Unique Melody Mentor v3 – czysta magia

Każdy czasem ma odrobinę szczęścia w swoim życiu. Ja miałem go naprawdę wiele mimo, iż zapisując się na europejski tour Unique Melody Mentor v3 nie miałem w zasadzie żadnych nadziei na to, iż zakwalifikuję się do grona sześciu szczęśliwców, którym dane będzie spędzić z nimi aż dwa tygodnie. Część z was zapewne może zatem wyobrazić sobie moją euforię, kiedy po pewnym czasie od wypełnienia formularza zgłoszeniowego otrzymałem maila z listą wybranych osób, na której zobaczyłem swój forumowy nick. Potem było już tylko nieco ponad dwa miesiące czekania i kiedy w końcu przyjechały, radości nie było końca. Radości, fascynacji i ekscytacji egzotycznym produktem wywodzącym się z Chin, który otworzył przede mną nowe horyzonty. Poniżej wrażenia z tego wyjątkowego spotkania z co-flagowcem firmy Unique Melody.

Opakowanie i wyposażenie

Sporych rozmiarów sztywny, dwuczęściowy karton w który zapakowane są słuchawki jest bardzo niepozorny. Nic nie zdradza z zewnątrz tego, że mamy do czynienia ze słuchawkami z topowej półki. Fakturowana powierzchnia nosi na sobie tylko jedno znamię w postaci wytłoczonej na froncie nazwy producenta. Tak samo niewiele emocji towarzyszy zajrzeniu do jego wnętrza, gdyż po zdjęciu wieka oczom ukazuje się szara pianka o wysokiej gęstości, w wycięciu której umieszczono okrągłe metalowe etui i dziwaczne wycięcie, skrywające dodatkową zawartość. Tą zawartością jest szmatka do czyszczenia i plastikowa karta o wymiarach typowej karty bankomatowej, jeżeli nie liczyć znacząco większej grubości tej od UM. A ta to nie byle co, gdyż poza wytłoczonym numerem seryjnym i modelem słuchawek, kodem QR i odnośnikami do maila oraz strony producenta, jest tu coś niezwykłego. Mianowicie na karcie umieszczono moduł pamięci w formie wysuwanego pendrive’a, na którym producent załączył dokument PDF z różnymi danymi dotyczącymi słuchawek, jak chociażby możliwe do wyboru opcje kolorystyczne, informacje o gwarancji, czy charakterystyka produktu. Tak przynajmniej powinno być w teorii, gdyż w otrzymanym przeze mnie modelu testowym karta okazała się być pusta, więc mogła co najwyżej posłużyć jako pendrive o pojemności 16GB

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To jednak nadal nie koniec, bo wystarczy zdjąć wierzchnią wkładkę, by pod spodem odnaleźć pozostałe elementy wyposażenia. Są to tipsy w dwóch rodzajach – pianki Comply TSx w rozmiarach S/M/L oraz silikonowe tipsy z jednym płaszczem o rozmiarach S/M/L/XL – i bardzo miły dodatek w postaci skórzanego klipsa na kabel, który zapinany jest na magnes. Wspomniany klips ma jednak z jednej strony małą sprzączkę, dzięki czemu można go wykorzystać jako wieszaczek lub klips do ubrania, zapinając na nim na przykład guzik płaszcza lub napę bluzy, czy nawet przypiąć do kluczy. A gdzie słuchawki, zapytacie. Te znajdują się wraz z kablem wewnątrz etui, któremu dopiero teraz chciałbym poświęcić więcej uwagi. To jest bowiem ciężkie i niewiele ma wspólnego z mobilnością, o ile nie będzie spoczywać w plecaku lub torbie. Niemniej ten połyskujący krążek wykonany został z tytanu – tak, z tytanu – i zamyka się poprzez zakręcenie wieka. Gwint jest pewny i idealnie wykonany, przez co nie trzeba się mordować z właściwym jego ustawieniem, żeby złapał równo. Ponadto wnętrze wyłożone zostało miękkim i bardzo przyjemnym w dotyku materiałem przypominającym aksamit. Co zaś się tyczy kabla, to Mentory przyjechały do mnie z aż trzema kablami, które różniły się od siebie jedynie wtykami. Miałem jednak do dyspozycji gamę najpopularniejszych złączek, czyli złączne single-end 3,5mm oraz zbalansowane 2,5mm i zyskujące na popularności 4,4mm. W zestawie sprzedażowym najpewniej znajduje się tylko jeden z nich z wtykiem wybranym na etapie zamawiania.

Budowa i wykonanie

Mentor v3 to słuchawki klasy premium, co zapewne będę podkreślał w tekście jeszcze kilka razy i to zdecydowanie czuć od samego początku. Jestem estetą i przywiązuję dużą wagę do wyglądu tego, co mam w uszach i mogę śmiało przyznać, że są to jedne z najpiękniejszych dokanałówek jakie miałem okazję widzieć. W tym modelu firma Unique Melody posłużyła się kilkoma własnymi patentami. Pierwszym z nich, co mocno rzuca się w oczy, jest umieszczone na płytce frontowej niewielkie pokrętło służące do regulacji basu, tłumienia i ciśnienia akustycznego. Niewielkie, lecz o rzeźbionej powierzchni zapewnia zawsze pewny chwyt i jest tak solidnie osadzone w obudowie, że można bez ryzyka wyciągać za nie słuchawki z uszu. Drugą cechą unikalną, to wykonanie obudów w całości z akrylu jak w przypadku słuchawek typu Custom z wykorzystaniem wzoru, który UM nazywa „Dreamwaver”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Myślę, że spojrzenie na zdjęcia wystarczy za wytłumaczenie skąd ta nazwa się wzięła. Przy mocniejszym oświetleniu przez obudowę można bez trudu dostrzec poszczególne, pogrupowane ze sobą przetworniki, których w środku jest aż tuzin na stronę. Do wykończenia użyto metalu zarówno jeżeli chodzi o gniazdo jak i o tulejkę. Mało tego, również dźwiękowody wewnątrz obydowy zostały wykonane z metalu celem zmniejszenia dystorsji fali dźwiękowej. Ciekawostką jest, że mimo czterodrożnej konstrukcji, dźwiękowodów jest aż 5, a to z uwagi na fakt, iż jeden z nich przeznaczony jest właśnie na wspomniane wcześniej pokrętło strojenia. Ostatnią cechą charakterystyczną słuchawek jest zastosowanie kabla dual-tone w połączeniu z czteropinowymi złączkami. Producent zdecydował się na ten zabieg po to, żeby posiadacz Mentorów nie musiał głowić się nad zmianą kabla. A ten fabryczny, to z pozoru 4-żyłowa konstrukcja, choć w rzeczywistości żył jest osiem. Zapewne miało to na celu uniknięcie zwiększonej sztywności, jaką charakteryzują się ośmiożyłowe przewodniki plecione w typowy „warkocz” i przyznaję, że kabel jak na swoją naprawdę imponującą grubość, jest bardzo giętki i dobrze się układa. Za przewodnik użyto tu dwóch materiałów – monokrystalicznej miedzi i monokrystalicznego srebra. Cały trik polega na tym, że w danym momencie tylko dwa piny są podłączone i poprzez zamianę kabla stronami, słuchawki pracują tylko na jednym z przewodników, czym można w dodatkowy sposób modyfikować tonalność słuchawek. Oznaczenie służące do rozróżnienia z którego rodzaju przewodnika korzystamy znajduje się z kolei na wierzchniej stronie wtyczek kabla – na jednej jest jedna kropka, a na przeciwległej dwie kropki. W ten sposób mając w lewej słuchawce odcinek z jedną kropką a w prawej odcinek z dwiema kropkami korzystamy ze srebra, a z miedzi korzystamy w momencie, gdy odcinek oznaczony dwiema kropkami podłączamy do lewej słuchawki. Kabel z jednej strony zakończony jest krótkim, ale solidnym, prostym metalowym wtykiem, zaś z drugiej równie solidnymi, czteropinowymi złączkami, które dodatkowo są z gniazdami skręcane szerokimi, bardzo pewnie trzymającymi nakrętkami. I przyznaję bez bicia, że system ten działa bardzo dobrze, tworząc pewne, sztywne połączenie.

Użytkowanie i ergonomia

Z racji umieszczenia aż dwunastu przetworników na stronę spodziewałem się sporych rozmiarów samych słuchawek i poniekąd tak jest. Niemniej o ile od zewnętrznej strony kopułki są płaskie, nie licząc jedynie małego pokrętła, o tyle od strony ucha wyprofilowanie słuchawek jest już bardzo dobre. Unique Melody to forma specjalizująca się w produkcji słuchawek typu Custom i to od razu czuć, gdyż mimo sporych rozmiarów słuchawki idealnie chowały się w uszach i pod tym względem nie odczuwałem żadnego dyskomfortu. Tulejka o rozmiarze T500 pozwalała użyć moich ulubionych tipsów SpiralDot w połączeniu z którymi uzyskiwałem perfekcyjną szczelność kanałów, a sama tulejka ma idealną dla mnie długość, co przekłada się na komfort i izolację.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Same słuchawki odrobinę wystają poza płaszczyznę ucha, lecz tylko nieznacznie i pod tym względem wygrywają chociażby z moimi Azla, które znacznie bardziej wystają poza obrys małżowiny. Mogę więc powiedzieć, że są one szalenie wygodne i ich ergonomia byłaby cudowna, gdyby nie dwie kwestie. Pierwsza, to wspomniane pokrętło, które absolutnie eliminuje możliwość położenia się z nimi na boku będąc w łóżku i podobnie uważałbym na drzemkę w środkach transportu publicznego mimo, iż samo pokrętło sprawia bardzo solidne wrażenie. Druga, bardziej doskwierająca mi na dłuższa metę rzecz, to kabel. Sam w sobie jak na tak grubą plecionkę był dostatecznie elastyczny ale plastikowe, kątowe wtyki kabla to nieporozumienie. Te uwierały mnie w uszy już po pół godziny użytkowania i musiałem obracać słuchawki bardziej do przodu (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), a potem doginać odcinki pamięciowe, żeby nie musieć mierzyć się z naprawdę dojmującym bólem. Same odcinki co prawda mogłyby być wygodniejsze, choćby poprzez wykonanie ich z grubszej rurki silikonowej, gdyż ta obecnie zastosowana jest cienka i raczej sztywna. Chciałoby się też lepszego rozwiązania w zakresie suwaka, bo ten wykonany z kawałka plastikowej rurki absolutnie nie pasuje do produktu klasy premium i wygląda jak pójście po najmniejszej linii oporu. Co prawda działa wyśmienicie i spełnia swoją rolę w 100%, ale nadal wizualnie i estetycznie nie pasuje ni w ząb. Po czasie nasunęła mi się jeszcze drobna, raczej ergonomiczna skaza w postaci oznaczenia pozwalającego stwierdzić, z którego przewodnika – srebra czy miedzi – w danej chwili korzystamy. Można było pokusić się o trochę lepsze rozwiązanie, niż obecnie zastosowane.

Brzmienie

Oceny swojego brzmienia, z racji pewnej konfigurowalności samych słuchawek, dokonywałem na kombinacji kabla miedzianego z zamkniętymi portami oraz tipsami JVC SpiralDot. W teorii z dwójki produktów UM to model Mason v3 jest tym bardziej nastawionym na fun, podczas gdy Mentor v3 mają być bardziej neutralnymi w brzmieniu. Spodziewałem się zatem armaturowego, liniowego grania nastawionego na detal, szczegółowość i analizę, ze strojeniem w kierunku studyjnej wierności. Nic bardziej mylnego, gdyż oferują one poza – co zapewne oczywiste przy tej cenie – fenomenalną transparentnością niezwykły poziom muzykalności. Mentory v3 są jak wyrafinowani zabójcy, którzy podkradają się niepostrzeżenie. Pierwszy odsłuch nie zapewnił niesamowitych wrażeń, nie rzucił na kolana, nie było ogromnego efektu wow. Wystarczyło mi jednak zmienić słuchawki, żeby nagle się okazało, że nic już zwyczajnie „nie gra”. Mało tego, swoboda z jaką Mentory grają wszystko co im się podoba, dosłownie rzuca na kolana. A grają swobodnie, jakby w ogóle się nie wysilały i to jest ich magia, bo pozwalają zanurzyć się w muzyce i wtedy kradną umysł, serce, a nawet duszę i to jest coś niezwykłego. Wypadałoby jednak kilka słów napisać o poszczególnych elementach ich strojenia, żeby dać pewien wgląd w to, czego można się po nich spodziewać.

Bas

Z 12 przetworników jakie umieszczono w każdej ze słuchawek, cztery zostały oddelegowane do odtwarzania tonów niskich i absolutnie nie pomyślałbym, że jest to bas generowany wyłącznie z przetworników armaturowych. Brzmi bardziej jak dobrze zestrojony dynamik w słuchawkach hybrydowych, gdyż łączy w sobie kilka cech takowego. Po pierwsze, bas jest niesamowicie sprężysty i czuć w niektórych utworach ruch powietrza towarzyszący generowaniu niektórych dźwięków. Potrafi brzmieć punktowo, szybko i twardo, a jednocześnie zaraz potem zabrzmieć bardziej miękko, zawibrować przyjemnie z wyczuwalnie większą masą oraz wypełnieniem. Faktura jest magiczna tym bardziej, że pasmo nie jest zaoblone na skrajach, co zawdzięczają zarówno wybranie kabla miedzianego za przewodnik jak i otwarcie portów Db-Go, które w tym wypadku zapewniają podbicie w regionie sub-basu bez żadnych wyczuwalnych przeze mnie zmian w innych składowych pasma. Tym samym tony niskie generowane są już od najniższych częstotliwości i realizowane w sposób niemal liniowy wraz ze wzrostem częstotliwości. Drobny, subtelny akcent w tym wypadku położono na mid-bas, lecz ten zabieg zapewnił niskim tonom uczucie lepszego wypełnienia i sprężystości. Nie są to basowe potwory, lecz nie o to tu chodzi, a o to, jak wiele faktur w dolnym paśmie potrafią oddać, chociażby poprzez doskonałe zróżnicowanie brzmienia gitary basowej, czy kotłów perkusji. Rzecz jasna dynamika jest na najwyższym poziomie i mógłbym stwierdzić, że bliżej tu naturalności, niż neutralności.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Średnica

Zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów tych słuchawek to właśnie środkowa część pasma. Z jednej strony niezwykle czysta, klarowna i przejrzysta, zapewnia doskonały wgląd w nagrania. Z drugiej strony jednocześnie jest bogata, doskonale wypełniona i organiczna. W niemal liniowym jej przekazie postawiono subtelny nacisk na wokale, które są nieznacznie wysunięte do przodu, kreując tym samym bliższy pierwszy plan i bardziej namacalne obcowanie z samą muzyką. Obyło się to bez uszczerbku dla znajdujących się w tym zakresie instrumentów, które podpierają zarówno damskie jak i męskie głosy swoim brzmieniem bez ich wycofania na dalszy plan. Ponadto uniknięto wejścia wokali w obręb głowy oraz ich zbytniego przybliżenia, choć te kreowane są z niewielkiej odległości, ale bez śladu nachalności. To jednak co urzekło mnie najbardziej, to barwność i dynamika gitar niezależnie od tego, czy to akustyczne brzmienia, czy mocno przesterowane, ciężkie i gęste łojenie. Był tu drive, była szybkość i był pazur, co jedynie świadczy o dużej wszechstronności produktu UM, gdyż ten dawał mi równie wiele radości z odsłuchów przy ciężkim, agresywnym metalu, co przy spokojnych, romantycznych balladach. Cieszyło mnie też to, że zwłaszcza męskie wokalizy, a nawet growl, miały swój pazur, tę szczyptę agresji i zadziorności. Za to damskie wokale były podawane bez choćby grama sybilizacji, o ile samo nagranie skrajnie nie eksponowało tego zjawiska i co najważniejsze, to pomimo delikatnie wygładzonej faktury, nie było tu zjawiska zmiękczenia barwy głosu, przez co nawet na jego najwyższych tonacjach brzmiał on zawsze czysto, naturalnie i dźwięcznie bez jakichkolwiek sztucznych, syntetycznych nalotów lub wyraźnych przebarwień w którąś ze stron. W kwestii instrumentów naturalnych (orkiestrowych), mogę jedynie powiedzieć, że nie rzuciły mi się w uszy żadne tonalne odchyły, które na przykład ze skrzypiec robiłyby altówkę lub nawet wiolonczelę. Innymi słowy żadnego ocieplania, żadnego rozjaśniania, choć nie można z całą pewnością średnicy w Mentorach nazwać neutralną, gdyż ma zdecydowanie bardziej naturalny, muzykalny charakter z odrobinką organicznego, przyjemnego ciepełka.

Soprany

Jeżeli średnica to moja ulubiona część brzmienia Mentor v3, to soprany znajdują się pół kroku za nią stanowiąc połączenie detaliczności z gładkością. Tony wysokie nie są ani odrobinę przycięte, więc ostatnie co można im zarzucić, to brak rozciągnięcia. Z drugiej strony sposób w jaki są one podane stanowi jeszcze większy powód do zachwytu, jaki daje idealna mieszanka detaliczności z gładkością przekazu oraz naturalnością barwy. Często zwracam uwagę na brzmienie talerzy perkusyjnych i w tym wypadku osiągnięto coś wyśmienitego. Jest odpowiednia, bardzo żywa i metaliczna barwa, jest stosowne wybrzmiewanie i jest absolutnie pełna kontrola. Dzięki temu można berz trudu odróżnić od siebie poszczególne rodzaje talerzy i chyba nigdy w żadnej parze słuchawek nie było to takie proste. Co najważniejsze, wspomniane wygładzenie to po prostu brak jakichkolwiek wyostrzeń, którymi czasem próbuje się sztucznie budować szczegółowość brzmienia. Szczegółowości zresztą również tutaj nie brakuje podobnie jak precyzji, za sprawą których wybrzmiewanie poszczególnych elementów ożywia cały przekaz. Całościowo więc soprany zachwycają swoim niewymuszonym wdziękiem, swoim bogactwem barw i tonacji oraz całym mnóstwem detali pozwalającym wyciągnąć wszystkie informacje zawarte w nagraniu w tej części pasma, nie męcząc przy tym nawet przy długich odsłuchach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Scena i separacja

Gdzieś w swoich myślach wyobrażałem sobie, że scena będzie ogromna, potwornie wielka jak wnętrze hali koncertowej i niestety pozostało to jedynie w sferze wyobrażeń. Scena nie powala bowiem ogromem, nie zaoferuje wrażeń takich jak IMR R1, które rzucały przy pierwszym kontakcie swoim ogromem na kolana. Mentor v3 dają coś zupełnie innego i w moim mniemaniu jest to znacznie, znacznie lepsze, niż rozdmuchana wielkość. Jest tu przede wszystkim ogromna koherencja. To nie rockowy koncert, lecz koncert filharmonii, w którym każdy instrument, każdy muzyk ma swoją rolę do odegrania i partię do zagrania. Wokale są odrobinę z przodu, lecz tylko odrobinę na tyle, by utrzymywać stały kontakt ze słuchaczem, ale nie przyćmiewać reszty instrumentów. Szczerze mówiąc brakuje odrobiny słów, by dokładnie oddać charakter sceniczny Unique Melody, gdyż to kompletnie inny wymiar tego, co dotąd znałem. Jest tu przede wszystkim duża głębia i znaczne zróżnicowanie na osi pionowej do tego stopnia, że niektóre dźwięki w pewnych utworach zdawały się przemieszczać od góry do dołu lub od przodu do tyłu. Do tego szczegółowość Mentorów przebija wszystko co słuchałem i absolutnie nie mam tu dla nich żadnego porównania. W dobrze mi znanych utworach usłyszałem dźwięki, których dotąd nie słyszałem, a przecież stanowią one element mojej płyty testowej i to chyba było największym zaskoczeniem. Bo co innego usłyszeć dźwięki z tła wyraźniej, a co innego uświadomić sobie, że w znanym na przestrzał kawałku są jeszcze zaszyte dwie warstwy tła, a te dobrze znane efekty i przejścia mają znacznie bardziej złożony gradient do stopnia, w którym inne słuchawki zdają się po prostu spłaszczać przekaz zabijając część tonalności i wykasowując niektóre z bardzo, bardzo subtelnych smaczków. Najbardziej jednak uderza kilka rzeczy, z którymi zetknąłem się pierwszy raz. Mianowicie mimo naprawdę wielkich źródeł pozornych, była między nimi ogromna ilość powietrza przy zachowaniu pełnej spójności brzmienia jako całości, o czym już wspominałem. Dalej idąc jest głębia sceny, naprawdę fantastyczna gradacja poszczególnych planów i taki sposób podawania detali, że to co znajdowało się głęboko w tle pozostawało tam, bez próby wypychania bliżej przodu. I najważniejsza sprawa – sposób prezentacji. W Mentor v3 źródła pozorne płynnie poruszały się w obrębie sceny, zmniejszając i zwiększając niejako swoją wielkość i położenie, kiedy w poszczególnych częściach utworów należało je zaprezentować bardziej znacząco, jak na przykład w partiach solowych. Dzięki temu dźwięki zdawały się ożywać, a cały przekaz stawał się pełnym energii, angażującym i spektakularnym widowiskiem, które zachwycało i jednocześnie oczarowywało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z innymi słuchawkami

Sirius

Nieco bardziej miękki bas, obfitszy w sub-basie i mocniej uderzający w najniższych regionach, podczas gdy v3 mają zdecydowanie większy nacisk na mid-bas, generując większy impakt. Wokale nie tak wysunięte do przodu, będące w zasadzie w jednej linii z innymi instrumentami, podczas gdy w Mentorach wokale są mocniej zaznaczone, bardziej wysunięte do przodu i o wyraźnie jaśniejszej, czystszej barwie. Te w A91 brzmią ciemniej, nie tak dźwięcznie podobnie jak gitary, które w Fidue mają więcej masy, ale tracą nieco na dynamice i wyrazistości. Mięso > czystość. Góra zdecydowanie lepsza w UM, bogatsza, bardziej żywa, lepiej zdefiniowana i bardziej bezpośrednia. Scenicznie lepiej głębię obrazują Mentory, ze znacznie lepszą separacją i detalicznością, wygrywając też szerokością. Grają też swobodniej, pełniej i bardziej holograficznie, również na szerokość.

R1 (niebieskie filtry, kabel hybryda)

Ciemniejsze, bardziej masywne brzmienie osadzone na solidnym fundamencie basowym. Bas w R1 jest zdecydowanie większego formatu, bardziej dominujący, masywny, wielki, z solidnym wygarem, a Mentor oferują różnorodność, dynamikę i doskonałą definicję. Średnica charakteryzuje się mniej przejrzystym, przyciemnionym wyrazem, przy v3 brzmiąc po prostu płasko, bez wyrazu i mało dynamicznie w całym przekroju. Góra także nie ma aż takiej różnorodności, jest jakby przytępiona i szklista, bez wyrazu, daleka od naturalności i wielowymiarowości jaką dają UM. Szerokością w scenie wygrywają IMR, ale tylko odrobinę, podczas gdy Mentor mają znacznie lepszą głębię i oferują dużo, dużo lepszą detaliczność nie wspominając o miażdżącej separacji źródeł.

Azla

Ciemniejsze granie od Mentorów, oparte również na solidnym fundamencie basowym, lecz lepiej zdefiniowanym i bardziej przejrzystym, niż w IMR R1, od których grają dynamiczniej i bardziej transparentnie. Ogólnie bas w Azla jest masywniejszy, bardziej dominujący z solidnym wygarem od samego dołu, lecz wybrzmiewa dłużej i nie jest tak dynamiczny jak w UM. Średnica jest gęstsza, ciemniejsze, wyraźnie ocieplona w stosunku do Mv3, które grają bardziej wysuniętymi wokalami, bardziej bezpośrednio przede wszystkim. Jak łatwo się domyślić, jaśniejsza, bardziej wyrazista i mocniej zaznaczona góra w Mentorach daje znacząco lepszą dynamikę i przejrzystość dźwięków, przez co w bezpośrednim porównaniu Azla brzmią ciemniej, masywniej i nie tak transparentnie. Scenę Azla mają jak na swoją półkę cenową doskonałą tak na szerokość jak i głębokość, lecz o ile w tym pierwszym wygrywają nieznacznie z Mentorami, o tyle ogólna jej przejrzystość oraz głębia pozostają po stronie UM. Mentory to także znacznie bardziej obfitujące w detale, bardziej analityczne granie wyciągające więcej smaczków, podczas gdy Azla to przy nich fun, gładkość i masa. Źródła pozorne są bardzo duże, o wyraźnie zarysowanych konturach, a między nimi jest cały ogrom powietrza, co zapewnia fenomenalną separację.

Z odtwarzaczami

DX150 z AMP6 – dzięki oporności poniżej 1 Ohm, słuchawki zaczynają szumieć dopiero po podłączeniu do wyjścia zbalansowanego i ustawienia wzmocnienia na wysoki poziom, choć nawet wtedy grająca muzyka bez trudu ów szum maskuje. Za to połączenie szeregowe i niski gain przy wyjściu zbalansowanym to już całkowicie czarne tło i brak szumów.

Dźwiękowo dla mnie jest to genialne połączenie stanowiące idealny mariaż muzykalnego, angażującego grania ze szczyptą analizy. Wyśmienita faktura basu, który ma doskonałe proporcje i fenomenalnie pokazuje różnorodność zestawu perkusyjnego, dając pełny wgląd w jego zakres tonalny. I tam, gdzie „garnki” uderzają twardo, punktowo i wybrzmiewają dość krótko w parze z nimi potrafi przyjemnie długo, nisko mruczeć gitara basowa. Doprawiona szczyptą słodyczy średnica ma tak przeze mnie lubiane wypełnienie i stosowny ciężar w dolnych rejestrach zapewniający męskim wokalom ciut więcej słodyczy, a gitarom mięso i drive. Z drugiej strony potrafi idealnie oddać czystość gitary akustycznej, zaś żeńskie wokale choć również odrobinę posłodzone, brzmią romantycznie, intymnie i przyjemnie. Góra to już majstersztyk, bo rozciąga się do samego końca, a jednocześnie nie ma tu żadnych śladów ostrości, utraty koherencji czy prób zyskania na detaliczności kosztem mocnego rozjaśnienia. Powala mnie tutaj nie scena, która może nie jest największa na świecie, ale jej spójność i płynność. Źródła pozorne nie są tylko zawieszone w przestrzeni, rozpalając się i gasnąc, lecz zwyczajnie żyją dając wrażenie ruchomości i chociażby chórek potrafi w szczycie brzmienia wyjść nieco do przodu, żeby potem odpłynąć w tół. Szczegółowość? Powala, po prostu. Każdy mikrodetal zostaje pokazany, lecz pozostaje detalem dopełniając tego jakże wspaniałego spektaklu.

XDP100R – W porównaniu do DX150 scena ma podobne rozmiary, lecz nieco tracimy na detaliczności i separacji źródeł, przez co wyłapanie smaczków nie jest już takie proste. Odrobinę słabiej oddaje on głębię, a między źródłami jest mniej powietrza. Przede wszystkim czuć odchudzenie w rejonie mid-basu, którego jest nie tylko mniej, lecz nie ma już takiej spójnej formy i sam bas traci przez to impakt. Największa strata za to jest na średnicy, lecz to oczywiste, gdyż z samej sygnatury Pioneera średnica podawana jest bardziej matowo i bez tej muzykalności oraz nasycenia, jaką zapewnia iBasso. Góra również jest bardziej matowa, nie tak zróżnicowana, barwna i jaskrawa. Wszystko to sprawia, że z tym odtwarzaczem Mentor v3 nie brzmią już tak spektakularnie, angażująco i porywająco.

Podsumowanie

„Feels like heaven…” – chciałoby się zaśpiewać. I tak właśnie się czułem, kiedy miałem Unique Melody Mentor v3 w swoich uszach. Nie ważne, czy słuchałem ciężkiego łojenia, czy relaksujących utworów po ciężkim dniu w pracy – te słuchawki w zależności od nastroju lub repertuaru prezentowały nieznany mi dotąd poziom szczegółowości połączony z angażującym przekazem, który nigdy nie stawał się męczący, lecz również ani na chwilę nie przestawał mnie zachwycać. Czy przez te nieco ponad dwa tygodnie udało mi się nimi nacieszyć? Absolutnie nie. Czy byłbym gotów zamienić większą część swojego toru na te jedne słuchawki? Naprawdę mocno się nad tym zastanawiam. W swoim torze mam słuchawki, które uważam za naprawdę świetne, lecz Mentor v3 to kompletnie inny poziom grania nie tylko pod kątem czysto technicznym, choć w tej kwestii zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Jest to na pewno produkt luksusowy, nietuzinkowy i warty uwagi, dzięki któremu mogłem posmakować prawdziwego słuchawkowego high endu. I nawet jeżeli weźmie się pod uwagę (niemałą) kwotę jaką trzeba za nie wyłożyć, to zarówno pod względem jakości wykonania i wyposażenia, jak i pod kątem samej jakości dźwięku należy powiedzieć jasno – WARTO. Warto zafundować sobie to niezwykłe doznanie graniczące z czystą magią, które towarzyszy słuchaniu ulubionej muzyki nawet, jeżeli są to znane na wylot kawałki, bowiem Mentor v3 mają w sobie to coś, wyjątkowe „COŚ”, czego nie da się ująć w słowach, lecz koniecznie trzeba tego posmakować.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s