The Bit Opus #1S

Koreański The Bit gościł już na naszych łamach z odtwarzaczem Opus #1. Teraz, ponownie dzięki firmie Audioheaven, zawitał ze swoim najnowszym modelem – Opusem #1S. Jest to poprawiona wersja starej Jedynki, która ciągle jest uważana za jeden z najciekawszych przenośnych odtwarzaczy ze średniej półki cenowej. Co nam zaoferowano w eSce? Pod względem technologicznym zwiększono moc na wyjściach słuchawkowych oraz zmieniono kości DAC z Cirrus Logic CS4398 na CS43198, która oferuje większe możliwości w przetwarzaniu gęstych plików oraz ma lepszą dynamikę. Do tego cena pozostała bez zmian i dla obu Opusów z jedynką w nazwie wynosi ona 1.599,00 złotych.
Ale czy te zmiany przełożyły się na realną poprawę brzmienia? To postaram się przybliżyć w poniższej recenzji.

Wyposażenie
Opus #1S został zapakowany w czerwony kartonik z szarą nasuwką, na których umieszczono srebrne oznaczenia modelu. Dodatkowo z tyłu nasuwki mamy specyfikację odtwarzacza. Oba te elementy przyozdobiono wzorem mającym imitować skórę, co dość ciekawie prezentuje się na głównym opakowaniu. Po jego otworzeniu widzimy nasz odtwarzacz umieszczony w ochronnej piance, a pod spodem znajdziemy niezbędne dodatki:
– kabel USB,
– szybkę ochronną na ekran,
– notkę informacyjną o utworach promocyjnych umieszczonych w pamięci Opusa,
– kartę gwarancyjną oraz instrukcję obsługi.

Opus - pudełko 1Opus - pudełko 2Opus - pudełko 3

Jak więc widać, mamy tu faktycznie same niezbędne rzeczy i nic więcej. Można jednak dokupić do niego oficjalne etui z naturalnej skóry. I warto się nad tym poważnie zastanowić, ze względu na wykonanie #1S.

Budowa i ergonomia
Czy nowy Opus jest wykonany w sposób budzący wątpliwości co do jego długowieczności? Absolutnie nie, po prostu wydaje się podatny na zarysowania, a w szczególności błyszczące plecki.

Opus - 1Opus - 6
Obudowę zrobiono z tworzywa sztucznego i została ona wykończona w sposób imitujący matowy metal. Pod względem konstrukcji The Bit nie zmieniał swojego projektu i dalej mamy bryłę o łamanych krawędziach. Są one wyczuwalne podczas operowania odtwarzaczem, szczególnie dolne rogi mogą się nieco wpijać w dłoń, jednak Opus pewnie leży w ręce, nie ma tendencji do ślizgania się, a spora waga daje poczucie solidności.
Prawie cały front jest pokryty szybką, za którą znajduje się 4-calowy dotykowy wyświetlacz IPS otoczony sporą ramką. Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłem tu uwagę, jest bardzo dobra widoczność nawet pod dużym kątem oraz przyzwoita jasność, dzięki której nawet w świetle słonecznym możemy swobodnie operować muzyką. Jest to niby banał, a jednak w wielu odtwarzaczach stanowi to problem. Gdy dodamy do tego ładne barwy i w zupełności wystarczającą rozdzielczość 480×800 pikseli, to ciężko znaleźć jakikolwiek powód do narzekań pod względem ekranu.

Opus - 8
Rozkład przycisków oraz wejść pozostał bez zmian w stosunku do Opusa #1. Na górnej krawędzi mamy więc wyjścia słuchawkowe (3,5mm, działające również jako line-out, i zbalansowane 2,5mm) oraz włącznik. Lewy bok zajmują przyciski zmiany głośności i dwa sloty na karty pamięci (do 256GB każda) schowane za klapką ochronną. Prawy bok, to klawisze operacyjne: zmiana utworów w obie strony oraz odtwarzanie/pauza. Natomiast na dolnej krawędzi umieszczono wejście microUSB typu B.
To ostatnie służy do ładowania, przesyłania plików z komputera oraz komunikacji z jego systemem, gdy włączymy funkcję USB DAC, dzięki której Opus #1S może pełnić rolę zewnętrznej karty dźwiękowej. Jednak w przeciwieństwie do pierwszej generacji, nie ma opóźnień pomiędzy obrazem i dźwiękiem, więc możemy spokojnie wykorzystać eSkę przy oglądaniu filmów czy graniu w gry.

Opus - 2Opus - 3Opus - 5Opus - 4

Opus - 7
Wbudowany system, to ciągle praktycznie ten sam okrojony Android 5, co w innych odtwarzaczach tego producenta. To co go różni funkcjonalnie od tych z wyższych modeli, to brak połączenia wi-fi i bluetooth, więc nie skorzystamy z serwisów streamingowych czy ze słuchawek bezprzewodowych. Zablokowano również możliwość wgrywania zewnętrznych aplikacji. Ze względu na ostatnią cechę, jesteśmy skazani na domyślny odtwarzacz. Tu niestety też nic nie zmieniono. Co prawda chodzi płynnie, podstawowe informacje przekazuje czytelnie oraz obsługuje większość popularnych formatów muzycznych, ale ciągle nie rozpoznaje plików CUE, a poruszanie się po menu programu jest średnio przyjemne przez małe ikonki i ubogie funkcje. Do tego po uruchomieniu Opusa, odtwarzacz wolno wczytuje kartę pamięci, co generuje problem w momencie gdy właśnie z niej słuchamy muzyki. W takim przypadku, zamiast wrócić do ostatnio odtwarzanego utworu, jest wczytywany pierwszy dostępny na pamięci wewnętrznej. Najprostszym rozwiązaniem jest w ogóle niewyłączanie Opusa, gdyż dysponuje on bardzo sprawnie działającym systemem oszczędzania energii, więc jeśli nie korzystamy z niego raz od święta, to oszczędzimy dużo czasu używając uśpienia. Gdy jednak musimy go wyłączyć lub zakładamy, że się rozładuje, to najlepiej albo słuchać tylko z pamięci wewnętrznej (choć dostępne 26 GB jest ledwie wystarczające), albo skasować całą muzykę z eSki i liczyć się z długim rozruchem, zanim zostanie wznowione odtwarzanie.
Producent deklaruje pracę odtwarzacza do 10 godzin i jeśli nie korzystamy z gęstych plików oraz częstego podświetlania ekranu, ten czas jak najbardziej jest osiągalny. Nie wydaje się to dużo, ale konkurenci często mają problem by przekroczyć 8-9 godzin na jednym ładowaniu, więc wynik Opusa należy uznać za zadowalający.

Brzmienie
Odsłuchy odbywały się w następującym towarzystwie: Campfire Audio Jupiter, Campfire Audio Orion, Fostex TH610, HiFiMAN HE-400i, Master & Dynamic ME05, MEE Audio P1, Periodic Audio Beryllium, Rose Mini2, Whizzer A15 Pro.

Bas jest bogaty i sprężysty, nie narzuca się, ale nie jest też tak gładki i nieco leniwy jak w Opusie #1. Więcej w nim rozrywki niż w poprzedniku, co daje poczucie wyższej dynamiki, a przy tym ciągle pozostawia poczucie naturalności. Atak i wybrzmiewanie pozostają w dobrej harmonii, dzięki czemu dół jest bardzo uniwersalny, lekko ocieplony i szybki, z bardzo dobrym zejściem w najniższe partie, ale bez dominacji żadnej składowej basu. Takie zestrojenie, przy właściwym doborze słuchawek, pozwala pokryć zapotrzebowanie na niskie tony w każdej muzyce. Energetyczne bity czy stopa perkusji, dostojne ograny klasyczne lub kontrabas – na Opusie nie ma znaczenia czego wymagamy od basu. Jeśli słuchawki nadążą za odtwarzaczem, dostaniemy tu właściwie wszystko.

Tony średnie są bardzo gładkie, z wyraźnie ciepłą nutą, ale i wysokim nasyceniem szczegółami. Nie jest to tak technicznie przedstawiona średnica jak w Alienie+, bliżej jej do urzekającego muzykalnością Colorfly C10. Instrumenty są rysowane bardzo wyraźnie, choć trochę grubszą i solidniejszą linią. Poszczególne dźwięki są intymne i czarujące, ale wciąż pozostają w sferze naturalności brzmienia, nie znajdziemy tu przerysowania czy bagnistości przekazu. Za to ponownie możemy się cieszyć wysoką uniwersalnością. Dodatkowo Opus #1S jest nadzwyczaj wybaczający w stosunku do nieco gorszej jakości nagrań i nie rzuca w twarz słuchacza niedostatkami w produkcji. Oczywiście są one obecne, ale zamiast je akcentować, eSka je wygładza, sprowadzając do poziomu pozwalającego na przyjemne odsłuchy.
A wisienką na torcie średnicy są wokale. Bardzo precyzyjne, dopracowane w każdym zakresie, postawione przed instrumentami, ale nie uciekają do przodu. Natomiast wysoka intymność nie została okupiona nosowym pogłosem czy przygaszeniem wyższych partii wokalnych. Tu wszystko jest poukładane w należyty sposób, czasami wręcz się wydaje, że śpiew brzmi zbyt perfekcyjnie. Ale nawet jeśli jest on w lekki sposób przekłamany, to jest to bardzo dobry kierunek zmian.

Tony wysokie są mocniej zaznaczone niż w Opusie #1. W przypadku eSki nie dostrzegłem już tego sporadycznego przytłoczenia sopranów niższymi składowymi muzyki. Skrzypce, trójkąty czy talerze perkusji, gdy mają prowadzić pozostałe instrumenty, to to robią. Wybrzmiewają naturalnie i mimo bardzo dobrego rozciągnięcia w górę, nie są agresywne czy szkliste. Dla fanów bardziej technicznego grania mogą się one wydawać zbyt nasycone, pozbawione dodatkowego blasku, ale gdy chcemy słuchać muzyki, a nie poddawać ją krytycznej analizie, to Opus #1S spisuje się tu świetnie i zamykając oczy można poczuć się jak na sali koncertowej.

Skoro już mowa o tym uczuciu, to nie można zapomnieć o scenie. Nie jest tak rozciągnięta jak w starszej wersji, ale za to źródła pozorne są bardziej namacalne. To ciągle przypomina bardziej namalowany pejzaż niż pracę kartografa, który precyzyjnie wytycza gdzie co jest, ale jest to obraz z gatunku dużego realizmu. Mamy rozwinięcie przestrzeni zarówno na boki, jak i wyraźną głębię, co daje nam świetną holografię. Instrumenty są duże, konkretnie umieszczone względem siebie i słuchacza, nie wpadają na siebie i nie starając się grać w jednej linii. Przy większych składach orkiestrowych bardziej odpowiedni do śledzenia muzyków może się okazać wspomniany wcześniej Alien+, dający bardziej chirurgiczną dokładność, ale kameralne i urzekające składy, to domena Opusa.

Pod względem szczegółowości, ciężko tu znaleźć lukę. Mamy podawaną całą masę informacji, zarówno tych pierwszoplanowych, jak i mikro-detali. Przy czym stanowią one dopełnienie muzyki, a nie jej główny element. Nigdy nic ważnego nam nie ucieka, a gdy tylko zechcemy się wsłuchać, otrzymujemy całą gamę niuansów dziejących się w tle. Daje to wrażenie realności i swobody, że Opus #1S sam z siebie nie wymusza na nas wsłuchiwania w się w te detale, zostawiając nam wolną rękę w tym, czy chcemy je łowić, czy mają przechodzić razem z muzyką.

Ze zmian, jakie są dość szybko zauważalnie w porównaniu do #1, to mocniejsze wyjścia słuchawkowe. Moc na wyjściu niezbalansowanym zwiększono z 2,1 Vrms do 3,1 Vrms, natomiast na balansie mamy 3,4 Vrms zamiast poprzednich 2,3 Vrms. Gdy odsłuchiwałem starszą wersję, Hifimany HE-400i były dla nich zdecydowanie za dużym wyzwaniem, natomiast w przypadku #1S możemy już mówić o dość sensownym napędzeniu słuchawek. Ciągle słychać pewien niedobór mocy, który nie pozwala rozwinąć słuchawkom skrzydeł, ale skok jakościowy jest jednak zauważalny. Z kolei MEE P1 Pinnacle, które również nieco cierpiały na pierwszej jedynce z powodu niedoboru prądu, na eSce grają już z właściwą sobie swobodą i dynamiką.

Różnice w dźwięku, jakie przyniosła nam odświeżona wersja najniższego Opusa oraz podniesienie mocy na wyjściu, zwiększyło pulę słuchawek, z jakimi odtwarzacz The Bita dobrze zagra. Niska impedancja na wyjściach, delikatne ocieplenie i ogólne zrównoważenie, są bardzo łaskawe w doborze towarzystwa. Brakiem synergii mogą się wykazać głównie słuchawki wyraźnie ciepłe, choć i tu dobierając odpowiednie gatunki muzyczne lub zmieniając ustawienia korektora, można uzyskać ciekawe efekty. Wśród modeli z którymi łączyłem nowego Opusa, trzy pary uzyskały bardzo dobrą synergię: Master & Dynamic ME05, MEE Audio P1 oraz Rose Mini2. Każde zagrały inaczej, ME05 to dynamiczna rozrywka, P1 oferują bardziej krytyczny wgląd w nagrania, a Mini2 sprawdzają się przy relaksacyjnym odsłuchu. Niestety pewnym rozczarowaniem było połączenie z Fostexami TH610 i wynikająca z niedostatecznego wysterowania nieco męcząca góra oraz niższa kontrola basu.
Poszukując konkurentów, nie trudno zauważyć, że Opus #1S oraz starszy Opus #1 są dla siebie bezpośrednimi przeciwnikami. Praktycznie ten sam wygląd, system oraz cena mogą być nieco zaskakujące w polityce producenta. Nowa wersja dodatkowo niesie za sobą kilka poprawek, więc wybór wydaje się dość oczywisty, brzmią również podobnie, ale przy tym na tyle różnie, że wybór między Opusami może okazać się trudny.
Łatwiej będzie wybrać między eSką, a niewiele tańszym Shozy Alienem+. Ten drugi jest jaśniejszy, mocniejszy i bardziej techniczny w brzmieniu, a jednocześnie prezentuje bardzo klasyczne podejście do obsługi oraz może odstraszać ubogim systemem.
Jeszcze taniej jest nowy xDuoo X20, mający nieco zbliżone strojenie do Opusa #1S, a przy tym oferuje dwustronną komunikację bluetooth i jest zauważalnie mniejszy. Na korzyść odtwarzacza The Bit przemawia jednak wyższe wyrafinowanie brzmienia, przekazujące muzykę w sposób bardziej naturalny i przestrzenny.
Natomiast gdy zechcemyraczej czegoś czarującego dźwiękiem, warto skierować się w stronę odtwarzacza Colorfly C10 lub droższego Opusa #3. Ten pierwszy oferuje bardzo bogatą i plastyczną średnicę, drugi zmierza ku brzmieniu rozrywkowemu, z mocniej zaznaczonymi skrajami.
Wśród odtwarzaczy marki Fiio, które miałem przyjemność odsłuchać, nowy Opus kojarzy mi się z X7 „wzbogaconym” o moduł wzmacniający AM3, przy czym Fiio daje trochę bardziej cyfrowe brzmienie, ale nadrabia to lepszym oprogramowaniem.

Podsumowanie
Opus #1S, to kolejny udany odtwarzacz firmy The Bit. Udanie wchodzi w miejsce starszej wersji, mimo że ciągle obie są obecne na rynku. Oferuje naturalne i gładkie brzmienie, łatwe w odbiorze, ale nie pozbawione klasy. Solidne wykonanie, przyzwoity czas grania na jednym ładowaniu, możliwość rozbudowy pamięci o dwie karty pamięci, to tylko część z jego zalet. Co prawda ciągle doskwierają mu pewne bolączki w oprogramowaniu, które się ciągną w każdym kolejnym odtwarzaczu tego producenta, jednak dla większości osób nie jest to nic dyskwalifikującego.
Przy obecnej cenie, gdy szukamy DAPa grającego w sposób naturalny, to zdecydowana czołówka na rynku. Ze swojej strony mogę go tylko polecić.

Zalety:
– naturalne brzmienie o wysokiej dynamice,
– spora scena z dobrą holografią,
– duże źródła pozorne,
– wysoka szczegółowość,
– dwa gniazda na karty pamięci.

Wady:
– brak obsługi plików CUE,
– rozczarowujący możliwościami i obsługą domyślny program do odtwarzania muzyki,
– wolne wczytywanie kart pamięci przy rozruchu.

Za użyczenie do testów odtwarzacza, Muzostajnia serdecznie dziękuje sklepowi

logo heven

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s