Bardzo mi smutno z racji ostatnich wydarzeń od których, pomimo usilnych starań, nie udało mi się odizolować. Temperatura sporu jest taka, że nie mogę się nie sparzyć, choćbym nie wiem jak unikał konfrontacji.
Czarny protest.
Wszędzie on. W pracy, w domu – skrajnie jego odmienne oceny w obu tych miejscach.
A w środku ja. Umiarkowany przeciwnik aborcji. Umiarkowany też przeciwnik rozwiązań siłowych jakie zaprpoponował ostatnio rząd.
Piszę o tym, bo jako chrześcijanin zgłupiałem.
Nie wiem jak to ma wszystko wyglądać, trudno mi się z tym uporać. Biorę więc sprawę zdroworozsądkowo. Jedni krzyczą o zaściankowości, średniowieczu i zabobonie. Drudzy o kulturze/cywilizacji śmierci. Same inwektywy, obrażanie się i brak woli do znalezienia nici porozumienia. I jedni i drzudzy używają karykatur argumentów, pomijając fakt, że one są argumentami w ich układach odniesienia. Żeby zbudować dialog, potrzebny jest wspólny układ odniesienia. Nie może być tak, że wartości tradycyjne nagle się zdewaluowały. Bo jak wytłumaczyć fakt że Nitsche, Sun-Tzu, Arystoteles są ciągle aktualni, ale Hipokrates to już powinien być interpretowany? Wykrzywia to obraz rzeczywistości i prowadzi do naprawdę dziwnych interpretacji. JAk choćby porównanie klauzuli sumienia do odmowy wzięcia psa przewodnika do taksówki przez kierowcę muzułmanina. Czysta aberracja. Niestety argumenty strony drugiej nie są lepsze.
Ale ja nie o tym. Ja o tym jaki poziom agresji to budzi – nie jesteś z nami, to jesteś przeciw nam. Kiedy domagam się jakiejś indeksacji pojęć, przez obydwa obozy uważają mnie za reprezentanta strony przciwnej. Brak zrozumienia, który zrodził moją irytację i brak zrozumienia z mojej strony, chociaż od początku starałem się postawić w roli rozumiejącego obie strony arbitra.
Poległem sromotnie, uwalniając naprawdę przykre myśli.
Potrzebowałem katharsis.
Założyłem słuchawki…..

I tu nastąpiło odkrycie.
Chąc się od tego wszystkiego na chwilę uwolnić, zapadłem w muzykę.
Hans Zimmer i ścieżka do filmu „Interstellar”. Zapada w pamięć i duszę tak głęboko, że pozwolę sobie tutaj przytoczyć kompilację najciekawszych momentów:

Muzyka mnie wyzwoliła od emocji. Bezwiednie w nią zapadłem.
Katharsis.

Tolkien w Silmarilionie opisał tworzeni świata jako pieśń Ainurów, aniołów Eru, z której to pieśni wszechświat przyoblekł formę.
Księga Rodzaju mówi „Na początku było Słowo. A Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Przez nie wszystko się stało co się stało, a bez niego nic się nie stało co się stało”.
Dla mnie to spójna całość(słowo i pieśń) – słowo wyśpiewane w idealnej Harmonii jest przejawem najwyższej doskonałości. I niekoniecznie musi być słowem w znaczeniu w jakim je pojmujemy. Dla mnie muzyka jest słowem. Nośnikiem tego co nieuchwytne – niczym grawitacja w filmie Interstellar – nośnikiem pokonującym czas i przestrzeń, by przekazać nam coś ważnego. I to ona łączy wymiar transcendentalny z rzeczywistością, dając nam namiastkę tego, co może nas czekać „potem”. Taki nośnik, pokonujący nasze ułomności.
Twórcy, którzy potrafią nas poruszyć, muszą mieć jakiś wyłom w jaźni. Trwały most, który pozwala przekazywać nam tę wyższą treść.
Najwyższa forma sztuki. Bo sztuką dla mnie nie jest. Jest czymś więcej. Nie wzbudza jedynie poczucia estetyki, ale dotyka wewnętrznyh strun, które rezonują z moim wewnętrznym szczęściem. Dlatego celebruję moment kiedy mogę obcować z muzyką. Muzyka jako jedyna dziedzina sztuki nakazuje mi interpretować formę jako treść. W odróżnieniu od sztuk wizualnych, gdzie forma może być dla mnie kluczem do interpretacji treści, może nawet stanowić nierozerwalną z treścią całość, ale nigdy sama w sobie nie będzie przedmiotem interpretacji. Przynajmniej nie dla mnie.
Nauczyłem się tego niedawno, kiedy to zachłyśnięty zabawkami do coraz to doskonalszego odtwarzania muzyki, zepchnąłem ją na plan dalszy. A ona grzecznie czekała. Zna swoją wartość, nie sili się na zajęcie odpowiedniego miejsca w moim życiu – wie, że tam jest. Wie, że to co ze sobą niesie, to coś niemierzalnego i uda jej się mnie poruszyć i tak.
Wróciłem do normalnego życia. Odinstalowałem aplikacje trzymające mnie przykutego do smartfona, celem roztrwonienia jak największej ilości czasu.
Porzuciłem zwyczaj niedbałego słuchania. Teraz ten moment celebruję. Celebruję wyjazd do pracy i powrót do domu, bo wtedy odcinam się od otoczenia zupełnie. Znikam. I jest to mój czas, wydzielony moment na obcowanie z NIĄ.
W pracy nadal jest dla mnie tłem, ale nie skupiam się już na niej.
W domu też mam wydzielony tylko ten moment, kiedy nie jestem potrzebny ani mojej żonie, ani córce.
Te ograniczenia pozwoliły mi się wyciszyć i zaakceptować to co mnie drażni. Każdorazowo kiedy się zirytuję, myślę tylko o kolejnym momencie, kiedy się wyłączę. To pocieszające, że wtedy się uspokajam.
Tylko akceptacja.
Nadal mi smutno, że tak się różnimy, ale MUZYKA pomaga mi to akceptować.

KATHARSIS….

Reklamy