Co można mieć za niespełna 1700 złotych? Np. odbyć wycieczkę do Toskanii, zrobić dobry kurs językowy albo kupić sprawny samochód. Można też sięgnąć po przenośny odtwarzacz muzyki.

Ostatnio w tej cenie pojawiły się dwa ciekawe urządzenia: Shozy Alien+ za kwotę 1650 zł oraz The Bit Opus#1 za 1699 zł. Co prawda ten drugi miał premierę na początku 2016 roku, więc żadna z niego nowość, ale jeszcze niedawno był wyceniony o kilkaset złotych drożej.

Dzięki uprzejmości firmy Audioheaven trafiły one do mnie w tym samym czasie, więc „porównanie!” samo ciśnie się na usta 😉

 

Przy czym pomijam wszelkie opakowania, akcesoria itp. Powód jest prosty: Shozy dotarł w wersji testowej, zawiniętej w folię bąbelkową, więc nie ma o czym wspominać. Ale bądźmy szczerzy, co tu mogłoby być ciekawego poza kabelkiem do ładowania?

 

Przed samym porównaniem wyjaśnijmy sobie jedną podstawową rzecz: Opus#1 to odtwarzacz nowoczesny i dojrzały, stawiający na uniwersalność pod każdym względem, podczas gdy Alien+, to sprzęt purytański, gdzie praktycznie cała funkcjonalność została poświęcona na rzecz brzmienia. Już w tym momencie drogi czytelniku musisz sobie zadać pytanie czego oczekujesz od odtwarzacza, bo dziś opisywana para, to ogień i woda.

 

Budowa:

Pod względem wielkości i ciężaru, oba odtwarzacze są do siebie podobne:

  Shozy Alien+ The Bit Opus#1
Wysokość 115 mm 112 mm
Szerokość 65 mm 72 mm
Grubość 14 mm 18 mm
Waga 168 mm 185 g

Jak widać Obcy jest trochę mniejszy i lżejszy, jednak gdy weźmie się je do ręki, to Shozy sprawia wrażenie bardziej masywnego oraz solidniej zbudowanego. Wynika to z dwóch rzeczy: po pierwsze Alien+ jest wykonany z aluminium, a Opus#1 z tworzywa sztucznego, po drugie The Bit ma więcej skosów na krawędziach w stosunku do Shozego, przez co lepiej rozkłada się nacisk dłoni na odtwarzacz. Mówiąc w skrócie, w przypadku Aliena+ trzymamy po prostu kawał metalu, który potrafi się wrzynać w skórę przy mocniejszym uścisku. Nie da się ukryć, że Opus jest bardziej przemyślany i wygodniej leży w ręce.

Za to przyciski zdecydowanie lepiej mi leżą w Shozym.

The Bit umieścił je niemal na równi z bocznymi ściankami, po lewo dając zmianę głośności + oraz – i zaślepkę za którą znajdują się dwa sloty na karty pamięci, a po prawo zmianę utworów i play/pauzę pomiędzy nimi. Biorąc pod uwagę, że bryła odtwarzacza z każdej strony daje podobne wrażenie przy bezwzrokowym trzymaniu, to czasami nie wiedziałem czy mam pod palcem zmianę głośności czy utworów.

W Alienie+ po lewo mamy przyciski służące do obsługi odtwarzacza (cofanie do poprzedniego poziomu menu i przewijanie wyświetlanej listy o jedną stronę). Znajdują się one w zagłębieniu i łatwo je wyczuć. Nad nimi jest jeszcze wpuszczony w obudowę przycisk miękkiego resetu. Nieco to dziwne umiejscowienie i choć nigdy nie udało mi się go wcisnąć przypadkowo, to istnieje takie niebezpieczeństwo. Kontrola głośności wylądowała na prawej krawędzi jako fizyczne pokrętło potencjometru, tak więc nie sposób jej pomylić ze zmianą utworów. Ta zresztą jest na froncie odtwarzacza razem z przyciskiem play/pauza.

Pozostała część jest dość zbliżona: u dołu oba odtwarzacze mają port micro-USB do ładowania urządzenia (choć w przypadku Opusa nie tylko do tego, o czym będzie dalej), na górze są włączniki i gniazda słuchawkowe (oraz slot na karty pamięci w Shozym). Alien+ dysponuje jednym w standardzie 3,5mm obok którego umieszczono wyjście line-out pełniące też funkcję wyjścia optycznego, Opus#1 ma dwa wyjścia słuchawkowe, z czego 3,5mm pełni również rolę wyjścia liniowego, a obok znajdziemy mniejszą dziurkę w rozmiarze 2,5mm, która służy do podpinania słuchawek zbalansowanych.

2

No i został nam ekran. Tu różnica jest znacznie większa. Inaczej być jednak nie mogło, gdyż Opus#1 jest oparty na Androidzie i korzysta z dobrodziejstw ekranu dotykowego (4-calowy wyświetlacz TFT w rozdzielczości 480×800), podczas gdy Alien+ to przedstawiciel niemal wymarłego gatunku odtwarzaczy z monochromatycznym wyświetlaczem (2,3 cala o rozdzielczości 320×240), a jedyny dotyk obsługujący grajka, to ten na przyciskach i potencjometrze. Główną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest to, że Opus znacznie ułatwia nam korzystanie z większych bibliotek z muzyką.

 

Obsługa/system:

Tu można by powiedzieć krótko: Alien+ jest ubogi i prymitywny, przejdźmy dalej. No ale nie wypada…

O ile obsługa fizyczna jest zbliżona, oba odtwarzacze pozwalają na bezwzrokową zmianę utworów i głośności, tak już operacje w systemie, to całkiem inna historia.

Opus#1, to okrojony Android 5.1, więc jak ktoś korzystał z telefonu opartego na tym systemie, to i tu sobie poradzi. Co prawda domyślna aplikacja do odtwarzania muzyki nie należy do najlepszych, choćby ze względu na brak obsługi plików CUE czy źle umieszczoną ikonę wywołującą menu, ale czyta praktycznie wszystkie popularne formaty muzyczne, obsługuje tagi i foldery, zazwyczaj wyświetla okładki i jest stabilna. Niestety w przeciwieństwie do droższego Opusa#3 nie ma tu możliwości wgrania własnych programów przez pliki apk. Przynajmniej w aktualnie dostępnym systemie o numerze 2.00.07.

Shozy postawił na swój własny system. Mały, prosty, działający jak błyskawica i stabilny. Ma on jednak „kilka” mankamentów. Obsługuje tylko pliki wav, flac, mp3 oraz ape, ale tylko te pierwsze w rozdzielczości 24bit/192kHz. Pozostałe formaty są ograniczone do 16bit/44kHz. Dodatkowo czasami miewa problemy z tagami, które sprawiają, że np. plik nie jest widziany lub odtwarzany przez Aliena+ (mimo że on sam z tagów nie korzysta, gdyż obsługa odbywa się po folderach). Póki co, jedynym bezproblemowym rozwiązaniem tego „ficzera” jest zgrywanie płyt do plików wav pozbawionych tagów. Choć może nie do końca bezproblemowym, bo trzeba pamiętać, że odtwarzacz nie widzi plików o nazwach dłuższych niż 32 znaki, nie czyta kart o innym formacie pamięci niż FAT32, a jak nazwa katalogu lub utworu nie mieści się na wyświetlaczu, to pokazuje tylko jej końcówkę. Dodatkowo mamy takie kwiatki jak powtarzanie folderów ukryte pod nazwą „file” zamiast „folder”, a jak już je wybierzemy, to w trakcie odsłuchów nie można cofać utworów do poprzedniego, gdyż przycisk „wstecz” działa tak samo jak „dalej” (w innych trybach jest już normalnie).

Do tego dochodzi wspomniane wcześniej wejście USB. W Opusie ma ono funkcję ładowania, przesyłania plików oraz od jakiegoś czasu działa również jako DAC USB. W Obcym mamy ładowanie… i na tym koniec. Nie, nie zapomniałem o niczym. Żeby przerzucić muzykę na kartę w Alienie, należy ją przełożyć do jakiegoś czytnika lub urządzenia, które posiada taką funkcję, zgrać co chcemy i z powrotem włożyć ją do odtwarzacza. Producent obiecuje wprowadzenie funkcji USB DAC, ale nie wiadomo kiedy i czy w ogóle na pewno będzie, bo firma jest mała i skupia się głównie na tym, by nie popsuć dźwięku (to akurat dobrze).

Cóż, Opus#1 już jest na rynku od dłuższego czasu, zdążył dorosnąć pod względem softu, podczas gdy Alien+ znajduje się na początku drogi i jeszcze dużo pracy przed zespołem Shozy, zanim ich system dojdzie do wysokiej formy.

 

Czas pracy? The Bit daje nam do 10 godzin słuchania muzyki (przy gęstych plikach i częstym podświetlaniu ekranu można zejść poniżej 8), Obcy rozładowuje się po jakichś sześciu. Oba odtwarzacze ładują się około czterech godzin.

Skąd taki niski wynik w Alienie? To cena za umieszczenie w środku układów przeznaczonych do pracy w sprzętach stacjonarnych. Ale jest w tym i plus, bo dzięki temu napędzimy więcej słuchawek. Wzmocnienie ma pięć ustawień, które nie tylko różnią się poziomem głośności (i to znacznie), ale i samym brzmieniem. Czym gain niższy, tym dźwięk jest rysowany lżejszą kreską i mniej nasycony.

Opus daje nam trzy poziomy wzmocnienia, na których granie się nie różni, a zmiana ilość decybeli nie jest tak duża jak u rywala. Jest jeszcze oczywiście wyjście zbalansowane, trochę mocniejsze i poszerzające scenę (choć kosztem jej głębi).

 

Dźwięk:

Ale czas na najważniejsze, czyli dźwięk. Do porównań służyły Hifimany HE-400i, Campfire Audio Jupiter, LZ A4, MEE P1 oraz Cozoy Hera.

 

Uwaga: dźwięk Aliena+ zauważalnie zmienia się w czasie, szczególnie skraje pasm ulegają ułożeniu w przeciągu pierwszych kilkudziesięciu godzin pracy.

 

Jeśli ktoś lubi większą ilość basu, to z pewnością Opus#1 będzie tu lepszym wyborem. Mamy tu duże nasycenie dźwięków, dobrą dynamikę i zejście. Nieco utwardzony mid-bas daje muzyce przysłowiowego „kopa”, który zachęca do tupania nogą. Gdyby jednak komuś ilościowo dołu brakowało, zawsze może się posłużyć całkiem sprawnie zrobionym korektorem.

Alien+, to granie bliższe, bardziej żywiołowe i techniczne. Sub-bas jest bardziej odczuwalny, a całość równiejsza niż w Opusie. Daje to poczucie mniejszego wypełnienia, nie ma tej miękkości, jaką potrafi uraczyć konkurent. Za to lepsza kontrola dołu, większa ilość przekazywanych informacji oraz ogólny charakter udanie łączący technikę z muzykalnością oferują większą uniwersalność, co szczególnie uwidacznia się przy bogatszych nagraniach orkiestrowych.

 

Podobne wrażenia mamy na średnicy, gdzie Opus czaruje nawet bardziej, oferując bogate, długo wybrzmiewające i intymne dźwięki. Rewelacyjnie sprawdza się to przy żywych instrumentach i kameralnych składach, gdzie naturalne i nieco odsunięte od słuchacza brzmienie daje okazję do relaksu. Nie jest co prawda przy tym tak zachwycających jak Colorfly C10, ale i łatwiej pod niego dobrać słuchawki, gdzie C10 potrafi bardzo wybrzydzać. Czego mi jednak brakowało, to odrobiny pazura w tym zakresie, przez co przy metalu miewałem wrażenie, że grający zespół trochę się nudzi.

Tego efektu definitywnie nie ma w przypadku odsłuchów na Shozym. Tu dynamika, zwartość przekazu i wyraźne kreślenie linii poszczególnych instrumentów daje całkiem odmienne wrażenie odsłuchowe niż w odtwarzaczu The Bit. Przede wszystkim jak Opus relaksuje, tak Alien+ ładuje słuchacza energią. Wokal przybliża się do słuchacza, stając przed instrumentami, dzięki czemu jego odbiór jest bardziej bezpośredni i żywy. Przy czym duże nasycenie dźwięków sprawia, że muzyka nie jest podawana w sposób suchy i wyprany z emocji, ani nie ucieka w sztuczną analizę.

 

Tony wysokie w Opusie#1 są przyjemne dla ucha – detaliczne, dobrze kontrolowane i niemęczące. Instrumenty w tym zakresie brzmią naturalnie, nie gubią się, a rozciągnięcie w górę jest co najmniej zadowalające. Jednak czasami bywają trochę nieśmiałe, zbytnio chowając się za średnicą. W zdecydowanej większości nie jest to wada, gdyż soprany są z reguły dopełnieniem tego, co się dzieje niżej i tu ten odtwarzacz idealnie wywiązuje się ze swojej roli. Ale gdy dojdziemy do bardziej intensywnych sekwencji na skrzypce czy flet prosty, muzyka potrafi robić się zachwiana, gdzie prowadzące instrumenty ulegają wybrzmiewającej w tle wiolonczeli czy waltorni.

Tego problemu nie ma na Alienie+. Tu góra zawsze jest na swoim miejscu. Przy pierwszym kontakcie może wydawać się, że jest jej przesadnie dużo lub jest szklista, ale chwila odsłuchu pokazuje, że jej ilość jest optymalna, a przekaz nie jest szklisty, tylko krystaliczny i czysty, dzięki czemu przy całym bogactwie informacji, zauważalnie przerastającym konkurenta, po prostu nie męczy. Gdyby ktoś był jednak wrażliwy na ten zakres lub dysponował słuchawkami eksponującymi soprany, to można je przygasić za pomocą filtrów cyfrowych, które mają wpływ na brzmienie Shozego większy, niż niejeden korektor programowy.

 

Scena jest bardziej rozbudowana w Opusie. Kreuje on przestrzeń lekko i z dużą swobodą, bez sztucznego rozdmuchiwania odległości między instrumentami. Mamy wrażenie, że jej granica nie jest wyraźnie nakreślona, tylko dźwięki gdzieś tam powoli się chowają za bliżej nieokreślonym horyzontem.

Obcy podchodzi do tego zagadnienia w sposób bardziej techniczny, niczym kartograf przy malarzu. Wszystko jest konkretnie określone, scena, choć nie mała, ma pewne określone granice, w których dźwięki się wygaszają. Nie ma tej lekkości jaką oferuje Opus.

Odbija się to również na holografii. Tu pałeczkę przejmuje Shozy, dając niezwykle dokładny wgląd w ustawienie poszczególnych planów, gdzie każdy instrument ma swoje miejsce, masę i zajmowaną przestrzeń. I choć grajek The Bit ułomkiem nie jest, to na tle swojego konkurenta wydaje się czasami nieco zagubiony. Wiemy gdzie co gra, jednak nie ma w tym tak dużej precyzji, a cały układ jest w pewien sposób rozmyty.

 

Szczegółowość, to wyraźna dominacja Aliena+. Ilość mikodetali, które chowają przeróżne smaczki, jest po prostu niesamowita jak na przenośny odtwarzacz. Opus jest dobry, nawet bardzo, ale przy bezpośrednim porównaniu po prostu słychać jak gdzieś między nagraniem a nami gubi się część informacji.

 

W kwestii doboru słuchawek, większą swobodę mamy przy nowym Obcym. Oferuje więcej mocy, dzięki której można wysterować nawet trochę poważniejsze domowe nauszniki (z HE-400i nie miał problemu), a sam dźwięk pozwala na łatwiejsze łapanie synergii. Głównie należy uważać na jasne słuchawki z ograniczoną podstawą basową. Tu na początku nie sprawdzały się Cozoy Hera, które wymagały wygrzania, by grać pełniejszym dźwiękiem. Natomiast przed ułożeniem się samego odtwarzacza, tworzył średnią parę z MEE P1.

Opus#1 ze względu na mniejsze zasoby mocy oraz bardziej spokojny charakter, nie do końca lubi się ze słuchawkami o bardziej stonowanym brzmieniu. Najciekawej wypadł z LZ A4, którym dopełnił średnicę, a dynamika słuchawek dobrze wpisywała się w dźwięk Opusa. Najsłabiej zagrały duże Hifimany, którym jednocześnie zabrakło mocy i dał się w znaki brak synergii, przez co dźwięk był nudny i przytłumiony.

Ciekawe, że mimo różnic pomiędzy dzisiejszymi bohaterami, żaden z nich do końca nie zgodził się z Jupiterami. Zawsze czegoś brakowało i w tym konkretnym przypadku, pod względem synergii, Opus#3 zostawia swojego młodszego brata jak i Obcego daleko z tyłu.

 

Podsumowanie:

Cena praktycznie ta sama, ale oba odtwarzacze są od siebie mocno odmienne praktycznie pod każdym względem. Gdy nie możemy mieć obu, by się dopełniały (co robią całkiem dobrze), to musimy przejrzeć priorytety.

Na jakim dźwięku nam zależy? Opus#1 daje nam spokój, relaks i „malowanie” dźwiękiem, czym trochę przypomina Colorfly C10. Alien+ jest bardzo bezpośredni, dynamiczny i mocniej stawia na szczegółowość.

Niezwykle istotną cechą jest również to, czy jesteśmy w stanie iść na ustępstwa w kwestii obsługi. Odtwarzacz The Bit niemal ich nie wymaga (prócz braku obsługi CUE nie ma większych wad), Shozy, zgodnie z dziwną filozofią firmy, zmusza nas do gimnastyki z formatami plików czy kartami pamięci (tylko FAT32 musi budzić zdziwienie w tych czasach).

Na pewno Opus#1 jest bardziej dopracowanym i przemyślanym urządzeniem. Mimo tego, osobiście lepiej odebrałem Aliena+, który mimo ogromu problemów użytkowych, do których przywykłem posiadając Aliena Gold, daje nam do ręki dźwięk dużego formatu, mogąc pod tym względem stanowić niejako koniec drogi.

Ale jeśli ktoś nie lubi się stresować, że coś nie działa, lub działa dziwnie, a jakość brzmienia nie jest czynnikiem, który niemal w całości determinuje wybór odtwarzacza, na pewno szybciej się polubi z Opusem. I to niekoniecznie „jedynką”, gdyż The Bit w kolejnych odsłonach swoich odtwarzaczy daje trochę inny dźwięk.

Za użyczenie do testów odtwarzaczy Muzostajnia serdecznie dziękuje sklepowi

logo heven

v

Reklamy