Są na rynku audio firmy, obok produktów których nie da się zwyczajnie przejść obojętnie. Po jednej stronie mamy zatem „kosmosy” pokroju Staxów, Audeze, czy wysokich modeli Audio-Technica, które tę uwagę przyciągają nie tylko wysublimowanym, wręcz luksusowym wyglądem, lecz równie zwalającymi dla przeciętnego konsumenta cenami. Po drugiej stronie przepastnego, wciąż powiększającego się oceanu są takie marki, jak Mee Audio, które w swojej ofercie mają szeroki wachlarz produktów skierowanych do tych z nas, którzy dysponują znacznie mniej zasobnymi portfelami (jak ja) i nie mają możliwości (jak nie ja) posłuchać kilkunastu lub kilkudziesięciu par słuchawek, których wypadkowa brzmień daje pewien wgląd w to, co można dostać i za ile celem zaspokojenia swoich potrzeb. Mee Audio to firma, która stara się z każdej wydanej złotówki wycisnąć jak najwięcej z produktu, nie poświęcając przy tym żadnego z aspektów odpowiadających za ogólny całokształt. Mowa tu o opakowaniu, akcesoriach, wykonaniu i samym brzmieniu. Pisząc to wszystko, myślami jestem nie tylko przy posiadanych przeze mnie osobiście modelach P1, M6 Pro i RX18, lecz również tych, które miałem okazję testować. Tym razem na warsztat trafił do mnie kolejny model będący przedstawicielem stale poszerzającego się segmentu przenośnych słuchawek bezprzewodowych. Wyceniane na blisko 60$ Mee Runaway AF32 to obecnie najtańsze i najmniejsze nauszne słuchawki bluetooth w ofercie tego producenta, które stanowią kwintesencję terminu „portable”. Do tego obecnie można je ubyć u nas w kraju po cenie promocyjnej wynoszącej jedyne 189zł. Brzmi fajnie, prawda?

Opakowanie i zawartość

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chociaż cena za sprzęt niewysoka, to Mee Audio jak zwykle rozpieszcza swoich klientów i naprawdę wielu producentów sprzętu audio mogłoby się nauczyć od nich podejścia do kwestii opakowania oraz wyposażenia. Pudełko niewielkich rozmiarów jest bowiem bardzo schludne, a do tego wykonano je z litej tektury wysokiej jakości. Jako że obecnie zajmuję się konstrukcją opakowań, tym bardziej jestem w stanie docenić to, że firma nie oszczędza ani grosza na tym elemencie. Na froncie mamy więc ukazane same słuchawki, które czekają w środku wraz ze wszystkimi akcesoriami. Tutaj również nie ma na co narzekać, gdyż poza oczywistymi elementami jak kabel do ładowania, producent dołączył prosty, płaski przewód jack-jack ratujący w przypadku, gdyby wyczerpał się akumulator oraz woreczek do przechowywania AF32 wykonany z grubego weluru, ściągany obustronnie sznurkiem. Jest on zdecydowanie przyjemniejszy w dotyku, niż chociażby nylonowy worek dołączony do niemal czterokrotnie droższych Beyerów DT990 Pro. Ponadto w pudełku znajdziemy również makulaturę maści wszelakiej, w tym instrukcję obsługi, której dwuminutowa lektura wyjaśni dokładnie chociażby to, w jaki sposób parować słuchawki z urządzeniami. Wrócę też na moment do kabelka audio. Ten jest bardzo cienki, lecz przy tym niezwykle lekki, w formie płaskiego „makaronu” i takie rozwiązanie to w tym wypadku „maximum portable”, by nawet w ruchu przewód ten nie przeszkadzał i nie irytował. Sam osobiście nie sprawdziłem jego działania, gdyż nie miałem takiej potrzeby z racji długiego czasu pracy na baterii wynoszącego ok. 14 h ciągłego grania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Budowa i komfort

4.jpg

Gabaryty konstrukcji najłatwiej porównać mi do Koss Porta Pro, choć mówię to wyłącznie z pamięci, gdyż nie miałem z nimi do czynienia od ponad czterech lat. Runaway to słuchawki nauszne bardzo niewielkich gabarytów, które dość pewnie trzymają się głowy. Zanim jednak przejdę do komfortu użytkowania, chciałem napisać co nieco o jakości wykonania, która naprawdę robi wrażenie. Mee jak zwykle wycisnęło ile się da z ceny, jaką trzeba zapłacić za te słuchawki. Strona zewnętrzna to twardy plastik pokryty lakierem fortepianowym. Z jednej strony wygląda to elegancko, lecz jak wiadomo, błyszcząca powierzchnia bardzo lubi zbierać odciski palców. Do tego wokół zewnętrznych krawędzi kopułek zastosowano obwódkę w postaci srebrnych pierścieni i na całe szczęście nie nadaje to słuchawkom odpustowego wyglądu. Pałąk to dwie warstwy plastiku skręconego ze sobą małymi wkrętami i dodatkowo wzmocnionego stalową taśmą. Z zewnątrz to wspomniany plastik lakierowany, zaś od wewnątrz wykorzystano matowe, niezwykle przyjemne w dotyku i gładkie tworzywo. Jest więc on całkiem giętki, a przy tym dociska do głowy słuchawki na tyle, by te nie groziły spadnięciem z uszu przy byle ruchu głową. Do tego oferuje on szeroki zakres regulacji, a rozsuwanie pałąka odbywa się stopniowo, z wyraźnie wyczuwalnym skokiem. Pałąk składa się w dwóch miejscach, w efekcie czego po złożeniu Runaway’e mieszczą się w kieszeni bluzy. Na prawej stronie pałąka na wysokości muszli swoje miejsce odnalazły trzy podłużne, dość dyskretnie oznaczone przyciski sterujące oraz dioda led informująca o stanie słuchawek. Przyciski mają wyczuwalny „klik”, dlatego nigdy nie ma wątpliwości co do tego, czy przycisk udało się wcisnąć, czy też nie. Za ich pomocą można odbierać lub kończyć rozmowy, zatrzymywać i wznawiać muzykę, przełączać się między utworami i oczywiście regulować poziom głośności. Całe sterowanie jest na wyciągnięcie palca i w przypadku ich podłączenia do telefonu, nie trzeba nawet wyciągać go z kieszeni lub torby.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na spodzie prawej kopułki umieszczono z kolei mikrofon oraz wejście jack będące również portem ładowania, do czego przeznaczony jest specjalny kabelek jack-USB. Poduszki są miękkie, a wykonano je z bardzo przyjemnej w dotyku pseudo-skórki. W moim przypadku zakrywały one prawie całe ucho, choć dla uzyskania idealnego brzmienia czasem musiałem je delikatnie przesunąć o te kilka kluczowych milimetrów. Miękką poduszeczką wyściełano również górną część pałąka, dzięki czemu po założeniu, Mee nie opierają się na głowie plastikiem, więc będą komfortowe nawet dla tych, którzy z różnych przyczyn nie mają na głowie zbyt wielu włosów 😉 Ogólnie są one wygodne i bardzo lekkie, a z racji niedużych gabarytów można je zabrać ze sobą wszędzie. Mee AF32 nie oferują jednakże wysokiej izolacji od hałasu zewnętrznego, którą mógłbym nazwać co najwyżej średnią. Nie uważam tego mimo wszystko za wadę, bowiem na ulicy ten drobny kontakt z otaczającym światem może się bardzo przydać.

Specyfikacja

  • Przetwornik średnicy 40mm
  • Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz
  • Impedancja: 32 Ohm
  • Czułość: 106 dB +/- 3dB
  • Przewód: 120cm
  • Waga: 115 g
  • Bateria: 400mAh litowo-polimerowa
  • Bluetooth 4.0 z A2DP, HSP, HFP, AVRCP
  • Zasięg: do 10m

 

Brzmienie

Do testów posłużyły następujące sprzęty

Słuchawki: Mee P1, Mee M6 Pro, Mee M-Duo, Mee RX-18

DAP: Sony Xperia Z2, Samsung Galaxy Note 4 N910C

Biorąc pod uwagę cenę i samą specyfikę słuchawek, nie miałem w stosunku do nich specjalnie wielkich oczekiwań. W końcu ile można dostać za niespełna 200 zł, prawda? I jak to miło jest się zaskoczyć, po raz kolejny w przypadku Mee Audio, czyż nie? 🙂

Bas robi wrażenie i to nie obfitością, a kontrolą. Są to słuchawki zamknięte, stąd dostajemy dolne rejestry nakreślone dość obficie, choć przy tym niezwykle dobrze kontrolowane. Po M6 Pro, które od kilku miesięcy są moimi ulubionymi słuchawkami, mam pewne zboczenie w stronę mocnego sub-basu ze słabszym mid-basem i coś podobnego serwują Runaway’e. Zejście jest naprawdę dobre, a sub-bas mocny, dzięki czemu stopa perkusyjna, gitara basowa, czy bas w utworach Massive Attack mają moc. Środkowy podzakres podobnie jak wyższy bas są dosyć miękkie i gładko przechodzą w średnicę, a przy tym jej nie zalewają. Już kilkanaście godzin grania sprawia, że cały dół staje się lepiej uporządkowany i zyskuje więcej kontroli, uderzając twardo. Ogólnie jest zaskakująco dobrze, z wykopem i funowo, i tylko najbardziej basogłowi słuchacze poczują niedosyt.

Średnica jest przyjemnie nasycona, choć może wydawać się nieco wycofana za sprawą wokali, które zarówno w przypadku męskich i damskich głosów, zdają się być za grającymi instrumentami o jakiś krok lub dwa. W przypadku gitar otrzymujemy brzmienie dociążone i pełne, wręcz słodkie. W tym konkretnym przypadku niezależnie od gatunku muzycznego, nie czułem niedosytu. Wspomniane wokale grają tedy niejako drugie skrzypce, a ich cofnięcie daje złudne poczucie grania sygnaturą na planie V, czyli z podkreślonymi skrajami pasma. Wystarczy jednak szybkie porównanie do Mee M-Duo, żeby zweryfikować swoje poglądu i poczuć, że Runaway grają zaskakująco równo. Taka charakterystyka może się podobać lub nie, lecz wybierając z dwojga złego wolę wokale cofnięte i nie tak natarczywe, niż ich chamskie podanie prosto na twarz, co szczególnie mocno drażniło mnie w przypadku DAPa Fiio M3, który prezentował taką szkołę grania. Zresztą, kiedy tylko na tapecie pozostają wokale z mniejszą ilością instrumentów, te pierwsze przesuwają się na pierwszy plan. Ważna sprawa – sybilizacji nie uświadczyłem, choć zapewne wystąpiłaby ona w przypadku syfiasto zrealizowanych nagrań, jak chociażby „Motion” Calvina Harrisa, który dla mnie był po prostu niesłuchalny na czymkolwiek innym, poza blisko dwudziestoletnimi głośnikami od komputera, czy sprzętem z ery kamienia łupanego.

Górne rejestry to swoisty kompromis, gdyż z jednej strony potrafią zabłyszczeć i przekazać sporą dawkę szczegółów, lecz z drugiej brakuje im rozciągnięcia w najwyższych partiach. W efekcie tam, gdzie powinno zacząć robić się ostro i dźwięcznie, jak niektóre talerze perkusyjne, jest dziwnie mdło, płasko i nijako. Jakby nie patrzeć, nie potną przez to uszu jak niewygrzane M6 Pro i uchronią słuchacza przed ułomnościami realizacji nagrań, zwłaszcza tych w niższej jakości. Mimo tego, że sample w muzyce elektronicznej brzmiały poprawnie, a najwyższe partie damskich wokali w stylu operowym też brzmiały dobrze, miałem pewnego rodzaju niedosyt powstały w wyniku prezentacji tego pasma przez chociażby Mee P1, którym i tak sporo brakuje do miana ostrych jak żyletka Polsilver.

Najsłabszym elementem brzmienia Mee Runaway jest ich scena oraz separacja. Scena sama w sobie jest niewielkich rozmiarów, ze znikomą głębią i raczej wąska na szerokość, ułożona blisko słuchacza, wręcz niemalże w głowie. Wychylenia na płaszczyźnie horyzontalnej są niewielkie i relatywnie przeciętnie zaznaczone, w efekcie czego instrumenty zwyczajnie znajdują się w jednym miejscu. Separacja również jest przeciętna i dopóki nie ma natłoku dźwięków, nie ma się do czego przyczepić. Biorąc pod uwagę powyższe elementy, Runaway’e dobrze czują się w takich gatunkach jak EDM, lekki rock, czy elektronika. Niestety sytuacja zmienia się diametralnie w chwili, gdy przechodzi przez niego coś tak intensywnego, jak ekstremalny metal. Wtedy Mee zwyczajnie nie wyrabiają, dźwięki się ze sobą zlewają, a cały przekaz robi się gęsty, kluchowaty i nieprzyjemny w odbiorze. AF32 grają zatem dosyć intymnie i blisko, sprawdzając się w gatunkach mniej dynamicznych oraz niezbyt złożonych.

Podsumowanie

Mee Runway AF32 na rynku są już ponad 4 lata, lecz w naszym kraju nie zyskały dotąd rozgłosu. Jest to dla mnie o tyle dziwne, że biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości, wyposażenia i samego dźwięku, kompletnie nie rozumiem nieznajomości tego produktu. Ma on swoje wady w postaci kulejącej separacji i relatywnie słabej scenie, lecz ogólna jakość serwowanego dźwięku za te pieniądze sprawia, że mniej wymagający konsumenci, którzy nie zwracają uwagi w stronę produktów poza barierą 300-400 zł, powinni być więcej niż zadowoleni z tych słuchawek. Bardzo dobry dźwięk, solidne wykonanie, długi czas pracy na baterii i niewielkie gabaryty to najmocniejsze ich strony. Mam zatem nadzieję, że po lekturze tej recenzji zamiast na marketowe słuchawki o dyskusyjnej jakości dźwięku oraz wykonania, część osób zwróci swoją uwagę w kierunku kolejnego, w moim odczuciu bardzo udanego modelu Mee Audio.

Za użyczenie sprzętu do testu bardzo serdecznie dziękuję dystrybutorowi marki Mee Audio na Polskę, firmie Audio Heaven.

logo heven

Reklamy