Dziś na tapetę trafiają ostatnie z dokanałowych słuchawek MEElectronics jakie otrzymaliśmy do testów – od jakiegoś czasu polecane M-Duo.

Jest to model posiadający po dwa dynamiczne przetworniki na każdą stronę i jak na taką konstrukcję został wyceniony na przyzwoite 179 złotych. Kwota o 10 zł niższa od niedawno recenzowanego M6 Pro tego samego producenta, więc atakują ten sam budżet. Czy firma nie robi sobie wewnętrznej konkurencji? A może te modele wchodzą w inne nisze? Postanowiłem to sprawdzić.

 

Na początek trzeba się zapoznać z tym co na zewnątrz.

Opakowanie jest dwuczęściowe: najpierw zdejmujemy kartonową obwolutę zawierającą opis zawartości oraz zdjęcia; pod nim jest pudełko z magnetyczną klapką skrywające słuchawki, akcesoria, sztywne etui oraz instrukcję obsługi.

Akcesoria M-Duo

Zdjęcia podebrane ze strony producenta.


Akcesoria w większości są dość typowe w tej cenie, czyli klips do przypinania kabla do ubrania oraz dobrej jakości nakładki z odpowiednim zróżnicowaniem:

  • trzy pary pojedynczych tipsów w rozmiarach S, M oraz L,

  • jedna para podwójnych silikonów,

  • dwie pary potrójnych nakładek – jedna mniejsza, druga większa, w zależności od uszu.

Pewnym zaskoczeniem był dla mnie ostatni dodatek jaki znalazłem w pudełku, czyli woreczek z żelem wyciągającym wilgoć. Takie rzeczy spotyka się raczej w droższych konstrukcjach, tak więc niby tani drobiazg, ale widać że producent chce troszczyć się o swój produkt.

 

Same słuchawki mają nowoczesny wygląd, ale z zachowaniem wyważonej estetyki. Zamiast krzykliwych kolorów barwiących fikuśne kształty, dostajemy czarno-metaliczne „łezki”. Wydają się więc one uniwersalne i bezpieczne, bo mogą się podobać, a raczej nie wielu się od nich odwróci, bo uzna je za zbyt brzydkie.

M-Duo - słuchawki

Kopułki wykonane są z aluminium, a na ich powierzchni można wyczuć delikatne żłobienia. Nie wiem czy służą do czegokolwiek (może lepsza wentylacja przy zetknięciu z uchem?), jednak sprawiają przyjemne i solidne wrażenie. Minusem użytego materiału jest jego podatność na niskie temperatury. Wystarczy, że na zewnątrz jest tylko kilka stopni na plusie i na kilka sekund postanowimy wyciągnąć słuchawki z ucha, to ponowna aplikacja przez pierwszą chwilę skutkuje średnio przyjemnym chłodem.

Kształt kopułek umożliwia noszenie słuchawek w sposób tradycyjny, jak i z kablem założonym za uchem. Ta druga opcja zmniejsza efekt mikrofonowy (który i tak nie jest duży), ale dla mnie okazała się mało wygodna, gdyż przewód ciągle wysuwał mi się zza ucha, a i dźwięk rozkładał się nierównomiernie. Temu drugiemu jest jednak winna budowa moich kanałów słuchowych,

 

Kabel jest chroniony gumową izolacją, dodatkowo wzmocnioną Kevlarem. Swoją grubością oraz fakturą przypomina mi przewód od Audeo PFE112, a te uchodzą za bardzo solidne, więc skojarzenie jak najbardziej pozytywne. Co jednak jest na minus w stosunku do Phonaków, to jego sztywność. Gdyby był bardziej elastyczny, byłoby świetnie, a tak jest dobrze z solidnym plusem.

Przy lewej słuchawce znajdziemy przycisk sterujący oraz mikrofon. Jakość rozmów jaką on prezentuje, stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie. W ich czasie nie miałem (ani druga strona) problemów z brzmieniem głosu czy zakłóceniami. Natomiast umiejscowienie przycisku i mikrofonu jest na tyle wygodne, że i w kurtce korzystanie z nich nie sprawia kłopotów.

Moje obawy budzi tylko wtyk mini-jack. Niby jest kątowy, więc odporniejszy, jednak niestety jest mocno wysunięty do góry i dodatkowo przedłużony, także mogą się zdarzyć jego awarie w nieco większej ilości, niż gdyby był niższy i krótszy.

 

Wygoda stoi na całkiem wysokim poziomie jak na klasyczną konstrukcję słuchawek. Nie jest to jeszcze „załóż i zapomnij” z Audeo, Westone czy choćby MEElectronics M6 Pro, ale nie miałem odruchu, by M-Duo ciągle poprawiać w uchu. Jest to tym większy plus, że same słuchawki są dość długie, więc kabel powinien ściągać je w dół. Całe szczęście tego nie robi i można na mieście korzystać ze spokojem.

Izolacja jest z kolei mocno uzależniona od użytych nakładek. Na pojedynczych dużo z dźwięków otoczenia przebijało się przez słuchawki, natomiast tri-flange całkiem skutecznie odcinały nas od świata. Dodatkowo można dokupić pianki w rozmiarze 400.

 

Przejdźmy jednak do samego dźwięku.

Producent chwali M-Duo pod względem basu, dynamiki i szczegółów, czyli należy się spodziewać grania typu V z akcentami na tonach niskich i wysokich oraz lekko chłodnego w charakterze. I w szybkim skrócie – w większości spełnia swoje obietnice.

 

Bas jest tutaj pierwszoplanowy, masywny i dynamiczny, ze szczególnym uwzględnieniem jego niższych i środkowych zakresów. Dzięki temu jest zróżnicowany, choć nie liniowy, a także pozwala poczuć solidne uderzenie oraz wibrację słuchawek przy mocno basowych utworach. Nie wylewa się on jednak na średnicę, mimo że wyraźnie nad nią dominuje. W MEElectronics nie zaprojektowali potwora, który za pomocą niskich tonów mieli wszystkie inne dźwięki i wypluwa je przerobione na swoją modłę. Tutaj jest jeszcze miejsce na przyjemne słuchanie bardziej zrównoważonych gatunków muzycznych. Dół jest co prawda przerysowany, stworzony dla wesołej rozrywki, a nie do kolacji z muzyką klasyczną, jednak jest dobrze trzymany w ryzach.

Osobny przetwornik odpowiadający za niskie tony dodał też ciekawy element, który nie zawsze występuje, ale potrafi zaskoczyć. Chodzi mi o minimalny pogłos. Nie jest to jednak ta zła, dudniąca wibracja, tylko nieco drapieżny i przyjemny pomruk, jakby siedział w środku mały subwoofer.

 

Za dołem wchodzi średnica, która jest, no cóż… średnia. Przy syntezatorach z reguły jest niemęcząco i kolorowo. Te leżące bliżej basu mają odpowiednie ciepłe wypełnienie, wyższe są szybkie i dynamiczne. Czyli tak jak powinno być.

Niestety problem zaczyna się przy żywych instrumentach, takich jak fortepian, gitara czy waltornia, które są stłumione i dziwnie oddalone, jakby ktoś muzyków przykrył kocem i postawił w rogu hangaru.

Podobnie wypadają wokale, które nie tylko chowają się za basem i uciekają od słuchacza, to jeszcze często są okraszone dużą ilością sybilantów, co jest wynikiem podbicia przełomu średnicy oraz tonów wysokich. I to podbicie, to chyba po prostu filozofia brzmienia wyższych modeli słuchawek MEElectronics z przetwornikiem dynamicznym – tak jest w M-Duo, tak jest w M6 Pro i pierwsze wrażenia o nadchodzącym flagowcu P1 wskazują na to samo. Jednak sam jego odbiór w dużej mierze zależy od połączenia z odtwarzaczem. Z xDuoo X2 na którym puściłem Wu-Tang Clan było mocno nieprzyjemnie, z Sansą Clip+ jest spokojnie i bezpiecznie, a Fiio X1 i Lumia 720 z owej górki wyciągają dużo dobrej dynamiki i odpowiedniego rozjaśnienia dźwięku, bez szkody dla słuchu.

 

Tony wysokie są dość ostre i suche. Nie rozciągają się przy tym specjalnie daleko. Odbija się to na talerzach perkusji, które wybrzmiewają trochę papierowo. Z kolei skrzypce są na początku ostrawe, po czym szybko się wygaszają.

Tutaj znów do głosu dochodzą syntezatory. Ciągle jest ostro i sucho, ale po wielu godzinach odsłuchów ciągle nie mogę powiedzieć, że mi to w nich przeszkadza. Jest w sumie wręcz przeciwnie, bo tworzy to dobrą równowagę do masywnego basu, tworząc udaną parę dla kolejnych bitów.

 

Scena dźwiękowa jest nadspodziewanie szeroka. Spodziewałem się klaustrofobii, a zamiast niej M-Duo oferują dobre rozciągnięcie muzyki na boki, uciekając z dźwiękami ze środka głowy (co akurat nie zawsze wychodzi na dobre, o czym wspominałem nieco wcześniej). Głębi jednak dużej nie uświadczymy i być może to jest powodem, dla którego między poszczególnymi sekcjami instrumentów brakuje nieco przestrzeni. Ma to swoje wady i zalety, bo choć może brakować „powietrza” w nagraniach, to jednak otulają one słuchacza i bardziej angażują go w muzykę.

Separacja jest przeciętna. Nie zachwyca analitycznością i precyzją, ale pozwala odróżnić od siebie instrumenty. Brakuje mi jednak lepszego śledzenia grania na nich i patrząc na konkurencyjny model M6 Pro widać, że producent może wycisnąć więcej w tym budżecie.

 

Słuchawki jak widać nie zawsze zachwycają, a poza kilkoma wyjątkami, muzyka metalowa czy klasyczna, były na tyle przerysowane, że traciłem przyjemność z ich słuchania. Ale o odsłuch poprosiłem też swoją dziewczynę, miłośniczkę trance’owych klimatów. I nie była to sprawa prosta, bo nie trawi takich testów, nie zna się, nie lubi i zazwyczaj odkłada słuchawki po kilku sekundach ze zdaniem „może być” lub „za mało basu”. Dla niej muzyka ma grać i sprawiać przyjemność, a rozkładanie wszystkiego na części pierwsze to jakieś dziwne zboczenie.

W przypadku M-Duo wyglądało to jednak inaczej – po kilku sekundach nie wylądowały one na biurku, a zostały w uszach, pomiędzy którymi pojawił się spory uśmiech. I to chyba większy niż przy FAD Adagio II i Xiaomi Piston v2, z których korzysta na co dzień.

I chyba właśnie do tego zostały stworzone te MEElectronicsy: dawanie radości przy kolejnych edycjach State Of Trance. Mnie nie zachwyciły, ale i nie należę do grupy docelowej. I zapewne dlatego M-Duo są obok swoich braci M6 Pro, a mimo tego, nie wchodzą sobie w drogę.

MuzoStajnia dziękuje za wypożyczenie sprzętu do testów sklepowi

AudioHeven

Reklamy