszeć jak ta część szura o moją głowę. Co prawda muzyka i nasz oddech potrafią to zagłuszyć, ale gdy poruszamy się spokojniej, gdzieś za miastem i z ciszej ustawionym odtwarzaczem, to może być to lekko irytujące.

M7P

Same kopułki, to typowe „łezki” przeznaczone do noszenia z kablem prowadzonym za uchem. Są mniejsze i wygodniejsze niż te stosowane w M6 Pro i przypominają skrzyżowanie Audeo z Shure Se215 (i bliźniaczymi). Po zewnętrznej stronie znajdziemy logo producenta oraz ciekawe żłobienia nadające wyglądowi bardziej dynamicznego charakteru. Strona wewnętrza jest już gładsza i zawiera oznaczenie strony słuchawki oraz otwór bass-reflex. Na samym końcu kopułek są oczywiście tulejki, mają one standardowy rozmiar T-200.  Co jest w nich niespotykanego, to ruchoma konstrukcja, podobna do tej, jaką stosuje VSonic w swoich kilkukrotnie droższych GR07. Pozwala to na lepsze dopasowanie słuchawek do ucha, co w połączeniu z niedużymi i smukłymi kopułkami daje jedne z najwygodniejszych słuchawek jakie miałem w uszach. Są one zbyt pękate by wygodnie w nich leżeć na boku, ale przecież M7P są przeznaczone do sportu, a nie leniuchowania.

Tłumienie dźwięków otoczenia jest przyzwoite, od większości rzeczy nas odetnie, ale przejeżdżający obok samochód usłyszymy. Osobiście bym nawet wolał mniejszą izolację, ze względu na bezpieczeństwo w trakcie intensywnego ruchu, ale to już kwestia indywidualnych wyborów.

 

Tu się kończą cechy fizyczne, więc czas na brzmienie. W testach pomagały następujące sprzęty: xDuoo X2, xDuoo X3, Fiio X1, Samsung Galaxy S6, xDuoo XD-05, Taga HTA-700B.

 

Bas, jak na słuchawki do sportu przystało, jest mocno zarysowany. Ma mocne uderzenie i sporą masę, choć jeszcze nie jest to poziom dla zadeklarowanego bassheada, ale nieco brakuje tu różnorodności. Jest to związane ze spadkiem w jego niższych partiach – poniżej 50Hz zaczyna się wygaszanie. Nieco podobne zjawisko następuje przy przejściu pomiędzy dołem a średnicą, ale akurat jest to pozytywna cecha, gdyż ogranicza zalewanie muzyki basem. Takie skoncentrowanie tonów niskich na mid-basie słabo się sprawdza w odsłuchach nagrań orkiestrowych, gdzie np. kotły są przygaszone i miłośnikom takiej „Carminy Burany” niekoniecznie bym polecał ten model MEE. W metalu stopa perkusji chowa się za gitarą basową, więc tu też niekoniecznie będzie to wymarzony wybór. Jednak wystarczy uruchomić jakąś playlistę zatytułowaną jako „workout” czy „fitness” i od razu wygląda to inaczej – dance, pop, R&B i inne gatunki w tych okolicach brzmieniowych, to pod nie były strojone M7P i to po prostu słychać. Granie zaczyna robić się bardziej energetyczne, bas pompuje energię i jest uwydatniony w odpowiednim miejscu.

 

Tony średnie są cofnięte i lekko matowe w odbiorze. Mimo wyraźnego osadzenia ich na basie, szybko można wyczuć przyciemnienie dźwięku, które hamuje dynamikę. Przy czym jest to wyczuwalne głównie na żywych instrumentach, które sprawiają wrażenie nie do końca zestrojonych. Fortepian jest lekko stłumiony, w gitarach akustycznych struny jakby nie do końca naciągnięte itp. Nie są to duże zmiany, ale zauważalne. Jednak czym więcej wchodzi nowoczesnej elektroniki, tym lepiej. Aczkolwiek nie dotyczy to tylko wcześniej wymienionych gatunków „fitnessowych”, w których bity są gładkie i przyjemne, bo te słuchawki poradzą sobie również w industrialu, aggrotechu i innych podobnych klimatach. Co ciekawe, podpięcie słuchawek pod źródło o cyfrowym brzmieniu (większość telefonów), pozwala częściowo zniwelować wady na średnicy.

Wokale są przekonywujące w odbiorze, choć trochę brakuje im żywszej barwy dla podkreślenia emocji. Spodziewałem się ich nadmiernego zgaszenia, szczególnie w mocnych męskich głosach, ale zostałem miło zaskoczony, gdyż trzymają się one swojego charakteru i nie są pozbawione werwy. Śpiew kobiecy również nie odbiega nieprzyjemnie w żadnym kierunku – jest solidnie, bez wpadania w zbędną sybilizację, choć nie porwą nas czyste operowe soprany.

 

Tony wysokie nie są zachwycające. O ile sam początek mają mocniej zaznaczony dla zwiększenia poczucia szczegółowości, tak dalej szybko się wygaszają i już talerze perkusji giną gdzieś w muzyce, a skrzypcom brak rozwinięcia i lepszej kontroli, przez co sprawiają wrażenie nieco nerwowych. Jednak znów, przestawiamy muzykę na bardziej popularne gatunki i M7P dostają wigoru, ale nie atakują słuchacza urokami słabej realizacji, a wygaszenie nie jest istotne, bo w takiej muzyce z reguły i tak niewiele się dzieje w wyższych partiach.

 

Scena jest dość dobra, ładnie potrafi rozciągnąć się na boki, choć trochę za często skupia się w głowie. Głębi oraz wysokości dużo nie uzyskamy, ale nie wypada gorzej niż u większości konkurentów. Takie już jest ograniczenie konstrukcyjne słuchawek dokanałowych.

Poszczególne plany wyraźnie się przenikają, przez co rozmywa się dokładna lokalizacja instrumentów na scenie.  Nie jest to jeszcze ściana dźwięku, ale brakuje bardziej dobitnego rozmieszczenia dźwięków w przestrzeni.

Szczegółowość również nie jest tym co przyciągnie do tych słuchawek. Nie jest jednak źle, jest po prostu przeciętnie, czyli uciekają nam mikrodetale, jednak główna część przekazu jest czytelna.

 

A z czym się zgrywa najlepiej bohater dzisiejszego testu? Zdecydowanie wygrał tu telefon – Samsung Galaxy S6. Lekko cyfrowy dźwięk dobrze kompensował braki tych słuchawek MEE audio, a całość grała w sposób wesoły i przekonywujący. Również dobre wrażenie pozostawiły po sobie Fiio X1 oraz xDuoo X2, które nadały dźwiękom większej masy i trochę je podbarwiły. Z przenośnych odtwarzaczy najsłabiej wypadł tu xDuoo X3 – było nudno i zbyt mało dynamicznie w niższych partiach, choć sam DAP potrafi zagrać wręcz agresywnie.

 

Jak widać, M7P dźwiękowo są takim średniakiem w swojej cenie – niczym się nie wyróżniają, mają słabe punkty, są mało uniwersalne, ale dobrze się sprawdzają w popularnej muzyce.

Tylko należy się zastanowić, czy to są słuchawki przeznaczone do delektowania się muzyką w domowym zaciszu. MEE audio twierdzi, że nie. I ja się z nimi zgadzam. O ile na co dzień w podobnej cenie mamy jednak lepsze sonicznie Zero Audio Tenore, Takstary Hi-1200, Brainwavz S0 czy MEElectronics M6 Pro, tak w treningu na zewnątrz jednak M7P wypadną lepiej.

Są bardzo wygodne, pewnie siedzą w uszach, zostały solidnie wykonane, możemy zmieniać kable i wilgoć im niestraszna, a przyzwoita jakość dźwięku sprawia, że dostajemy do rąk sprawne narzędzie do umilania nam ćwiczeń. Można się oczywiście zastanawiać, czy nie lepiej kupić M6 Pro, które potrafią wyciągnąć więcej z muzyki, ich konstrukcja jest podobna i również są odporne na pot. Tylko tu zostaje nie tylko kwestia dopłaty, ale i wyboru brzmienia – czy chcemy rozrywkowe brzmienie z uwydatnionym basem do fitnessowych playlist (M7P), czy raczej coś nastawionego bardziej na analizę i muzykę klasyczną (M6 Pro).

Za użyczenie sprzętu do testów bardzo, BARDZO serdecznie dziękuję sklepowi

logo heven

Advertisements