Witam wszystkich po 4 miesięcznej przerwie w bytowaniu na łamach Muzo, nie wiem jak to się stało, ale życie nagle przyśpieszyło i jakoś te kila miesięcy przeleciały strasznie szybko ale udało mi się w tym okresie zmienić DAP-a na Colorfly C4, zakup ten był całkiem przemyślany i spowodowany śląskim wiosennym spotkaniem  fanów słuchawek opisanym TU!

Tak, C4 mimo oczywistych ułomności które wynikają z wielkości, oprogramowania, trwałości baterii to dźwięk jak wypływa z niego czaruje pełną mocą muzyki! W zasadzie mogę powiedzieć że w kwestii sprzętu jestem kontent. Brak mi tylko słuchawek przenośnych, które bez martwienia się o ich uszkodzenie mógłbym targać po Polsce, sprzedając V-moda M80 popełniłem błąd……..ale cóż czasem tak bywa 😦

Co innego się wydarzyło po za muzycznego, bo ten aspekt zostawię się na koniec, wróciłem do mojego całkiem amatorskiego fotografowania ( https://500px.com/search?q=marekspyra&submit=Wy%C5%9Blij+zapytanie&type=photos ), stałem się poszukiwaczem rzadkich ale cudownych dla moich zmysłów zapachów/perfum męskich, mimo że raczej nigdy nie zrezygnuje z mojego ulubionego Thierry Mugler-a oraz rozpocząłem hodowlę brody w myśl tego:

tumblr_mqez0eBt6k1s2cro8o1_1280

…..no i nie wynika z obecnej mody, noooo może trochę 😛

Najlepsze w tym jest to że po prawie 15lata posiadania kompletnie łysej łepetyny mogę stosować w końcu grzebień, szczotkę do włosów – znaczy ona jest ekstra do brody- taaaki wypas, szamponów, odżywek, wosków i pełnej gamy innych mniej lub bardziej magicznych ekstraktów których recenzje znajdziecie TU

Uff w końcu docieramy do teoretycznego końca który będzie już zawierał wszelkie moje muzyczne fascynacje!

Zaczniemy od koncertów które w miesiącu czerwcu były w zasadzie tym najważniejszym w moim życiu, po pierwsze: Zakk Wylde który to zagościł u nas (patrz w Łodzi) 3 czerwca w klubie  Wytwórnia.

Zakk przyjechał z trasą która promowała nową płytę „Book of Shadows II”, to drugi solowy album Wylda wydany po 20 latach, myślę że opisywanie tego albumu po tych kilku miesiąc nie już sensu, gdyż wszyscy fani znają go jak własną kiesę. Koncert natomiast należy pochwalić bo, przygotowanie, organizacja, klub, nagłośnienie była bardzo dobre! Jeśli chodzi o muzykę i to co pokazał Zakk to wszystko wyszło w pierwszych minutach, czyli w pierwszym zagranym kawałku „Sold My Soul”, wspomniany utwór, rozszerzony do dwunastu minut przez wspaniałą solówkę Mistrza wywoła cudny efekt który to doskonale obrazuje cały koncert, wyglądało to tak: nastała ciemność, potem rozbłysły światła, pojawił się Zakk, tłum w tym Ja radosnym krzykiem na całe gardło powitał swego idola, Mistrz zaczął grać, minęła minuta lub dwie…….rozglądam się po sali a tu wszyscy milczą jak zaklęci, wsłuchani, wpatrzeni w Wylda i to co wyprawia z gitarą! Granie zębami…pfuuu a co to za problem, czysto, technicznie, klasa sam w sobie! Prócz oczywistych ukłonów dla Zakka, masy uwielbienia za spektakl który nam stworzył należy zaznaczyć że reszta muzyków pokazała bezsprzeczną klasę a w tym momencie muszę wspomnieć o basiście czyli John-ie DeServio który to wyszedł na scenę wypasiony w gitarę o strunach w kolorze naszej flagi, cały koncert grał uśmiechnięty, radosny i bardzo kontaktowy względem widzów a grał bardzo fajnie, technicznie, wrzucając często w utwór własne solo, mało tego doszło do całkiem fajnego momentu podczas solówki Zakka w tłumie (tak, Wylde zszedł z sceny i wykonał pokaźna solówkę wśród tłumu fanów, jakieś 2-3m od Nas), mianowicie w pewnym momencie nawiązaliśmy z moim bratem kontakt wzrokowo, myślowo, migowy z Johnem który odgadł w mig nasze zamiary i zaczął bez problemów wyrzucać w naszym kierunku piórka, najpierw swoje potem Zakka a że my z bratem mamy wrodzone szczęście 😉 to ani jedno nie trafiło w nasze ręce! Po chwili basista zespołu stał na środku sceny wyraźnie sygnalizując rozłożonymi rękami że …… sorry ale piórek już brak!

Na zakończenie wspomnę tylko że repertuar Zakka z oby płyt bardziej mnie przekonuje niż ten reprezentowany przez BLS.

I may be blind but I’ll find my way
Like a lost prayer on stormy day

 

Po drugie! David Gilmour 26 czerwca w Wrocławiu na koncercie plenerowym. Cóż na ten koncert czekałem 22 lata, było to dla mnie bardzo ważne wydarzenie, nigdy też nie ukrywałem mojej miłości do PF, dlatego będzie bezkrytycznie….prawie 😛

Te 22 lata mojego oczekiwania wynikają z tego że dane mi było być obecnym na ostatniej trasie koncertowej Pink Floyd, będąc młodym, 19-nasto letnim człowiekiem udało mi się w 94r. zdobyć bilety na koncert w Pradze! To było bezsprzecznie wielkim wydarzeniem w moim życiu stanąć przed sceną na której grała legenda, filar mojej muzyki, idole! Na koncert czerwcowy też w zasadzie udałem się tylko ze względu na to że w set liście znalazły się utwory PF, jakoś solowa twórczość Davida nie wstrząsnęła moimi muzycznymi filarami…………….

Gilmour zagrał mieszany repertuar w czasie imponujących trzech godzin, okraszony dodatkowo orkiestrą pod batutą Preisnera. Niestety ta solowa część repertuaru Davida mogła by w zasadzie nie być odegrana w tym dniu, jeśli chodzi o mnie, prócz „The Girl in the Yellow Dress” który został odegrany wspólnie z Leszkiem Możdzerem w lekko jazzującej aranżacji, bardzo fajnie to zabrzmiało!

Natomiast cała reszta koncertu czyli utwory Floydów to już był orgazm dla mojego zmysłu słuchu, doczekałem się w końcu po tylu latach tego na co tak długo czekałem, odżyły wspomnienia, na to czekałem 22 lata, na to wyśpiewać każdy z kawałów, żeby poczuć ten sam dreszcz który, być po raz kolejny przyjemnie odrętwiały. Nawet część animacji, filmów wyświetlanych na wielkim okręgu było takie same jak w 94 roku. Szczególnie wtedy w Pradze zapadło mi w pamięci to co wyświetlane było podczas „Shine on You Crazy Diamond” otworu który od zawsze był dla mnie esencją muzyki doskonalej w każdym calu.

Remember when You were young,
You shone like the sun.
Shine on You Crazy Diamond.
Now there’s a look in Your eyes,
Like black holes in the sky.

Tak, David i muzyka PF tego wieczoru lśniła blaskiem doskonałym, forma tego 70-cio letniego gitarzysty bezwzględnie fascynuje a kunszt gry na jego instrumencie to majstersztyk, bezwzględnie trzeba wspomnieć że technicznie to też była duża klasa prócz malej wtopki  z „Wish You Were Here” które było zbyt cicho zrealizowane cała reszta brzmiała świetnie…fakt że udało nam się dotrzeć i ustawić dokładnie na wprost Davida ok 3 metrów przed konsolą 🙂 …takie też były zamierzenia!

W sumie mogę spokojnie powiedzieć że moje dorosłe życie rozpocząłem od koncertu ostatniego Pink Floyd, wiec teraz po ostatnim koncercie Gilmoura mogę mój żywot zakończyć w pełni ukontentowany muzycznie!

 

………..ach no tak, oba koncerty z pewnością dałyby mi mniej endorfiny gdyby nie było tam ze mną świetnych ludzi, moich przyjaciół, dziękuję Wam!!!

 

Takim to sposobem zbliżamy się do końca tegoż artykułu i na zakończenie chciałbym przedstawić Wam kilka albumów wydanych w ostatnim czasie które warto odsłuchać i które wywarły na minie bardzo pozytywne wrażenie!

 

  1. Red Hot Chili Peppers – The Getaway, jakoś takim wielkim fanem tego bandu nie jestem ale ta płyta jest świetna, świeża, energetyczna z bardo dobrymi partiami gitarowymi Josha Klinghoffer, mnie sie ta gitara bardzo spodobała, polecam!
  2. Jeff Beck – Loud Hailer, następny wielki gitarzysta który pojawia się dzisiaj, gitarzysta charyzmatyczny i charakterystyczny, który potrafi swoją techniką gry na gitarze opowiadać, szeptać, dośpiewywać…klasę jego grania możemy usłyszeć choćby na płycie Rogera Watersa  – Amused to Death, chociażby w utworze „The Ballad of Bill Hubbard”  który bez gitary Becka w zasadzie by nie istniał, nie robił żadnego wrażania, nie wspomnę już o utworze tytułowym z tej płyty który jest dla mnie najlepszym solowym dziełem Watersa. Nowa płyta Jeffa od razu wniosła we mnie troszkę obaw, mimo oczywistego zachwytu nad sposobem jego grania, wiadome że Beck lubi eksperymentować i wtrącać do swojej gitary elektronikę która haczy o techno, co znowu mnie nie zachwyca, fajnie że gość potrafi odejść od swego kanonu ale………… No właśnie i tak zaczyna się nowa płyta, od mieszanki gitary i nowoczesnych brzmień, tyle w tym wszystkim dobrze że Jeff zatrudnił wokalistkę Rosie Bones, wiec po drugim kawałku pomyślałem ze wtopa dla mnie…no nie ogarnę, trzeci kawałek już bez wokalu ale nadal haczy o techno….pomyślałem więc jeszcze jeden kawałek i koniec, płyta ląduje na regale….bamc wpada czwarty kawałek który zaczyna mnie wciągać,  wokal….hmmm….bardzo ciekawy sobie myślę, no i w końcu Beck zaczyna katować swoja gitarę w sposób który uwielbiam! Dalej moi drodzy na ścieżkach tej płyty jest coraz lepiej, piątka zwalniam nam tępo płyty i pozwala rozkoszować się cudnym wokalem i piękną gitarą. Podsumowując, polecam Wam z czystym sumieniem to wydawnictwo, warto posłuchać tego 72 latka!!!
  3. Bass Astral x Igo Discobolus, ciężki temat tak naprawdę bo to nie gatunek muzyki w którym jestem biegły, raczej ciekawostka! Bass&Igo to tak naprawdę połowa Clock Machine która to postanowiła zaistnieć w trochę innej stylistyce. Jak im wyszło…jak dla mnie bardzo ciekawie, natomiast chłopaki udowadniają że są cholernie muzyczni i twórczy, od początku kibicowałem Clock Machine a więc automatycznie wspieram ten projekt i życzyłbym sobie aby takich wszechstronnych muzyków w tym kraju było więcej!!!

…no i na tym czas zakończyć, trzymajcie się i dzięki za odwiedziny tekstów mojego autorstwa

 

Siara.

 

 

 

 

 

Reklamy