Dziś znów naszło mnie na narzekanie, takie na szybko, krótkie i marne stylistycznie. I to nie byle jakie narzekanie, tylko z gatunku „od dobrobytu poprzewracało mu się w dupie”. Bo marudzenie będzie na temat dużej ilości słuchawek, jakie za darmo mogę odsłuchiwać…

Nie wiem na ile jest to mój osobisty problem, ale czytając recenzje widać, że niewątpliwie dotyczy niejednego osobnika, który zajmuje się pisaniem recenzji.

O co chodzi dokładnie? O tęsknotę za Muzyką (dla odróżnienia w tekście, jako sztuka, a nie zbiór dźwięków, będzie z dużej litery). Spędzam z nią dużo czasu, szczególnie w „okresie testowym”, po południu, wieczorem, weekendową nocą, na zewnątrz i w domu. Można więc się zastanowić za czym niby mam tęsknić? Cóż, nie jeden rozbitek na morzu umierał z pragnienia, choć niby wody miał pod dostatkiem…

U mnie wygląda to tak:

Gdy dostaję lub nabywam coś, co ma być tematem recenzji, przynajmniej tydzień (w zależności od tego, czy mam ograniczenie czasowe) spędzam jak normalny człowiek – słucham sobie tego na co mam ochotę, czy to na spacerze, czy to przed snem, leżąc w ciemnym pokoju. Nieważne, czy jest to sprzęt za 50 złotych, czy za dwa tysiące, po prostu sobie dogadzam Muzyką. Nic, tylko pozazdrościć.

Później robię niemal to samo, ale przestaję słuchać Muzyki, zaczynam odsłuchy słuchawek. Czy mają odpowiedni bas? Czy podbicie na wysokich nie jest za duże? Jak głębia sceny koreluje z analitycznością? Czy lepiej podpiąć pod odtwarzacz A, czy może lepszy będzie B? Grają bliżej słuchawek X, czy raczej Y? Teraz pora na sprawdzenie ich w muzyce, której nie trawię, ale pokaże mi jak się w niej sprawują. Chwila, muszę poszurać kabelkiem, sprawdzić jak głośno zaszeleści w uszach… I tak się przewija dzień za dniem – masa muzyki, ale właśnie jakby bez Muzyki.

Zapewne niejeden sobie zaraz pomyśli, że przecież jedno drugiego nie wyklucza, można łapać te wszystkie informacje podczas przyjemnych odsłuchów. Nie zamierzam protestować czy się kłócić, bo wierzę i zazdroszczę. Ja na to jestem za głupi lub za romantyczny i za bardzo wsiąkam emocjonalnie. Zaczynam wnikać w klimat i orientuję się godzinę czy dwie później, że było świetnie, ale nie bardzo kojarzę, które dokładnie składowe dźwięku wpłynęły na taki odbiór. Ot, lecę z prądem i tyle. Jedynie określam swój w 100% subiektywny stopień fajności, więc taka „recenzja” mogłaby się zawierać w dwóch-trzech zdaniach (gdybym się rozpisał).

Dlatego co jakiś czas muszę robić sobie przerwy, odłożyć na tydzień czy miesiąc kolejne przesyłki ze sprzętem, odpocząć, znów posłuchać ulubionych utworów czy znaleźć coś nowego, co mnie porwie.

W końcu nie należy przemęczać materiału (znaczy się mózgu), bo jeszcze się człowiek zagubi w tym wszystkim.

I tak się zastanawiam czytając przeróżne testy, ilu cierpi na to samo co ja? Nie wiem, ale każdemu z nich współczuję, a najbardziej tym, którzy już dawno zapomnieli o muzyce, bo ta bez Muzyki jest szara i smutna…

Advertisements