Venture Electronics Monk, to budżetowa gwiazda słuchawek dousznych, która od przeszło 6 miesięcy robi sporo zamieszania i schodzi z półek jak świeże bułeczki. To nie żart – momentami zainteresowanie jest takie, że producent robi na nie zapisy, bo się nie wyrabia z dostawami. W Polsce można je kupić za 36 złotych za sztukę, czyli na poziomie najtańszych słuchawek nadających się do muzyki, a nie tylko psucia słuchu.
Ich recenzji już się trochę pojawiło, słuchawki spotkały się z wieloma wyrazami uznania (tylko sporadycznie z samymi wyrazami), więc nie będę się nad nimi rozwodził. Powód tej decyzji jest dość prosty: debiut ich następców, czyli VE Monk Plus. Tak więc dziś zamiast kolejnego testu, postanowiłem przybliżyć różnice pomiędzy nimi. Okazja o tyle dobra, że z firmy AudioHeaven dotarły do nas i VE Monk i VE Monk Plus, więc porównanie będzie o tyle obiektywne, że obie pary mają bardzo zbliżony czas „wygrzewania” przetworników, aktualnie wynoszący około 80 godzin na parę.

Różnice zewnętrzne nie są może duże, ale zaczynają się już od opakowania – stara wersja była dostarczana w zwykłym przezroczystym woreczku, nowa już ma dedykowany, z nazwą modelu, notką reklamową i danymi kontaktowymi do producenta. Oczywiście możemy zapomnieć o bogatym wyposażeniu. Trzy pary gąbek i na tym koniec, podobnie w oryginale. Tyle że nowe gąbki są wykonane z materiału u mniejszej gęstości, szczególnie gdy porówna się je do pierwszych wersji Monków, które miały o wiele przyjemniejsze w dotyku i gęstsze nakładki.
Kabel również jest bardzo zbliżony – skrócono wtyk jack, by był bardziej praktyczny poza domem, wydłużono spliter na tyle, by zmieścił się na nim adres strony internetowej VE oraz dodano suwak, którym możemy swobodnie zmieniać długość luźnych odcinków przewodu od splitera do kopułek.


Same kopułki przeszły zmianę materiału z jakiego zostały wykonane. O ile pierwotnie był to czarny plastik, tak teraz jest to tworzywo o półprzeźroczystej ciemnej barwie, bardzo podobne do tego, jakie zostało wykorzystane w wyższych modelach, Zen oraz Asura. Natomiast link do strony producenta został zastąpiony oznaczeniem modelu.

VE Monk tył

I to by były wszystkie zmiany na pierwszy rzut oka (na dalsze rzuty w sumie też). Cała zabawa dzieje się w środku, gdyż dostajemy usprawnioną wersję przetwornika o podwojonej impedancji (było 32ohm, jest 64ohm), który oferuje inne brzmienie od swojego poprzednika. Czy lepsze? Zapewne zdania będą podzielone, jak to zwykle bywa w takich przypadkach.
Do odsłuchów porównawczych posłużyły: Cyberdrive EX-2, xDuoo X3, Shozy Alien, Colorfly C10, Samsung Galaxy S6 oraz pomocniczo rozgałęźnik firmy Vention.

Tradycyjnie już zacznę od basu. Nie da się nie zauważyć, że zmieniono jego charakter. O ile VE Monk oferują mocno wyczuwalny dół, tak słuchając VE Monk Plus można szybko można dojść do wniosku, że jest go mniej. Jednak jest to dość złudne wrażenie, gdyż w dużym stopniu wynika to z inaczej rozłożonych akcentów w niskich tonach. O ile pierwsza wersja bardziej stawiała na radosny mid-bas, tak Plusy mocniej akcentują bas niski. Jest on szybszy, krócej wybrzmiewający, przez co traci część efektu „wow”. Z drugiej strony otrzymujemy brzmienie dojrzalsze i równiejsze, takie, które potrafi nam więcej przekazać. Stopa perkusji jest bardziej naturalna, a brzmienie nisko schodzących instrumentów strunowych nie jest już tak zlane.

Największa różnica jest jednak na średnicy, patrząc tylko na nią, otrzymujemy całkiem inne słuchawki. Nowe przetworniki zostały tak zestrojone, żeby wyeliminować podbicie tonów średnich, szczególnie tych zbliżających się do sopranów. Z tego powodu możemy mieć poczucie mniejszej dynamiki i przyciemnienia dźwięków, ale w zamian uwalniając się od większości sybilantów, którymi starsza wersja potrafiła obdarzać uszy w nadmiarze.
Mniej agresywna średnica nie jest tak efekciarska jak poprzednio, czasami jest za ciemno, a wtedy instrumenty tracą na wyrazistości, jakby producent poszedł jednak o krok za daleko w stronę stonowania swoich słuchawek.
Taka charakterystyka tonów średnich oczywiście przenosi się również na wokale. O ile faktycznie spółgłoska „s” już tak nie drażni, to głosy otrzymały trochę nosową manierę, co niekoniecznie jest pożądanym efektem, szczególnie przy wysoko idących wokalach kobiecych. Poprawiono za to głębię dźwięków, dzięki czemu śpiew brzmi żywiej.
Całościowo tony średnie, podobnie jak bas, są dojrzalsze niż w zwykłych VE Monk. Nie czarują, ale są lepiej poukładane, równiejsze i bardziej naturalne.

Tony wysokie, zgodnie z nazwą słuchawek, są zdecydowanie na plus w nowym modelu. Poprawiono zarówno barwę instrumentów, jak i ich rozciągnięcie, dzięki czemu słuchacz otrzymuje zauważalnie więcej informacji. Wcześniej dzwonki czy talerze perkusji miały dość niesprecyzowane, nieco zapiaszczone brzmienie, teraz są wyraźne i przyjemne w odbiorze. Podobnie sytuacja wygląda ze skrzypcami – przechodzimy od zbyt zlanych dźwięków, do poprawnie rozciągniętych i bardziej zróżnicowanych tonów. Co prawda jest jeszcze pole do poprawy, ale przecież to słuchawki w cenie pizzy z Colą, więc nie należy oczekiwać najwyższych standardów.

Scena wielkościowo jest podobna, jednak o innej budowie. Pierwsze Monki mocniej zaznaczają swoją obecność w środku głowy, a także wyżej lokują instrumenty, przez co grają w sposób bardziej spektakularny. Natomiast drugie są bardziej oddalone od słuchacza, kreują lepszy efekt 3D, ale mogą się wydać nudniejsze pod tym względem, przez mniej efekciarski przekaz.
Szczegółowość, to bezdyskusyjny krok do przodu w Monkach Plus. W Bezplusach szybsze partie całkiem zamazywały detale i nie było mowy o dokładniejszym śledzeniu zmian w instrumentach, natomiast teraz mamy już znacznie łatwiej pod tym względem. Oczywiście nie powinniśmy się spodziewać wielkiej analityki, jednak w swojej cenie i patrząc na stary model, to jest wręcz rewelacyjnie.

Podwyższenie impedancji słuchawek wiąże się tu jeszcze z jedną rzeczą, a mianowicie wzrostem wymagań odnośnie ilości prądu, który musi zostać dostarczony przez źródło. O ile nie miałem żadnych problemów z wysterowaniem VE za pomocą któregokolwiek z moich odtwarzaczy, to już w telefonie był zauważalny spadek kontroli nad przetwornikiem, co owocował rozmyciem dźwięku i zanikiem basu. Tutaj pierwsze Monki były jednak bardziej przyjazne dla słabowitych źródełek.
Dodatkowo raczej nie powinno się łączyć Plusów z ciemnymi źródłami o niższej dynamice, bo po prostu dostaniemy anemiczną i męczącą parę.

Czy całościowo zmiany faktycznie są na plus? Uważam że tak, choć nie każdemu będzie odpowiadał kierunek, w którym one poszły. Efekt „wow” jest zdecydowanie mniejszy, słuchawki są bardziej wymagające i pod względem źródła i warunków odsłuchu (jednak klasyczne V jest łatwiejsze w odbiorze w trakcie ruchu), co sumarycznie daje wrażenie niższej dynamiki nagrań mimo większej szczegółowości.
Jednak brzmienie jest równiejsze, dojrzalsze, lepiej rozciągnięte na krańcach i oferuje więcej informacji. Monki Plus dłużej potrafią utrzymać separację instrumentów, nie zalewając słuchacza jednorodną ścianą dźwięku przy szybszej muzyce. A gdy dołożymy do tego minimalnie lepsze wykonanie oraz cenę na starym poziomie, to muszę postawić na nową rewizję, gdyż jednak z tego typu słuchawek, które nie oferują żadnej izolacji, korzysta się raczej w miejscach spokojnych, gdzie łatwiej skupić się na brzmieniu.

Bonus:
No właśnie, prócz VE Monk Plus, z AudioHeaven dotarł do nas bonus. Producent wypuścił coś czego od dawna brakowało w jego ofercie, czyli dodatkowe akcesoria w cenie pary słuchawek, co nie jest w tym przypadku wygórowaną kwotą. O etui wciąż musimy postarać się sami, ale za to nakładek wszelakich nam nie zabraknie, gdyż w skład zestawu wchodzą:
– osiem par takich samym gąbek jakie dostajemy ze słuchawkami (również w kolorze czerwonym i niebieskim),
– dwie pary gąbek o większej gęstości, które ocieplają brzmienie, ale są wygodniejsze od zwykłych,
– dwie pary gąbek o większej gęstości, ale z dziurką, dzięki czemu mamy i wygodę i bardziej zrównoważony dźwięk,
– dwie pary silikonowych krążków,
– dwie pary krążków z haczykami, czyli tzw. earhooksów, do wyboru rozmiar mały i duży.

Gąbki jak to gąbki, mamy je w oryginale, więc dla nikogo nie są nowością. Z obserwacji różnych dyskusji na forach internetowych można wynieść, że największą popularnością cieszą się te z dziurką i osobiście przychylam się do tego zdania, gdyż jest to udany kompromis pomiędzy dobrym brzmieniem a komfortem, gdzie te rzeczy lubią się w pchełkach dość znacznie rozmijać. Ale oczywiście warto spróbować innych kombinacji, jako prostej wersji sprzętowego korektora dźwięku.
Silikonowe krążki, to dla mnie jest niewypał. Sam pomysł jak najbardziej słuszny, gdyż mają one poprawiać trzymanie się Monków w małżowinach przy jednoczesnym pełnym otwarciu przetworników na kanał słuchawkowy, dzięki czemu dźwięki nie są tłumione jak w przypadku gąbek. Niestety pomysł pomysłem, a wykonanie sobie. Może i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden czynnik – wyraźne kanty na krążkach, które najzwyczajniej w świecie uwierają w uszy, przez co szybko ma się ich dość. Jednak wiadomo, że każdy ma inną budowę ucha, więc może komuś to rozwiązanie przypadnie do gustu.
Na koniec moje ulubione nakładki obok gąbek z dziurką, czyli earhooksy. Właściwie to jest nic innego, jak poprawione wyżej opisane krążki. Materiał jest miękki i przyjemny w dotyku, nie ma żadnych ostrych krawędzi, a dodatkowe haki pozwalają stabilniej ułożyć Monki (i inne pchełki) w naszych małżowinach. Co prawda dźwięk staje się mniej dociążony, ale zanika również przyciemnienie, a słuchawki dostają dodatkową ilość powietrza pomiędzy instrumentami. Pod względem wygody, dla mnie jest duża poprawa, gdyż dzięki earhooksom mogę korzystać z tego typu konstrukcji dłużej niż godzina-półtorej pod rząd. Na gąbkach zazwyczaj kończy się to szybciej z powodu bólu oraz irytacji wywołanej częstym poprawianiem pozycji pchełek w uszach.

I tak oto doszliśmy do końca. Wybór pomiędzy Monkami i Monkami Plus na całe szczęście nie jest wielkim dylematem, gdyż przy tej cenie większość osób może sobie pozwolić na obie pary i przebierać w nich wedle chęci. Tak czy siak, dostajemy jedne z najlepszych słuchawek dousznych w tym budżecie, a i niejedna droższa konstrukcja przy nich skapituluje.
Natomiast zestaw dodatków polecam każdemu, kto korzysta z pchełek. Za niewielkie pieniądze dostajemy wiele możliwości dopasowania pod siebie i ergonomii i dźwięku słuchawek.

 

Za użyczenie do testów słuchawek wraz z akcesoriami, Muzostajnia serdecznie dziękuje sklepowi

logo heven

Reklamy