Oriolus Finschi – Wysokie loty

Oriolus to marka stosunkowo nowa na rynku audio, bowiem oficjalnie założona została w roku 2015. Na naszym rodzimym z kolei pojawiła się dopiero w samej końcówce roku 2018, choć od razu z całym portfolio słuchawek, na które w obecnym momencie składają się cztery modele.

Finschi to model jednocześnie najmłodszy w ofercie i najtańszy, choć technologicznie oraz wizualnie nawiązuje do dwóch wyższych modeli. Ciekawostką dla niektórych może być to, że swą nazwę słuchawki tego producenta czerpią od ptaków z rodziny wilgowatych (Oriole – łac. Wilga), zaś nazwę testowanego modelu zaczerpnięto występującej jedynie w dwóch miejscach na świecie Wilgi Oliwkowogłowej. Na całe szczęście bohater niniejszej recenzji jest znacznie łatwiej dostępny, a przy cenie na poziomie 699zł, stanowi tym samym propozycję z szeroko pojętej średniej półki.

Opakowanie i wyposażenie

Pierwszym co rzuca się w oczy, to front obwoluty, na której ukazano rzecz jasna same słuchawki ze sprytnie wkomponowanym motywem ptaków. Tenże front informuje nas również o tym, że Finschi posiadają certyfikat „Hi-Res Audio”, choć niestety wiele więcej odczytać się nie da. Wszystko dlatego, że poza samą nazwą modelu i producenta oraz częścią podanej na tyle specyfikacji, napisy są zapisane w języku chińskim.

1

Właściwy karton zamykany na dwa magnesy otwiera się niczym szkatułkę, a po uniesieniu wieka oczom ukazuje się jeden tylko element. Jest nim wypełniające po krawędzie sztywne, plastikowe etui z rodzaju „vault” od razu kojarzące się z popularnymi PeliCase. Owe etui mogę bez wahania nazwać wybitnym, a to z racji wykonania go z grubego, sztywnego i matowego plastiku, który w moim przypadku przetrwał bez większego szwanku długi okres noszenia w plecaku z całą masą innych przedmiotów. Podwójne zawiasy łączące wieko etui ze spodem wzmocnione są metalowymi trzpieniami tak samo, jak podwójne klipsy, którymi szczelnie zamykamy etui. Do tego (patrząc od przodu) z prawej strony etui znajduje się solidny „zderzak” umożliwiający przyczepienie karabińczyka, do którego przyczepiony jest gruby, solidny sznurek. Słuchawki umieszczono w specjalnej wkładce ze sztywnej pianki, która od wierzchu ma niezwykle przyjemną w dotyku, nieco pluszową fakturę. Szereg wycięć i żłobień sprawia, że kabel owinięty jest wokół wkładki, co niweluje do zera wszelkie możliwe załamania lub zagięcia mogące skutkować jego uszkodzeniem. Niemniej ta wkładka zapewne nie będzie ulubionym elementem zestawu dla tych, którzy nie mają cierpliwości do każdorazowe wyciągania z niej słuchawek, a potem umieszczania ich w niej ponownie i co znamienne, na dobrą sprawę nie jest ona konieczna, by zapewnić słuchawkom należyte bezpieczeństwo. Etui samo w sobie jest bowiem wyłożone na spodzie i wieku miękką, elastyczną pianką o grubszych porach, która jest odporna na odkształcenia. Dlatego usunięcie wkładki sprawia, że słuchawki nadal są doskonale chronione przed uszkodzeniem, a ponadto dzięki świetnie przemyślanej budowie nie będą przesuwać się we wnętrzu etui, który w takim przypadku pomieści dalsze akcesoria.

2

Tych producent załączył kilka, a pierwotnie swoje miejsce mają na spodzie kartonowego pudełka, tuż pod etui. W grubej torebce z zamkiem strunowym producent dołączył do zestawu specjalny czyścik, bardzo specyficznej budowy klips do ubrań z tłoczkiem zapobiegającym przesuwanie się kabla, a także bogaty zestaw tipsów o łącznej liczbie 7 par. Mamy więc dwie pary pianek (rozmiary S i M), cztery pary silikonowych nakładek z szerokim otworem (S, 2x M, L) i jedną parę silikonowych nakładek z podwójnym płaszczem (Bi-Flange rozm. M). Na koniec pozostawiłem jeden element wyposażenia, który podobnie jak etui, zasługuje moim zdaniem na wyróżnik. Jest nim skórzany organizator do kabla, który osobiście lubię nazywać krawatem. Co w nim takiego specjalnego, ktoś mógłby zapytać. Chociażby to, że w przeciwieństwie do spotykanych powszechnie w tej półce cenowej rzepów, tu mamy do czynienia z krawatem wykonanym z miękkiej, niezwykle przyjemnej w dotyku prawdziwej skóry (Nubuk? Zamsz?), który pozwala spiąć kabel, co zapobiega jego ewentualnemu przytrzaśnięciu w etui lub splątaniu w kieszeni, jeżeli postanowimy umieścić w niej słuchawki.

Budowa i wykonanie

Po pierwszych oględzinach dokonanych już po serii odsłuchów nasunęło mi się jedno skojarzenie – kawa. W pierwszej chwili obudowy Finschi w świetle ciepłych żarówek rozświetlających pokój wydają się bowiem czarne, nieprzeniknione i jednolite, z delikatnym tylko czekoladowo-brązowym refleksem. Wystarczy jednak obejrzeć je w świetle mocniejszym, zwłaszcza w trakcie jednego z tych (prawie) zimowych, słonecznych dni żeby dostrzec sekret jaki w sobie kryją. Mianowicie obudowy są półprzezroczyste i obracając je pod odpowiednim kątem względem źródła światła, można w ich wnętrzu dostrzec zarówno przetwornik dynamiczny, ułożony mniej więcej w połowie szerokości obudowy jak i znajdujący się przy wyjściu tulejki pojedynczy przetwornik armaturowy. Mało tego, można dostrzec nawet znajdujące się wewnątrz okablowanie, co jest niezwykle przyjemnym do podziwiania detalem przeznaczonym najczęściej dla posiadaczy słuchawek typu custom.

3

Faceplate wydaje się mieć nieco ciemniejszy odcień i mniejszą przejrzystość, niż pozostała część obudowy. Mimo to kopułki zdają się być wykonane z jednego elementu, gdyż brak jest jakichkolwiek wyczuwalnych miejsc łączenia się dwóch elementów. Do tego na frontowej części znajduje się otwór przez który zapewne „oddycha” przetwornik dynamiczny oraz nazwa marki wypisana złotymi literami. Tenże napis zatopiony został w obudowie tuż pod powierzchnią faceplate’u, dzięki czemu nie istnieje ryzyko jego starcia zachowując przy tym czytelność.

4

Znajdujący się w zestawie kabel to wedle dostępnych informacji czterożyłowa plecionka z miedzi i miedzi srebrzonej w czarnej, matowej otulinie. Kabel jest przeciętnej grubości, lecz nie wzbudza moich obaw co do jego trwałości tym bardziej, że sama jego konfekcja wygląda na solidną oraz trwałą. Kątowy jack jest dość słusznych rozmiarów i w stosunku do proporcji samego przewodnia można go nawet nazwać masywnym. Niemniej pozłacana powierzchnia wtyczki po blisko trzech miesiącach intensywnego użytkowania i wielokrotnego przepinania między źródłami, nie wykazywała żadnych oznak zużycia. Splitter w formie dość smukłego, złotego walca podobnie oparł się próbie czasu, a uzupełnia go czarny, matowy suwaka. Same wtyczki oparto o popularny standard 2-pin o średnicy 0,78mm. Oznaczenie kanałów jest dobre, gdyż mimo niezbyt dobrze widocznych literek na złotych obudowach wtyków, prawy z nich ma dodatkowo czerwoną kropkę oznaczającą prawy kanał. Na pochwałę moim zdaniem zasługuje fakt, iż gniazda są wpuszczone w obudowy słuchawek, co gwarantuje długotrwałą ich żywotność i niweluje niemal do zera ryzyko uszkodzenia kabla poprzez wygięcie pinów na przykład w sytuacji, gdyby zdarzyło się w słuchawkach zasnąć.

Użytkowanie i ergonomia

Obudowy Finschi nie należą do najmniejszych, lecz z moimi uszami polubiły się na tyle, by nawet spędzając z nimi nieprzerwanie 3-4 godziny bez przerwy, nie odczuwać choćby śladu dyskomfortu. Należy co prawda brać poprawkę na fakt, iż moje małżowiny uszne są na tyle duże, by pomieścić w środku kolosy pokroju Campfire Solaris, lecz tutaj główną rolę odgrywa samo wyprofilowanie obudów od strony ucha, które charakterem przypominać może ergonomiczne kształty w formie semi-custom. Dla niektórych przeszkodą może być fakt, iż słuchawki posiadają tulejkę krótką, acz grubą bo o średnicy T500. Niemniej w moim przypadku zarówno na tipsach standardowych w rozmiarze M jak i Spinfit CP145M, aplikacja nie nastręczała absolutnie żadnych problemów, a uzyskiwana szczelność kanału była wzorowa. Sam kształt tulejek umożliwiał mi na tyle głęboką ich aplikację, że słuchawki obudowami opierały się w całości o wnętrze małżowiny usznej, co skutkowało ich wysoką stabilnością nawet podczas ruchu.

7

Na pochwałę zasługuje również kabel. Czterożyłowa plecionka jest miękka, nie zapamiętuje kształtu i pozwala się świetnie układać. Odcinki pamięciowe to na pierwszy rzut oka cienka, ciasno przylegająca czarna, matowa termokurczka. Choć ma z góry nadany kształt o dość dużym promieniu krzywizny, to bardzo ładnie układa się wokół ucha i bez wyczuwalnego oporu poddaje próbie modelowania poprzez ściąganie kabla suwakiem pod brodę. Można więc wygodnie nosić je dość luźno, nie podciągając suwaka w górę i nawet wtedy efekt mikrofonowy będzie niewielki, lub można suwak ściągnąć pod samą brodę i wtedy odcinki idealnie ułożą się za uchem bez śladu dyskomfortu lub nacisku. Z pewnością kabel będzie bardzo wygodny nawet dla osób, które noszą okulary o grubych oprawkach, gdyż wspomniana opaska termokurczliwa pogrubia średnicę kabla w bardzo niewielkim stopniu. Przy okazji takie wyprofilowanie odcinków pamięciowych sprawia, że nie sposób jest założyć słuchawek odwrotnie lub pomylić przy zmianie kabla lewego kanału z prawym. Ogólnie więc uważam Finschi za słuchawki wygodne, o przemyślanej ergonomii, ale osoby o małych małżowinach usznych najpewniej będą miały problem z ich wygodną aplikacją.

Brzmienie

Oriolus Finschi to słuchawki, które prosto z pudełka nie tyle mogą nie zachwycić, co wręcz odrzucić wzbudzając rozczarowanie swoją barwą. Ratunkiem tutaj jest wygrzewanie ich, na czym bardzo zyskują już po pierwszych kilkudziesięciu godzinach, lecz zdrowe 200 godzin uważam po swoich obserwacjach za bezpieczne minimum. Posiadany przeze mnie egzemplarz przed jakimikolwiek krytycznymi odsłuchami został wygrzany do 270 godzin, a w toku pisania recenzji dobił do ok. 600. Po wygrzaniu słuchawki otwierają się i całościowo zyskują w całym spektrum pasma, choć największe różnice zachodzą w kwestii basu. Finschi to strojone na dość delikatne „V” słuchawki nastawionym na rozrywkowy charakter, choć jednocześnie grające na wysokim poziomie technicznym, których charakterystyka sprawdzi się w wielu rozmaitych gatunkach muzycznych. Poniższe wrażenia dotyczą w pełni fabrycznej konfiguracji, to jest na standardowym kablu oraz silikonowych tipsach w rozmiarze M.

Bas już na samym wstępie daje się poznać jako grająca pierwsze skrzypce składowa całego strojenia. Jest efektownie, gdyż tony niskie są wyraźnie podkreślone, masywne, a momentami wręcz monumentalne. Zaczynając od absolutnie samego dołu mamy naprawdę nisko schodzący, wibrujący sub-bas, który ilościowo podawany jest obficie, a dla wielu zapewne na granicy tolerancji. Jego kontrola jak na tę półkę cenową jest bardzo dobra, gdyż mimo subwoofer’owego charakteru oraz wspomnianej obfitości, wybrzmiewa umiarkowanie długo, przez co zachowuje należytą dynamikę, choć nie można mu odmówić autorytetu. Parafrazując ulubiony tekst handlarzy samochodów używanych – nic tu „Nie buczy i nie trzeszczy”, choć jest suto i z wygarem. Sub-bas nie szaleje jak wściekły, nie dudni i nie próbuje zdominować całego pasma. Dzięki temu niemal ramię w ramię podąża z nim również podkreślony mid-bas, dzięki któremu całe pasmo ma stosowne wypełnienie oraz ciepłą, miękką barwę. Jego sprężysty i energiczny charakter sprawia, że jest to jeden z tych rodzajów basu, który już od pierwszych sekund ulubionych utworów wprawia całe ciało w ruch. Wyższy bas choć nadal daleki od neutralności, odrobinę ustępuje pola po to, by przejść bardzo gładko oraz płynnie w niższą średnicę. Ogólnie bas ma wyraźnie rozrywkowy charakter, jest „duży” i podawany z rozmachem, choć jednocześnie potrafi zaskoczyć dynamiką. Fantastycznie sprawdza się zarówno w ekstremalnym metalu, nawet przy bardzo szybkich partiach, co w wolniejszych utworach, gdzie z kolei może się popisać rozmachem. Żeby jednak nie było kolorowo, mimo całkiem niezłej faktury, brakuje mu odrobinę precyzji do pełni szczęścia – lepszych konturów, twardości i rozdzielenia między poszczególnymi warstwami, które momentami zdają się nieco rozmywać właśnie przez tę nieco zbyt dużą miękkość.

Średnica w dolnym zakresie jest wyraźnie dociążona i ocieplona przez nalot z tonów niskich, choć nie jest on na tyle duży, by ją tłamsić lub spychać na wyraźnie dalszy plan. Zjawisko tych „naleciałości” ma bardziej charakter zmiany barwy tonalnej tej części tonów średnich, dzięki czemu niżej strojone gitary mają więcej „mięsa”, męskie wokale brzmią pełniej i barwniej, a dźwięk fortepianu bądź instrumentów klawiszowych kreślone są grubszą kreską. Im jednak wyższa częstotliwość wydobywających się ze słuchawek dźwięków, tym barwa staje się jaśniejsza, choć całościowo udało się zachować spójny charakter średnicy bez zjawiska jej rozerwania mogącego stanowić podstawy do odczuwania braku koherencji w paśmie. Jest spójnie, a owe rozjaśnienie tonów średnich pozytywnie wpływa na przejrzystość i dynamikę. Czuć, że damskie wokale zostały wysunięte w przód, podkreślone i poniekąd postawione na piedestale, gdyż źródło swoje mają bardzo blisko słuchacza. Nie jest to jeszcze natarczywe granie w środku głowy, lecz sam przekaz jest niezwykle intymny, bezpośredni i namacalny, co daje poczucie bezpośredniego obcowania z wokalem. Prezentacja sama w sobie wolna jest od wyostrzeń i sybilantów, gdyż udało się uzyskać idealny kompromis między naturalnym ciepłem, czystością i przejrzystością damskiego głosu. Pragnę przy tym nadmienić, że choć na muzyce klasycznej nie znam się ani trochę, a swoją skromną kolekcję ograniczam jedynie do Brahmsa, Rachmaninova i Paganiniego, to koncertów skrzypcowych tegoż ostatniego słuchało mi się diabelnie przyjemnie. Nie odniosłem wrażenia ani złagodzenia, ani wygładzenia, ani też zbytniego rozjaśnienia w barwie tego instrumentu. Niemniej autorytetem na tym polu nie jestem, więc do tej kwestii należy podejść z odrobiną dystansu.

Soprany łączą w sobie bardzo dobre rozciągnięcie z łagodnością. Lekki peak w niższych sopranach pozwala talerzom błyszczeć, lecz jednocześnie ich barwa jest bardzo naturalna. Uniknięto zbędnego wyostrzenia celem zyskania na szczegółowości. Z drugiej strony wysokie tony są klarowne, czyste i przejrzyste, przekazując sporo informacji. Potrafią wyciągnąć naprawdę zaskakującą ilość detali w postaci wszelakiej maści drobniejszych dźwięków stanowiących tło dla głównej linii melodyjnej, a potem podać je w przystępny, czytelny i wyrazisty sposób, bez zbyt nachalnego wypychania na przód sceny. To z kolei wpływa, zwłaszcza w gatunkach muzyki elektronicznej, na odbieranie Finschi jako słuchawek o bardzo wysokiej rozdzielczości, które nie gaszą smaczków i nie zmuszają słuchacza do bardzo wnikliwego wsłuchiwania się celem wyłapywania niuansów nagrań. Co najważniejsze to fakt, iż mimo ich wysunięcia w przód oraz dość jasnej barwy, tony wysokie nie męczą, są niemal całkowicie wolne od ostrości i świetnie uzupełniają pozostałe składowe brzmienia.

Scena jaką prezentują Finschi ma sferyczny kształt, o bardzo zbliżonym wychyleniu na szerokość, w głąb i na wysokość. Trzyma się ona głównie w obrębie barków, z pierwszym planem bardzo bezpośrednim, choć bez uczucia natarczywości lub agresji, dzięki czemu na dłuższą metę nie męczą. Angażujący i bliski przekaz budują wysunięte w przód wokale, co już było wspomniane przy opisie tonów średnich, lecz czuć tutaj również budowanie planów w tył i na wysokość. Priorytetem w tym wypadku nie były rozmiary sceny, a jej koherentność i stawianie na emocjonalność przekazu oraz zaangażowanie słuchacza w odbiór muzyki w sposób jednocześnie wciągający, lecz niemęczący. Na uwagę zasługuje świetne rozmieszczenie źródeł pozornych w przestrzeni, ich wyraźne od siebie odseparowanie i płynne przejścia między osiami. Dzięki temu z łatwością daje się śledzić poszczególne instrumenty. Same źródła pozorne są doćć duże i kształtne, dobrze zdefiniowane i mają swoje miejsce mimo niezbyt dużej ilości powietrza między nimi. Wszystko jest ze sobą spójne, co bardzo pozytywnie wpływa na całościowy ich odbiór.

Zastosowanie innych niż standardowe tipsów nie pozostaje bez wpływu na dźwięk Finschi. Tutaj szczególnie przypadło mi do gustu połączenie ich z nakładkami SpinFit CP145, które wniosły same pozytywne zmiany i stanowią mój osobisty, preferowany wybór do tych słuchawek. Na plus na pewno bas, który zyskał na kontroli i rozdzielczości, na czym skorzystała oczywiście dynamika. Wokale są nieco gładsze, lecz są także pełne i bardzo naturalne, a góra choć względem standardowych nakładek stałą się nieco wygładzona, to nadal ma dobre rozciągnięcie i nie uległa ograniczeniu. Do tego scena sama w sobie urosła nieznacznie na szerokość i głębokość, a pierwszy plan odrobinę oddalił się od twarzy.

Z kolei połączenie z nakładkami JVC SpiralDot podkreśliło dodatkowo bas i wygładziło nieco wokale oraz wyższe rejestry, co zaowocowało bardziej nasyconym i efektownym brzmieniem. Przez ściągnięcie średnicy w tył i jej zagęszczenie, pozornie uległo pogłębienie sceny, choć jest to bardziej efekt grania mocniejszą „V-ką”, niż faktyczny skok w kontekście technikaliów. Niemniej gdyby ktoś pragnął odrobinę zagęścić i przyciemnić brzmienie, dokładając mu bardziej masywnego charakteru, to SpiralDot są świetnym na to rozwiązaniem.

Z innymi słuchawkami (W konfiguracji w pełni standardowej)

Ikko OH1 to moim zdaniem główny konkurent Finschi w walce o portfele i serca użytkowników. OH1 mają również wyraźnie podkreślony sub-bas, lecz ten wybrzmiewa krócej niż w Oriolusach, choć ilościowo jest blisko z niewielką przewagą „Wilg”. Za to środkowego i wyższego basu mają już zdecydowanie mniej, ma on szybszy atak i krótszy decay, a do tego nie podbarwia średnicy, co przekłada się na brzmienie szybsze, lżejsze i bardziej zwiewne jeżeli chodzi o niższe rejestry. W niższej średnicy Ikko nie mają takiego wypełnienia, instrumenty są chudsze i rysowane cieńszą kreską. Cała średnica w OH1 nie jest zresztą tak ciepła ani nasycona i czuć to zwłaszcza w wokalach, bowiem te w Finschi – zarówno męskie jak i żeńskie – są słodsze oraz pełniejsze. Ponadto Ikko wokale podają nieco bardziej bezpośrednio i bliżej odbiorcy, choć ta kwestia potrafi ulegać zmianie w zależności od zaserwowanego repertuaru. Podobnie rzecz ma się z sopranami, które są również jaśniejsze, ale równiejsze i nieco mocniej rozciągnięte. W kwestii kreowanej sceny, Oriolus mają scenę mniejszą na szerokość i głębokość, ale lepiej poukładaną, o wyraźniejszej gradacji planów i bardziej precyzyjnym pozycjonowaniu źródeł pozornych w przestrzeni. Ikko mają też scenę wyraźnie wyższą, choć między poszczególnymi źródła są mniejsze.

Whizzer A-HE03 Kylin to hybrydy mające o jeden przetwornik armaturowy więcej od Finschi, o znacząco od nich różnym strojeniu. Ich brzmienie – w pełni standardowej konfiguracji – oparte jest o mocne, wyraźne „V” kontrastujące z dużo łagodniejszym cofnięciem średnicy względem skrajnych pasm w Oriolusach. Whizzer grają barwą ciemniejszą, bardziej gęstą, z obfitszym i bardziej miękkim basem, w którym mimo podkreślonego sub-basu, główne skrzypce pełni mid-bas. Niższa średnica jest wyraźnie cofnięta w Kylin do stopnia, w którym czuć jej delikatną kompresję, jakiej nie uświadczy się w „Wilgach”. Ponadto damskie wokale, choć zagęszczone i ciemniejsze w barwie, nieznacznie mocniej akcentują naturalne sybilanty, ale nie do postaci, w której stają się dokuczliwe. Soprany korzystniej wypadają w Finschi, które poza lepszym rozciągnięciem oferują więcej blasku oraz ilościowo podają więcej wysokich tonów. Za to Kylin wiodą prym jeżeli chodzi o scenę która jest dużo szersza i trochę głębsza, a wrażenia te potęguje oddalony pierwszy plan. W kwestii szczegółowości, Finschi bardziej wypychają detale do przodu, więc można je odebrać jako bardziej szczegółowe, jednak Whizzery które absolutnie detali nie gubią, pozostawiają smaczki w tle, więc nie męczą na dłuższą metę nadmiarem informacji.

Anew U1 wyposażone w pojedynczy przetwornik dynamiczny CNT (nanorurki węglowe) to brzmienie również posiadające fundament z solidnego, podkreślonego basu. Ten w Anew choć ilościowo jest go więcej – zwłaszcza w rejonie sub-basu – ma jednak zdecydowanie szybszy atak i wybrzmiewa krócej, a do tego nie jest tak nasycony. Można przez to odnieść wrażenie, że jest go w stosunku do Finschi mniej. Niższa średnica w U1 jest mocniej wyeksponowana, nie tak nasycona i odrobinę chudsza, choć przyjemnie gładka. Gitary mają więcej blasku oraz pazura, a męskie wokale są zdecydowanie bliżej kreowane. W całościowym ujęciu średnica zachowuje swój równy, gładki charakter. W stosunku do Oriolusów, Anew mają mocniej doświetlone, posiadające więcej blasku niższe soprany, na czym korzystają talerze, które są wyraźniej wyeksponowane. Scena jest szersza, lecz nie tak poukładana i napowietrzona jak w Finschi, które mają wyraźnie lepszą głębię oraz gradację planów. Pod kątem szczegółowości to także one wyciągają więcej mikrodetali i bardziej czytelnie obrazują wszelkie smaczki, choć różnica nie jest na tyle duża, żeby stanowiła o wyborze jednych nad drugimi.

Porównanie z Aune E1 było nieuniknione z wielu powodów, aczkolwiek w tym wypadku wykorzystałem tipsy JVC SpiralDot, które dla mnie stanowią niemal „must-have” przy tych dostępnych jedynie w Polsce dokanałówkach. W każdym razie bas w Finschi jest pełniejszy, bardziej sprężysty i o wyraźnie cieplejszej barwie. Sub-bas schodzi niżej i jest go ilościowo więcej, a także wybrzmiewa dłużej. Również średniego basu jest więcej, przez co całościowe wypełnienie niskich tonów jest zauważalnie mocniejsze w Oriolusach. Bas w E1 jest jednak bardziej sprężysty i dynamiczny z uwagi na krótsze wybrzmiewanie. Średnica w Finschi jest cieplejsza i pełniejsza, zwłaszcza w jej niższych rejonach, a damskie wokale są odrobinę mocniej wysunięte i akcentowane, choć nadal gładsze, pełniejsze i cieplejsze w barwie. Aune odrobinę mocniej eksponują naturalne sybilanty lecz bez tendencji do przesadnej ostrości. Te zresztą dawały o wiele bardziej we znaki na tipsach standardowych do poziomu, w którym było to drażniące, stąd zastosowanie w porównaniu tipsów JVC SpiralDot. Jeżeli idzie o tony wysokie, to w E1 czuć problemy z kontrolą w niższej części pasma objawiające się delikatnym szeleszczeniem i problemem z właściwą prezentacją talerzy perkusyjnych, które zatracały nieco swój naturalny tembr ulegając swego rodzaju rozciągnięciu. Góra w Finschi jest też na moje ucho równiejsza i ma odrobinę lepsze rozciągnięcie. Scenicznie E1 grają szerzej, lecz nie tak dobrze prezentują głębię i gorzej separują od siebie poszczególne plany. Finschi mocniej akcentują detale, które są bardziej czytelne i wyraziste, podczas gdy te w Aune bardziej pozostają elementem tła.

IT01 to brzmienie wyraźniejsza „V-ka” z nie tak wypełnionym, mniej rozdzielczym dołem w którym sub-bas dość mocno dominuje. Średnica jest lżejsza, mniej nasycona, bliska neutralności z wyraźnie cieńszymi męskimi wokalami. Góra zdecydowanie gorzej kontrolowana, mniej rozdzielcza, z tendencją do tracenia spójności w niższym zakresie, gdzie Finschi takowych problemów nie mają. Scena płytsza, ale szersza z nieco lepszym napowietrzeniem, za to z zauważalnie gorszą separacją oraz pozycjonowaniem źródeł pozornych. Szczegółowość również wyraźnie po stronie Oriolusów, które zdecydowanie czytelniej obrazują detale w nagraniach, a do tego zapewniają dużo lepsze wrażenie gradacji planów w głąb sceny.

6

Łączenie Finschi z różnymi odtwarzaczami nie przynosi ogromnych różnic, aczkolwiek mogą one znacząco wpłynąć na końcowy efekt i nade wszystko ich uniwersalność w różnych gatunkach muzycznych. Niemniej na tym polu było kilka niespodzianek, jak również pewnych spodziewanych z góry rezultatów.

Najbardziej oczywiste połączenie z DX156 (AMP6) nie do końca przypadło mi do gustu. O ile pod kątem przestrzeni nie miałem większych uwag, tak tonalnie nie jest to najlepsza para. Ciepło i gładko grający AMP6 miał problemy z należytym trzymaniem basu w ryzach, który stawał się już w tym wypadku zbyt obfity, a przez zaokrąglone skraje pasma i dość ciepły jego charakter sam w sobie, naleciałość z basu na niższą średnicę przekraczała dopuszczalne wartości. W efekcie męskie wokale potrafiły zostawać stłamszone, a cały przekaz tracił na dynamice, co było szczególnie wyczuwalne w utworach szybkich i energicznych, gdzie dużo się działo. Można było odczuć spowolnienie, zagęszczenie i niemal „zmulenie” dźwięku, co zabijało ich żywy, muzykalny charakter. Niestety nie posiadam na obecną chwilę AMP7 lub AMP8, aczkolwiek po licznej dostępnej lekturze dotyczącej tych dwóch modułów mogę śmiało założyć, że z Wilgami tworzyć będą zdecydowanie lepszą parę.

Zauważalnie lepiej radził sobie tutaj Sony WM1A, który mimo korzystania ze standardowego wyjścia (wyjście zbalansowane w odtwarzaczu Sony jest zauważalnie lepsze jakościowo) w porównaniu do odtwarzacza iBasso oferował dźwięk wyższej próby. Przede wszystkim bas całościowo jest lepiej kontrolowany, ma lepszą definicję, sięga głębiej i nie odciska się tak mocno na średnicy. Pod kątem sceny Finschi nie zyskują zbyt wiele, ale separacja źródeł i ich rozłożenie w dostępnej przestrzeni jest świetne. Całościowo brzmią dynamicznie, niezwykle muzykalnie, a damskie wokale są czyste, dźwięczne i po prostu piękne.

Obawiałem się połączenia z Pioneerem XDP100R, ale obawy te okazały się bezpodstawne. Ten już nie najmłodszy odtwarzacz stworzył z Oriolusami bardzo dobraną parę. Zachował ich muzykalny, rozrywkowy charakter mimo iż sam w sobie podaje dźwięk neutralnie i technicznie poprawnie.

Największym zaskoczeniem dla mnie było połączenie ich z Samsungiem Galaxy Note 8. Masywny bas, który jednak zaskakująco trzymany był w ryzach i nie wylewał się na średnicę, dodatkowo ocieplona średnica i wyższe rejestry, które nie uległy degradacji w żadnym stopniu stworzyły parę, która dawała 110% radości ze słuchania muzyki. Technicznie ten smartfon nie dotrzymuje pola odtwarzaczom z wyższej półki, gdyż generuje dość ograniczoną scenę, choć przy dobrej separacji źródeł. Na szczęście jednak scena w Finschi nie uległa znaczącemu ograniczeniu i nie weszła do głowy. Za to standardem przy korzystaniu z tej pary było to, że niemal tańczyłem w fotelu w rytm muzyki, a do tego nieodłącznie towarzyszył mi szeroki uśmiech.

5

Zmiana kabla okazuje się przynosić o wiele lepsze rezultaty, aniżeli żonglowanie źródłami do jakich podpinamy Finschi.

Labkable Silver Galaxy Mix II w wersji 4W to połączenie miedzi 7N OCC i SPC, którego zastosowanie przynosi szereg pozytywnych zmian. Przede wszystkim słychać zmiany w basie, który staje się twardszy, lepiej kontrolowany i bardziej przejrzysty, o lepiej rysowanych konturach, jak również zyskuje na dynamice. Średnica oczyszcza się, staje bardziej czytelna i lżejsza, tracąc nieco na gęstości, a wokale zostają nieco mocniej zaakcentowane. Wyższe tony również ulegają pewnemu oczyszczeniu i rozjaśnieniu, choć nie akcentują ostrości. Poprawia się nieco szerokość oraz głębia sceny, a także separacja źródeł, a całościowo brzmienie jest bardziej zrównoważone i dynamiczne.

Moja leciwa już hybryda produkcji Jimmiego Dragona (Srebro solid core + miedziana linka), to jeszcze większy krok w stronę poprawy walorów sonicznych i śmiem twierdzić, iż kabel ten zdecydowanie wynosi Oriolusy na wyższy poziom i stanowi swoiste rozwinięcie charakterystyki Silver Galaxy Mix II. Bas choć nadal obfity, jest o wiele lepiej kontrolowany, ma lepszą fakturę i dynamikę, a także twardszy, choć wciąż bardzo sprężysty charakter. Średnica staje się zdecydowanie bardziej przejrzysta w stosunku do kabla standardowego, gitary mają lepszy drive, męskie wokale choć jaśniejsze nie brzmią cienko lub chudo, a bardzo naturalnie i barwnie. Podobnie jest też z wokalami damskimi, choć w obu przypadkach nie wchodzą one do głowy, będąc po prostu lepiej doświetlonymi z perspektywy całego przekazu, który zachowuje spójność. Soprany są lepiej rozciągnięte i czystsze, a wszystko to ma wpływ na kreowaną scenę. Przekaz urasta bowiem w każdym kierunku, a kreowana scena zaczyna wychodzić poza obręb ramion sięgając momentami nawet za uszy. jest lepiej napowietrzony, a kontury poszczególnych źródeł są wyraźniejsze. Separacja już wcześniej będąca na naprawdę wysokim poziomie, z hybrydą jest jeszcze lepsza.

Również produkcji Jimmiego posiadam przewód zbudowany na bazie 8 żył miedzi z dodatkiem miedzi pozłacanej. Ta mieszanka wniosła najmniejsze zmiany pod kątem barwy dźwięku słuchawek, które były o wiele bardziej subtelne, niż w przypadku dwóch poprzednich przewodów. Charakter Finschi został zachowany, a zmiany dotyczyły raczej technikaliów. Bas chociażby, jak nietrudno się domyślać, zyskał na kontroli i rozdzielczości, nabrał tak upragnionych konturów, choć jednocześnie stał się głębszy za sprawą nieco bardziej podkreślonego sub-basu. Średnica pozostała nasycona i ciepła, o naturalnym charakterze, a wyższe rejestry zyskały odrobinę klarowności, choć ich specyfika nie uległa większej zmianie. Urosła oczywiście scena, tak na szerokość jak i głębię, poprawiła się separacja źródeł oraz gradacja planów, a także przybyło nieco powietrza. Innymi słowy przy zachowaniu pierwotnego charakteru Finschi, poprawiono kwestię nieco zbyt rozlazłego basu oraz ich walory techniczne.

Podsumowanie

Oriolus Finschi to niezwykle ciekawa propozycja dla tych, którzy szukają w średnim budżecie muzykalnych słuchawek z solidną podstawą basową zapewniających jednocześnie sporą ilość detali oraz naturalnie brzmiące, nasycone pasma tonów średnich i wysokich. Ponadto bardzo duży potencjał poprawy jakości brzmienia poprzez zastosowanie lepszego jakościowo kabla i innych tipsów sprawia, że można z nich wyciągnąć jeszcze więcej. Doliczając do tego bogate wyposażenie z pancernym etui na czele, bardzo dobrą jakość wykonania i niebanalny wygląd, otrzymujemy finalnie produkt, wobec którego ciężko jest przejść obojętnie. Ja dałem się porwać magii najmniejszych Wilg i w ciągu ostatnich miesięcy były to jedne ze słuchawek, po które sięgałem z ogromną chęcią zwłaszcza, kiedy znalazłem swoje ulubione połączenie z nakładkami JVC SpiralDot i dosyć już leciwym kablem hybrydowym, który w moim posiadaniu jest już jakieś 3 lata. I ogromnie cieszy mnie fakt, że w naszym świecie audio widać pewien progres, gdy na tle coraz mocniej wywindowanych cen i coraz większej ilości przetworników upychanych w obudowy dokanałówek, nadal potrafią się pojawić słuchawki, które za relatywnie niewielkie pieniądze są w stanie zapewnić masę radości przy jednoczesnym – wysokim jak na tę półkę cenową – poziomie technikaliów.

 

Za użyczenie sprzętu do testów, serdecznie dziękuję polskiemu dystrybutorowi marki Oriolus.

logo-heven

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s