Klejnotem w koronie przysłanych do mnie urządzeń marki S.M.S.L. był skromnie wyglądający model M6, który po wyciągnięciu z pudełka podobnie, jak jego tańsi bracia, nie wywołał swoją formą okrzyków zachwytu. Do bólu prosta, aluminiowa obudowa i minimalizm związany z jego wyglądem sprawiają, że można potraktować tego DAC/AMP’a z pewnego rodzaju pobłażaniem. Niewielki, prostokątny, można wręcz nazwać go nudnym. W podobnej cenie chociażby Xduoo XD-05, którego niestety nie miałem dotąd okazji posłuchać, wygląda o wiele bardziej spektakularnie. Jednak ten niepozorny wygląd w żaden sposób nie przesądza o jakości brzmienia. Może jedynie sprawić, że efekt „wow” będzie jeszcze większy biorąc pod uwagę kompaktowe gabaryty i ten niespecjalnie zwracający uwagę design, który można nazwać ascetycznym, gdyby nie niewielki wyświetlacz na froncie przywodzący na myśl wspomniany produkt Xduoo.

Wyposażenie i konstrukcja

W kwestii kartonowego pudełka nie ma żadnej rewolucji, gdyż tak naprawdę jest ono identyczne jak to, w jakim przyjeżdża model SD-793II Sanskrit, z dwoma tylko różnicami. Pierwszą są większego wymiary opakowania „Szóstki”, zaś drugą bardziej wyraziste barwy, nadal będące odcieniami żółci i błękitu. W środku już do znudzenia mamy sprężystą panelową piankę o wysokiej gęstości, w której wycięto miejsce na urządzenie oraz dołączone do niego akcesoria.

1.jpg

Zaczynając od dodatków, to producent wyraźnie się postarał. Poza niezbędnym zasilaczem sieciowym 9V identycznym z tym dołączonym do SD-793II (naprawdę są identyczne, więc używałem jednego do obu urządzeń), w skład zestawu wchodzi płyta ze sterownikami USB oraz kabel USB-A USB-B, czyli tzw. kabel drukarkowy. Zatem już na samym wstępie zadbano o dostarczenie wszelkich niezbędnych akcesoriów pozwalających podłączyć urządzenie do każdego źródła, jakie obsługuje. O ile rzecz jasna mamy kabel RCA, bo takowego w zestawie nie ma 😀

2.jpg

Samo urządzenie też nie jest żadnym odstępstwem od normy, jaką stanowi najwyższa jakość wykonania S.M.S.L.’i. Tak więc standardowo, obudowa to malowane proszkowo aluminium o idealnym spasowaniu wszystkich elementów. M6 występuje w trzech wariantach kolorystycznych, lecz na testy otrzymałem ten w jedynym słusznym wariancie, czyli czarnym. Wymiarami nie zabija, choć z całego kwartetu, zajmuje największą przestrzeń na biurku. W moim przypadku wygodnie siedział na obudowie komputera, mając po bokach jeszcze nieco luzu. Na szerokość mierzy on ok. 14 cm, na głębokość niespełna 11,5 cm, a wysokość to ledwie 4 cm. Na dobrą sprawę można go spokojnie wcisnąć na podstawę minitora LCD, czy obok niej. Design jest dość do bólu prosty, a ja w tego rodzaju prostocie widzę elegancję. Front to przede wszystkim centralnie umieszczony, niewielki wyświetlacz OLED pokazujący stopień głośności, źródło i częstotliwość próbkowania. Na prawo od niego umieszczono gniazdo słuchawkowe jack średnicy 6.3mm (tzw. Duży jack), z kolei na lewo trzyosiowy przycisk sterujący, który pieszczotliwie można nazwać „dzyndzelkiem” xD. Posiada on wyraźny skok i trzeba użyć nieco większej siły nacisku, żeby go przesunąć, dzięki czemu nie ma mowy o pomyłce, choć wymaga to przytrzymania urządzenia, aby się nie przesuwało. Na osi wertykalnej (góra-dół) steruje się głośnością. Przesuwając go w lewo, wybieramy źródło, zaś ruch w prawo to opcja włączania/wyłączania gniazda słuchawkowego. Wygodne, jeżeli trzeba szybko wyciszyć słuchawki na krótki moment, chociażby podczas oglądania stream’u. Dłuższe wciśnięcie przycisku to z kolei włączanie/wyłączanie samego urządzenia. Do działania joysticka zastrzeżeń nie mam, ale gdyby mógł mieć chociaż odrobinę większą średnicę, byłoby po prostu cudownie. Na bokach i wierzchu urządzenia nie znajduje się nic, z kolei od spodu zamocowano cztery gumowe nóżki. Dokładnie takie same, jak w M3 i SD-793 II. Tylny panel to też swoista klasyka. Poza wyjściami RCA na kanał lewy i prawy oraz gniazdem zasilacza, umieszczono na nim trzy porty wejściowe – USB-A, RCA i optyczne.

Specyfikacja

  • USB : 16bit-32bit / 32kHz-384kHz (asynchroniczne)

  • Optyk, Coaxial: 16bit-24bit / 32kHz-192kHz

  • Wyjście RCA: 2Vrms

  • THD + N: <0.003%

  • Skuteczność:> 115dB

  • SNR:> 120dB

  • Separacja kanałów:> 110dB

  • Moc wzmacniacza: (@ 1% THD + N) 32Ω 130mW, 64Ω 270mW, 150Ω 220mW, 300Ω 120mW

  • Waga: 0.8kg

  • Wymiary: 114mm X 139mm X 34mm

Użytkowanie

… to sama przyjemność. Wiadomo, podłączanie sprzętu przez optyka i coaxiala jest równie bezproblemowe, co jedzenie zupy łyżką. Bardzo mnie ta zupa smakowała, jak barszczyk czerwony kochanej Teściowej, który jadłem w momencie pisania tego zdania (true story). Mając jednocześnie podłączone dwa źródła przez Coaxa (DX80) i optyka (komp), przełączając się między nimi miałem może sekundową przerwę w dźwięku po wybraniu źródła. Jeżeli chodzi o podłączenie do źródła przez USB, to przydaje się w tym wypadku płytka dołączona do zestawu, gdyż nawet mając zainstalowane sterowniki X-Mos, przynajmniej w moim przypadku, nie da się zmusić M6 do działania. W zasadzie jedynym problemem z jakim się spotkałem przez te kilka wspaniałych tygodni naszego współżycia (bez skojarzeń!), były dziwaczne zniekształcenia dźwięku, jak gdyby wszystko zostało przerobione na dziwnie cyfrową, nienaturalnie brzmiącą wersję. Miało to miejsce wtedy, gdy za źródło główne w kompie miałem wybraną zewnętrzną dźwiękówkę, a w Foobarze wyjście szło przez Optyka. Poza tym wszystko było naprawdę cacy 🙂

4.jpg

Brzmienie

Czytelnicy forum, którzy być może zapoznają się z recenzją, zapewne wiedzą co będzie się działo w tej części mojej recenzji. Mimo zostawienia M6 na sam koniec, nie wytrzymałem i kilkukrotnie dzieliłem się ze światem moimi emocjami związanymi z jego brzmieniem. Tak po prawdzie nigdy wcześniej nie testowałem tego rodzaju urządzenia z takiej półki cenowej, choć dla wielu „wyjadaczy” z mniej ograniczonym budżetem M6 będzie pewnie sprzętem niewartym uwagi. Dla mnie nie jako recenzenta, lecz melomana mniej liczy się etykieta z ceną i firma, a bardziej to, jak to ustrojstwo gra. Słucham przede wszystkim muzyki, a mniej samego sprzętu, bo to muzyka wywołuje emocje i to ona stanowi powód, dla którego (mówię za siebie tylko i wyłącznie) szukam tego konkretnego brzmienia, które wywoła we mnie zachwyt nawet wtedy, gdy słucham dobrze mi znanego utworu po raz tysięczny. Szczerze? Podtrzymuję swoje zachwyty nad M6 po ponad dwóch wspólnie spędzonych miesiącach.

3.jpg

Sprzęt używany przy testach:

Słuchawki: Mee P1, Etymotic ER4S, Sennheiser IE80, Beyerdynamic DT990 Pro 250 Ohm, Soundmagic HP150, Audio-Technica ATH-R70X

DAPy: iBasso DX80 (jako DAC USB/transport przez coax)

Wzmacniacze\DACi: Aune B1, SMSL M3, SMSL SD-793 II

Przez cały pobyt u mnie, nie sposób zliczyć, ile razy zabierałem się za opis brzmienia. Chcąc jak najlepiej oddać charakter urządzenia i go nie skrzywdzić, a jednocześnie opanować emocje związane z z moim do niego podejściem, musiałem znaleźć ten punkt w samym oku cyklonu. W pewnym wręcz momencie przestałem w ogóle myśleć o tym, co napisać i zwyczajnie zacząłem traktować M6 jako element toru, a nie urządzenie testowe. I dzięki temu przyszło olśnienie, chociaż słowa dojrzewały jeszcze długo po tym, jak odesłałem urządzenie testowe.

Tym razem nietypowo zacznę od rejestrów górnych, znów najlepsze chcąc zostawić na koniec. Soprany brzmią, co tu dużo mówić, świetnie. Są one podawane w sposób pełny i naturalny, bez wychylenia w jakąkolwiek stronę. Słuchanie muzyki to czysta poezja, gdyż nie ma ani bolesnego cyfrowego nalotu na instrumentach smyczkowych, ani uczucia przytępienia jak wtedy, gdy góra jest wygaszona w wyższych rejestrach. Swoboda z jaką podawane są najwyższe częstotliwości zasługuje na pochwałę, gdyż nawet najwyżej strojone skrzypce nie tną po uszach, póki nie podłączy się do M6 słuchawek mających tendencje do silnej sybilizacji. Najlepszym na to dowodem jest utwór „Labradford – S”, w którym elektroniczne sample mają tak wysoką częstotliwość, że można by ich używać w połączeniu ze słabym sprzętem jako narzędzie do lobotomii lub neurochirurgii. W każdym razie muszę również wspomnieć o talerzach perkusyjnych, na których punkcie mam małą fiksację. Lubię słyszeć ich naturalny, metaliczny brzęk i związane z tym wibracje, zaś M6 tę potrzebę w pełni zaspokaja.

W kontekście wszystkich trzech pasm, to właśnie średnica w moim wrażeniu wypada jako najmocniejszy punkt „Szóstki”. Grająca niejako pierwsze skrzypce, podawana bezpośrednio, lecz niezwykle kulturalnie i bez oznak męczącej nachalności. Urzekła mnie przede wszystkim swoim nasyceniem, organicznością i dociążeniem bez jakiegokolwiek zamulenia, czy przyciemniającego „kocyka” za sprawą którego straciła by na czytelności. Zakochałem się w brzmieniu gitar, które niosło w sobie niezmierzone pokłady energii. Bez względu na gatunek, czy był to „radiowy” rock, lżejsze gatunki metalu, czy te ekstremalne jego odmiany, gitary brzmiały w moich uszach po prostu epicko. Łapałem się wręcz na tym, że specjalnie przewijałem utwory do momentów, gdzie mięsisty riff kradł utwór wywołując szeroki uśmiech na mojej twarzy. Idąc dalej, męskie wokale również spełniły moje osobiste preferencje co do ich tembru. To, czego najbardziej brakowało mi w tańszych produktach chińskiej marki, to odpowiednie wyważenie, dające nasycenie bez efektu zabrudzenia, czy przesadnego przyciemnienia. Tutaj M6 spisał się wzorowo, nie dając mi powodów do narzekań. W przypadku wokali damskich zastrzeżenia co do ich brzmienia mogą mieć Ci, którzy preferują podawanie ich w sposób jaśniejszy i bardziej wyostrzony. W M6 z uwagi na ogólnie nasyconą średnicę są one jakby minimalnie przyciemnione, przez co tracą odrobinę na ostrości w przypadku wokalistek o wyjątkowo wysokim głosie. Z drugiej strony chociażby tak przeze mnie lubiana (i często przytaczana) Lana del Rey była równie czarująca jak zawsze.

Bas, czyli to, co tygryski lubią najbardziej, jest idealnym dopełnieniem całości. Głównymi cechami są doskonałe rozciągnięcie całego pasma, wysoka kontrola oraz liniowość pasma z lekkim faworyzowaniem sub-basu, który dominuje nad mid-basem. M6 nie próbuje grać na siłę analitycznie i technicznie, oferując ogromną dozę muzykalności. Wiele zależy od podłączonych do niego słuchawek, o czym za chwilę, ale pewne rzeczy stanowią o jego specyfice. Idąc po kolei, na pierwszy rzut ucha daje się odczuć dominację sub-basu nad mid-basem. W połączeniu z prezentacją pozostałych pasm, daje to uczucie swobody grania i nie sposób odnieść wrażenia zamulenia jak wtedy, gdy to środkowy podzakres podbarwia średnicę, przyciemniając cały przekaz. Tutaj jest szybko, twardo, energicznie i efektownie. Na pewno nie można nazwać basu w M6 anemicznym, gdyż jak na moje gusta jest on podany w idealny sposób, stanowiąc doskonały balans między ilością o jakością. Kiedy trzeba, potrafi zagrzmieć i zatrząść, lecz za sprawą doskonałej kontroli oraz krótkiego wybrzmiewania, nie pozostaje w tyle nawet w najbardziej agresywnych utworach. Ba, nawet ekstremalnie szybka podwójna stopa w żadnym momencie nie robi się „rozlazła”, łącząc szybkość CKM-u z siłą okrętowej armaty. Kiedy dodamy do tego podobnie kreowany, energiczny mid-bas otrzymujemy perkusję o niezwykle efektownym brzmieniu niezależnie od gatunku, która mimo to nadal pozostawia sporo miejsca innym instrumentom. Chociażby gitara basowa, która często „ginie” pod kanonadą innych dźwięków, tutaj jest czytelna i ma więcej do powiedzenia. W muzyce elektronicznej efekt będzie równie spektakularny. W utworach „Mobthrow” bas schodzi do piekła masując głowę ultra-niskimi dźwiękami. Z kolei w piosenkach Lany del Rey czy Dawida Podsiadło o wiele wyraźniej czuć podstawę basową, która jednak nie spycha wokali na dalszy plan. Całościowo więc otrzymujemy zwarte, energiczne i efektowne tony niskie, które porywają dynamiką oraz powerem, nie wychodząc przy tym przed szereg.

Scena robi bardzo pozytywne wrażenie już od pierwszego odsłuchu. Sam dźwięk kreowany jest z pewnego dystansu, wywołując wrażenie, jakby całość odsunięta była od słuchacza o jakieś dwa lub trzy kroki. Do tego jest solidnie rozbudowana na boki oraz wgłąb, rozciągając się po elipsie, dając wrażenia niemal koncertowe. Na całe szczęście za sprawą wysuniętej średnicy, która przybliża wokale, nie ma wrażenia oderwania czy przesadnego rozrzucenia instrumentów. Dlatego przekaz jest jednocześnie angażujący, muzykalny i przy tym nie męczy wcale nawet przy dłuższych odsłuchach. Biorąc ponadto pod uwagę naprawdę dużą ilość powietrza między i wyborną separację, muszę ogromnie pochwalić to, jak bardzo czytelna i uporządkowana jest scena. Smaczki takie, jak przechodzenie dźwięków z jednej strony na drugą, czy wyłapywanie dystansu między instrumentami na głębokość (bliższe gitary, cofnięty bas i dźwięk talerzy dobiegający niejako z góry oraz boków jednocześnie) cieszy przeogromnie. W efekcie muzyka naprawdę wciąga, zachwyca, a momentami wręcz wywołuje niedowierzanie. Na żadnym tańszym urządzeniu jakie miałem okazję testować nie osiągnąłem podobnego efektu. M6 nie tylko zatem odtwarza muzykę, lecz nadaje jej iskry życia sprawiając, że nawet wielokrotnie słyszany utwór potrafi zachwycić jak za pierwszym razem, wzbudzając naprawdę wiele emocji.

Według oficjalnych danych M6 ma mieć moc dostateczną, by napędzić nawet słuchawki mające oporowość na poziomie 600 Ohmów. W praktyce nie miałem możliwości tego sprawdzić, choć bez większego trudu radziły sobie z DT990 Pro 250 Ohm i Audio-Technica R70X, które mają już 470 Ohmów rezystencji. Przy tym nawet na czułych słuchawkach dokanałowych jak Sennheiser IE80 nie uświadczyłem nieprzyjemnych szumów, co bardzo się chwali.

Intensywnie testowałem go również w połączeniu z Soundmagic HP150 w grze CS:GO. Wspominam o tym dlatego, że takie combo dawało mi sporą przewagę nad przeciwnikami z uwagi na fantastyczne wręcz (na tle integry w PC i wcześniej testowanych produktów marki S.M.S.L.) pozycjonowanie. Mogłem usłyszeć wroga z dużej odległości lub błyskawicznie rozróżnić, z którego kierunku dobiegają strzały. Ba, słyszałem nawet charakterystyczny dźwięk towarzyszący podkładaniu bomby, zmianie broni lub zoomu lunety AWP, co pozwalało mi wykorzystać efekt zaskoczenia, czym przeważałem szalę na swoją korzyść. Nie wspomnę o tym, że mając możliwość uprzedzenia sojuszników o ruchach przeciwnika, mieliśmy sporą dzięki temu przewagę 😀

Słuchawki

Połączenie z Beyerdynamic DT990 Pro 250Ohm zaowocowało bardzo ciekawymi efetkami. Na stockowym kablu, bez żadnych modyfikacji, bas w DT990 zyskał na kontroli i kulturze. Zachował swój misiowaty, miękki charakter, lecz mid-bas został solidnie wzięty za gębę, a podbicie sub-basu nieco wyrównało całe dolne pasmo. Wyciągnięta średnica niemal całkowicie zniwelowała specyficzną „Beyerowską V-kę”, a góra zyskała nieco na łagodności, choć nie straciła całkowicie tendencji do sybilizacji. Ogólne wrażenie to przestrzenne, bardzo muzykalne i relaksujące brzmienie idealne na wieczór, kiedy po ciężkim dniu pracy mózg się wyłącza, a zbyt szczegółowe i analityczne granie jedynie budzi irytację. DT990 w połączeniu z M6 relaksują jak ciepły kocyk i kubek gorącego kakao w późny, zimowy wieczór.

Parowanie SMSL’a z Soundmagic HP150 to już kombinacja dająca efekt iście spektakularny. Jest power, jest efektowność i szał. Wszystko to, co najbardziej lubiłem w HP150 uległo poprawie, nie tracąc sygnatury, w której zakochałem się od pierwszego odsłuchu. Jest przestrzennie, z potężnym sub-basem schodzącym do piekła i przekosmiczną kontrolą nad dolnym pasmem. Średnica o lepszym nasyceniu oraz góra, która kosztem cyfrowego nalotu zyskała na naturalności w przekazie wpłynęły na umuzykalnienie całości, przy zachowaniu wysokiej jakości detali oraz fantastycznej dynamiki. HP150 atakowały z szybkością Manny’ego Pacquiao oraz siłą Władimira Kliczko 😀

Prawdziwy szczękospad gwarantowało jednak podłączenie do M6 słuchawek Audio-Technica R70X. Dzięki uprzejmości Maćka (a.k.a Zenek Hajzer) miałem możliwość spróbować takiej kombinacji i przyznaję bez bicia, że nie spodziewałem się czegoś TAKIEGO po słuchawkach otwartych. Fakturowanie basu po prostu rzuca na kolana, wywołując szok, niedowierzanie i ekscytację. Bas schodzi do piekła, potrafi uderzyć z siłą bomby lub być niezwykle miękkim i łagodnym w zależności od utworu. Średnica w nich jest pełna, gładka i świetnie nasycona, a jednocześnie niezwykle zwiewna sprawiając, że wszystko, od gitar po wokale, brzmi rewelacyjnie. Rejestry górne są wspaniale rozciągnięte, a jednak nawet pomimo tego nie ma w nich cienia ostrości, co skutkuje również brakiem podatności na sybilizację. Doskonała holografia, masa powietrza i niezwykle rozbudowana w każdą stronę przestrzeń daje poczucie pełnej trójwymiarowości.

Podsumowanie

S.M.S.L. M6 to urządzenie w moim odczuciu niezwykle udane, które mogę z czystym sumieniem polecić jako rozwiązanie dla tych, którzy szukają w cenie poniżej tysiąca złotych elementu toru stacjonarnego o uniwersalnej sygnaturze i kompaktowych wymiarach. Niewielki, niepozorny, a jednak banalnie prosty w obsłudze i posiadający dużą moc pozwalającą napędzić pełnowymiarowe słuchawki sprawdza się nie tylko podczas słuchania muzyki, lecz również w grach, gdzie liczy się pozycjonowanie. Tak naprawdę ilość zachwytów zawartych w powyższym tekście dobitnie pokazuje, jak bardzo ten klocek przypadł mi do gustu i nawet teraz, kiedy po kilku tygodniach od momentu rozstania się z nim emocje nieco opadły, nadal ciężko mi wytknąć mu jakieś minusy, które wpłynęłyby na moją końcową, bardzo wysoką ocenę. Z czystym zatem sumieniem daję M6 moją rekomendację i polecam każdemu, kto się na niego natknie, by posłuchał go chociaż chwilę.

Za użyczenie sprzętu do testu serdecznie dziękuję dystrybutorowi marki S.M.S.L na Polskę, firmie MIP będącej właścicielem sieci sklepów MP3 Store.

1_mp3store_logo

P.S. Dziękuję też mojej Małżowince za wykonanie fantastycznych zdjęć 🙂

Advertisements