Plan był prosty od samego początku i nic nie zapowiadało tego, co miało nadejść. Jak sięgam pamięcią, czekałem z zapartym tchem na Vsonic GR07 i GR07BE, które miałem przetestować. Ba, czaiłem się przy oknie jak snajper wiedząc, że listonosz jest ciulem i nie zadzwoni do drzwi. Coś jednak dziwnego się stało tego dnia, bo nie dość, że zadzwonił, to jeszcze paczkę miał ze sobą. Niby słońce świeciło tak samo, powietrze tak samo pachniało, a dwa psy sąsiada były równie irytujące, jak przez ostatnie trzy lata. Tak czy owak, coś było bardzo nie tak, bo paczka była dziwnie duża, a przecież dwie pary doków – choć te na zdjęciach wyglądały na spore – nie ważą raczej ponad 3 kilo! W domu czekała mnie niespodzianka, bo w środku oprócz wspomnianych Vsonic’ów były jeszcze trzy głośniki przenośne, z których kojarzyłem jedynie kolorowego Auraboxa. Szybki telefon do Kuropa i pytanie „Siema, nie pomyliłeś paczek?”. W odpowiedzi na to usłyszałem „Słuchaj, podesłałem Ci trzy takie fajne głośniki. Jak byś miał chwilę, to napisz o nich kilka zdań”.

Szczerze mówiąc uważam, że Divoomy zasługują na więcej, niż kilka zdań. Dlatego mimo braku autorytetu, postaram się przelać swoje wrażenia z tych kilkunastu dni spędzonych z Aurabox’em, Party i Outdoor’em 😀

1.jpg

Aurabox

Wygląd

8.jpg

Chociaż jest najmniejszym zawodnikiem w stawce, muszę przyznać, że prezentuje się naprawdę fajnie już od samego początku. Pod kolorową obwolutą czarny, matowy kartonik dający prawdziwy premium-feel. Podobne wrażenia wywołało u mnie opakowanie od Mee P1, a mówimy tu o produkcie ponad 3 razy droższym od Auraboxa. Pomijając obwolutę, sam karton jest aż trzyczęściowy. Zewnętrzna warstwa to gruby kawał sztywnego… plastiku powleczonego warstwą matowego, przyjemnego w dotyku papieru, na którego plecach wytłoczona jest złotymi literami nazwa firmy. Z niego wyciągamyz kolei już kartonową, choć nadal dość sztywną wkładkę wyłożoną na plecach pianką. Na sam koniec pozostaje prostokątny kartonik skrywający manual i dwa solidne kable: jack-jack oraz usb-micro usb; a także obwoluta z wytłoczoną nazwą głośnika, który jest jeszcze w woreczku z materiału będącego czymś w rodzaju miękkiej panki.

10.jpg

Aurabox to nieduże, kwadratowe pudełko wykonane z matowego, gumowanego materiału, na którym nie ślizgają się palce, jak również nie zostają na nim żadne po nich ślady. Nie wiem, ile razy dotykałem go pisząc te kilka zdań, ale uwielbiam to tworzywo 😀 Front (lub tył) to ledowy wyświetlacz na którym może być wyswietlanych kilka różnych obrazków, ale o tym później. Boki i spód pozostają niezagospodarowane, za to na górnej krawędzi umiejscowiono mikrofon oraz przyciski funkcyjne, w tym ten odpowiadający za przełączanie się między funkcjami wyświetlacza. Tył to przede wszystkim ukryty za czarną, metalową maskownicą z drobnej siatki głośnik o średnicy 3 cali. W prawym dolnym rogu umiejscowiono jeszcze dwa wejścia – miniUSB i miniJack – a między nimi diodę informującą o stanie ładowania urządzenia po jego podłączeniu do ładowarki.

Użytkowanie

9.jpg

Aurabox to nie tylko kompaktowy głośnik mobilny, ale jak to ładnie ujął producent – „Box of wonder and fun”. Poza odtwarzaniem muzyki mały Divoom dzięki wyświetlaczowi może być budzikiem, zegarkiem, termometrem pokojowym, lampką oraz cyfrowym wyświetlaczem skonfigurowanym pod informowanie o powiadomieniach z aplikacji społecznościowych, jeżeli zostanie pod nie skonfigurowany. Sporo tego, prawda? Najlepsze jest to, że wszystkimi tymi funkcjami można w naprawdę łatwy i przyjemny sposób sterować z poziomu smartfona za pośrednictwem bluetooth. Sama apka jest banalnie prosta w obsłudze i intuicyjna, dlatego wystarczy chwila, żeby ogarnąć ją w stopniu umożliwiającym podstawową obsługę tego pudełka. Mało tego, można dzięki niej samemu zaprojektować wyświetlane przez Auraboxa obrazki, co samo w sobie jest sposobem na zabicie nudy 🙂 Co się tyczy samej funkcjonalności aplikacji, to z jej poziomu można odtwarzać muzykę oraz regulować głośność dźwięku. Zastrzeżenie mogę mieć jedynie do tego, że cała audioteka jest w niej posortowana alfabetycznie, bez zachowania nazw albumów i wykonawców, przez co przy dużych zasobach muzyki robi się zwyczajny bałagan. Na plus można też zaliczyć stale powiększające się zbiory obrazków i animacji, jakie może wyświetlać Aurabox. Widać, że apka jest rozwijana, a poza tym fajnie wygląda taka migająca kosteczka wyświetlająca np. Znaki drogowe 😀 W tej baryłce miodu jest też jednak łyżka dziegciu pod postacią braku opcji umożliwiającej zmianę obrazków wyświetlanych powiadomień. Poza tym brakuje mi wsparcia dla powiadomień z Hangouts, choć to już moje marudzenie.

Specyfikacja

  • Wymiary: 11(Dł) * 11(Wys) * 5(Gł) cm
  • Waga: 150g
  • Rozmiar przetwornika: 3″
  • Moc wyjściowa: 5W
  • Pasmo przenoszenia: 60-20000Hz
  • Stosunek sygnału do szumu: ≥75 dB
  • Animacja do 8 klatek/s
  • Czas odtwarzania wideo: do 6 godzin
  • Pojemność baterii: 2000mAh
  • Czas ładowania baterii: 3-4 godziny
  • Napięcie baterii: 3.7V
  • Ładowanie za pomocą kabla USB: 5V-1A
  • Bluetooth: V4.0 Bluetooth
  • Zakres bezprzewodowy: do 10 metrów

Wrażenia dźwiękowe

11.jpg

Prawdę powiedziawszy nie spodziewałem się wiele po tym głośniku i bardziej rozpatrywałem go w kategoriach ciekawej zabawki oraz nietuzinkowego elementu wystroju wnętrza. Tymczasem dźwięk jaki wydobywa się z Auraboxa zdecydowanie można zaliczyć na plus. Wiadomym jest, że pojedyncza membrana sama w sobie jest swoistym ograniczeniem technologicznym, lecz mimo to potrafi dostarczyć pozytywnych wrażeń. Sam bas nie posiada specjalnie potężnego zejścia, a główny akcent położony jest na środek pasma, dzięki czemu perkusja jest w stanie zabrzmieć z odpowiednim wykopem, choć trzęsienia ziemi tu nie będzie. Przy bardziej złożonych, dynamicznych utworach będzie brakowało impaktu. Średnica, bogom dzięki, nie jest w żaden sposób schowana. Gitary oraz męskie wokale są doskonale słyszalne, mają odpowiedni pazurek i np. słuchanie Krzyśka Zalewskiego nie było katastrofą. Góra jest poprawna i nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia. Damskie wokale i talerze są wyraźnie słyszalne, a skrzypce w kawałkach Ne Obliviscaris zachowały część swojego smyczkowego charakteru. Wracając jeszcze na chwilę do damskich wokali, to sprawdzałem ich jakość na przykładzie Lany del Rey i brzmiało to jak Lana. Żeby nie było za kolorowo, Aurabox ma też swoje dźwiękowe ubytki, a mianowicie w przypadku szybkich, dynamicznych kawałków ginie szczegółowość. Wyłapałem to na przełomie wyższej średnicy i niższej góry, gdzie zanikały dźwięki znajdujące się na dalszych planach. Sytuacja ulegała poprawie w przypadku utworów wolniejszych, nie tak złożonych kompozycyjnie jak niektóre kawałki z gatunku cięższego metalu, gdzie dużo się dzieje. Ogólna charakterystyka Auraboxa to brzmienie rozrywkowe, dynamiczne i lekko ciepławe, ukierunkowane zdecydowanie pod muzykę popularną i radiową 😉

Podsumowanie

Divoom Aurabox to mała kosteczka pełna cudów, która poza byciem przyzwoitym głośnikiem ma też kilka dodatkowych funkcji. Część z nich, jak możliwość kreowania swoich własnych obrazków, to jedynie bajer będący zapewne rozrywką na chwilę. Pozostałe jednak z pewnością się przydadzą, a mówię tu o opcjach budzika, termometra, zegara, lampki nocnej o różnych kolorch i możliwości prowadzenia przez niego rozmów głosowych. Dodatkowa funkcjonalność za sprawą prostej i intuicyjnej apki na smartfony z Androidem i iOS, to kolejny argument przemawiający na korzyść tego malucha. Aurabox to wiele możliwości zamkniętych w niedużej, lecz solidnej obudowie przy zachowaniu, moim zdaniem, naprawdę przystępnej ceny.

Party

Wygląd

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od najmniejszego zawodnika w stawce przechodzimy od razu do wagi ciężkiej. Samo opakowanie mówi, że z tym kolegą nie ma żartów, bo w stosunku do Auraboxa karton w jaki został zapakowany ten głośnik, urósł dwukrotnie. Konstrukcja opakowania jest podobna, to znaczy poza papierową obwolutą z grafikami prezentującymi ów sprzęt, mamy do czynienia z solidnym kawałkiem pudła w kolorze bieli zamykanego na magnetyczny zatrzask. Po uniesieniu wieczka oczom naszym ukazuje się podłużny kartonik zawierający takie same dwa kable jak w przypadku Auraboxa oraz instrukcję obsługi, a także sam głośnik owinięty takim samym, piankowym materiałem.

12.jpg

Party wyglądem robi wrażenie. Jest niczym Decepticon Barricade z pierwszego filmu Transformers. Cały czarny, złowieszczy, budzący uzasadniony respekt. Wystarczy zresztą wziąć go do ręki, żeby poczuć te emocje, bowiem głośnik waży… 1,15 kilograma 😀 1150 gram stali, gumy, wkrętów torx i łącznie pięciu głośników, w tym subwoofera. Poważnie, jeżli to ustrojstwo wypadnie komuś z ręki i spadnie na stopę, to gips jest murowany. Przy upadku z trzeciego piętra podczas wyjątkowo udanej domówki, zgon na miejscu pzypadkowego przechodnia jest taik samo pewny, jak kolejna fala uchodźców z nastaniem wiosny. W każdym razie, pomijając pancerną budowę, Party to przemyślane urządzenie. Patrząc od przodu mamy za metalową, matową maskownicą ukryty subwoofer, a po jego obu stronach znajdują się dwa pełnozakresowe drivery. Tak czy owak, poza maskownicą, cała rama (jeżeli można to tak ująć), to metalowe elementy skręcone śrubami torx. Dookoła głośnika z kolei znajduje się pas żłobionej gumy, dzięki czemu mimo ciężaru trzyma się go pewnie. Na górnej powierzchni tego pasa znajdują się przyciski funkcyjne, zaś z prawej stronu patrząc od przodu, swoje miejsce pod solidną zaślepką z napisaem „VOOMBOX” mają porty microUSB i mini-jack. Tył jest lustrzanym odbiciem przodu, lecz za maskownicą znajdują się tym razem jedynie dwie membrany, a dokładniej coś, co producent określa jako „Passive radiators”. Szybkie googlowanie podpowiedziało, że jest to odpowiednik bass reflex’ów mający za zadanie regulować ciśnienie akustyczne oraz poprawiać walory dźwiękowe z tą różnicą, że zastosowane tu rozwiązanie jest ponoć bardziej skomplikowane i wymaga starannego strojenia. Tak czy owak, wykonanie jest naprawdę wzorowe, a wszystkie elementy są spasowane co do milimetra. Jest to pewnie związane z faktem, iż posiada on odporność na czynniki pogodowe, w tym wodę.

6.jpg

Użytkowanie

Mnogości opcji tu nie ma, ale w gruncie rzeczy nie oczekiwałem niczego ponad to, co ten model oferuje. Jest więc parowanie przez NFC, które działa jak należy, chociaż użyłem go tylko raz i tylko z ciekawości. Dlaczego? Bo parowanie za pośrednictwem bluetooth jest po prostu błyskawiczne i na mojej Xperii Z2 czas od włączenia modułu BT na telefonie do połączenia z głośnikiem czasem zamykał się w jedynie 5 sekundach. Party obsługuje wersję BT 4.0, więc jest zacnie, a ponadto głośnik bezproblemowo działa w pokoju obok, dając radę bez przycinki odtwarzać pliki FLAC lub stream z Tidala. Dla niektórych może nie jest to niczym specjalnym, ale ściany w domu mam takie, że wystarczą dwie ściany, żeby siła sygnału Wi-Fi wynosiła ~40%. Z wbudowanego mikrofonu nie korzystałem, nie licząc jednego przypadkowego razu, kiedy odebrałem połączenie zapominając, że jestem podłączony do głośnika. Mikrofon musi być porządnie, bo żona usłyszała aż nazbyt wyraźnie moje przeklinanie, kiedy rozpaczliwie próbowałem zakończyć połączenie, żeby wyłączyć głośnik 😀

Specyfikacja

  • Wymiary: 23,3 (Dł) * 10,3 (Wys) * 5,4 (Gł) cm
  • Waga: 1150g
  • Głośnik: 3″ + 2 x 2″
  • Moc wyjściowa: 20W
  • Pasmo przenoszenia: 60-20000Hz
  • Stosunek sygnału do szumu: ≥75dB
  • Czas odtwarzania: 8 godzin
  • Czas rozmowy: do 15 godzin
  • Pojemność akumulatora: 4200mA
  • Napięcie baterii: 3.7V
  • Czas ładowania baterii: 3-4 godziny
  • Zakres częstotliwości pracy: 2,4 GHz-2.4835GHz
  • Bezprzewodowy Zasięg: do 10 metrów
  • Zgodność Bluetooth: V4.0 Bluetooth
  • Czułość mikrofonu: -40dB

Wrażenia soniczne

Prawdę mówiąc między mną a Party nie było mowy o miłości od pierwszego posłuchania. W gruncie rzeczy po pierwszym użyciu zrobiłem wielkie „MEH!” i odłożyłem go do pudełka, a to wrzuciłem do szafy. Dopiero w ostatnich dniach przemyślałem sprawę i postanowiwszy dać mu drugą szansę, uczyniłem jeszcze jedno podejście, choć tym razem pod nieco innym kątem. Mianowicie na samym początku, w przypływie gwałtownej ekscytacji, odpaliłem na nim ciężką artylerię w postaci Septicflesh i Ne Obliviscaris. Zabrzmiało to… marnie, a dokładnie mówiąc odpychająco. Zacząłem jednak w końcu zastanawiać się nad tym, dlaczego ktoś nazwał ten głośnik „Party” i dlaczego ktoś chciałby zrobić coś brzmiącego w tenże sposób, aż w końcu do mnie dotarło, że tylko ułamek ludzi słucha na domówkach ekstremalnego metalu, a jeszcze mniejszy ułamek producentów stroi tego typu sprzęt pod taką muzykę. Dlatego zdanie na temat tego Voomboxa zmieniłem w chwili, gdy zmieniłem repertuar odtwarzanej na nim muzyki na utwory z gatunków szeroko pojętej muzyki rozrywkowej oraz elektronicznej. Do rzeczy jednak, bo przynudzam.

7.jpg

Bas jest, a za sprawą subwoofera ma on solidny wygar. Czuć zejście, czuć również fakturowość dolnych rejestrów, które nie zlewają się w jedną gęstą papkę odbierającą przyjemność ze słuchania. Chociażby nowa EP-ka Massive Attack zabrzmiała świetnie, a słuchając „Ritual Spirit” był wow-factor w postaci gęsiej skórki. Dominuje jednak przede wszystkim gęsty mid-bass, któremu brakuje dynamiki i zwyczajnie we wspomnianym przeze mnie ekstremalnym metalu gubi się, nie będąc w stanie nadążyć za tempem. Efektem tego stanu rzeczy jest też schowana średnica, która choć podbarwiona przez dolny zakres, to niestety stanowi najmniej zaakcentowane pasmo. Cierpią na tym najbardziej gitary, zwłaszcza te przesterowane w dół, które całkowicie potrafią zniknąć w natłoku zdarzeń. W drugiej kolejności tracą męskie wokale, choć w utworach mniej dynamicznych Justin Timberlake czy Krzysztof Zalewski brzmieli naprawdę spoko i dało się tego słuchać w na tyle przyjemny sposób, że gotując obiad gibałem się przy garach jak paralityk 😀 Wyraźna i wypchnięta w przód góra nie daje złudzeń co do tego, że Party strojony był na typowo V-kowe brzmienie ukierunkowane w stronę muzyki klubowo-imprezowej. Talerze perkusyjne, damskie wokale, czy elektroniczne sample są wyraźne i w żaden sposób nie stłamszone jak średnica, która im więcej się dzieje, tym bardziej ustępuje w prezentacji dwóm skrajnym pasmom. Szczególnie spodobało mi się w tym wypadku metaliczne brzmienie talerzy w utworze „Ritual Spirit”, choć i wokalom Lany nie mogę nic zarzucić. W kwestii szczegółowości i sceny jest dobrze. Konfiguracja 2.1 daje pewne wrażenie przestrzenności, a do tego pozwala wydobyć przyzwoitą ilość szczegółów, choć jak wiadomo dominujący bas w tym wypadku sprzymierzeńcem nie jest. Muszę jeszcze wspomnieć o samej głośności, gdyż jest to nader ważny aspekt. Przy 20 watach mocy, słuchając muzyki przez bluetooth nie wychodziłem ponad 35-40% mocy jeżeli był hałas w pomieszczeniu, w którym przebywałem. Ba, przy działającym odkurzaczu 50% głośności wystarczało, żeby dosyć wyraźnie słuchać było odtwarzaną muzykę, bez popadania w skrajność. Co za tym idzie w warunkach imprezowych czy to na otwartej przestrzeni czy w pomieszczeniach zamkniętych, Party da radę zagrać na tyle głośno, żeby umilić czas imprezowiczom.

Podsumowanie

Divoom Party nie jest głośnikiem uniwersalnym i nie sprawdzi się za żadne skarby w szybkich, dynamicznych gatunkach muzyki. Za to wszelakiej maści elektronika, czy muzyka rozrywkowa (typowy radiowy mainstream) będzie tu jak znalazł. Pancerna budowa i odporność na warunki pogodowe sprawią, że przypadkowe chlapnięcie na niego napojem, drobne opady deszczu czy wrzucenie w piasek nie zabiją tego urządzenia na miejscu podobnie, jak upadek z wysokości na twarde podłoże (nie wliczając wykorzystania głośnika jako pocisk powietrze-ziemia). Przyzwoity czas pracy daje komfort psychiczny, że zanim przestanie grać, większość gości będzie już w stanie co najmniej lekkiej nieważkości, choć zwykła ładowarka od telefonu lub powerbank załatwią sprawę. Należy jednak pamiętać, że nadal jest to produkt kierowany do specyficznej, dość ściśle określonej grupy klientów oczekujących pewnego charakterystycznego rodzaju brzmienia.

OUTDOOR

Wygląd

4.jpg

Na sam koniec zostawiłem opis „średniaka” z całej stawki. Średniaka pod względem gabarytów, ceny i brzmienia, bowiem każdy z tych aspektów leży pomiędzy dwoma recenzowanymi przeze mnie wczśniej modelami głośników od Divoom. Najbardziej też odbiega opakowaniem od swoich dwóch braci, gdyż w tym wypadku sam głośnik umieszczony jest pod osłoną wykonaną z przezroczystej plexi na specjalnych nóżkach z tego samego materiału. Dół opakowania, a raczej jego podstawa, to już karton zawierający, jak u poprzedników, instrukcję obsługi i kabelki.

3.jpg

Pierwsze wrażenie jest takie, że Outdoor to po prostu mniejszy i lżejszy Party, bowiem konstrukcyjnie są w zasadzie identyczne. Mamy tu więc do czynienia z taką samą bryłą stanowiącą połączenie skręcanych metalowych elementów z gumowym paskiem otaczającym urządzenie. Nawet rozkład guzików funkcyjnych i umiejscowienie portów pod zaślepką jest takie samo. Outdoor za to występuje w aż czterech kolorach. Egzemplarz, który otrzymałem do testów był w kolorze nazywany jest przez producenta Vermillion Red, choć ja bym go nazwał zajebistym czerwonym. Do tego ramka miała kolor czarny, zaś maskownica głośników była barwy grafitowej, co razem dawało naprawdę miłą dla oka kompozycję.

Użytkowanie

W gruncie rzeczy mogę napisać tylko tyle, że korzystanie z Outdoora było równie przyjemne i banalnie proste, co obsługa jego większego brata. Jedynie mniejsze wymiary oraz waga wpływają bardziej korzystnie na jego mobilność i ergonomię. Reszta, jak zasięg bluetooth, czy całkowicie bezproblemowe parowanie ze smartfonami za pośrednictwem bluetooth lub NFC pozostają bez zmian. Może za to bardzo cieszyć długość pracy na baterii, która faktycznie może wynosić aż 12 godzin jak deklaruje producent. U mnie Outdoor odtwarzał kołysanki dla syna i naładowany do pełna starczał od 21 do 9 rano.

Specyfikacja

  • Wymiary: 18,5(Dł) * 7,8(Wys) * 6(Szer) cm
  • Waga: 700g
  • Głośnik: 2 x 2″(pełny zakres) + 1″ (głośnik wysokotonowy) + 2 x 2″(pasywny głośnik niskotonowy)
  • Moc wyjściowa: 7.5W x 2
  • Pasmo przenoszenia: 100-20000Hz
  • Stosunek sygnału do szumu: ≥75dB
  • Zniekształcenia: <1%
  • Czas odtwarzania: 12 godzin
  • Czas rozmowy: do 15 godzin
  • Pojemność akumulatora: 3200mA
  • Napięcie baterii: 3.7V
  • Czas ładowania baterii: 3-4 godziny
  • Zakres częstotliwości pracy: 2,4 GHz-2.4835GHz
  • Bezprzewodowy Zasięg: do 10 metrów
  • Zgodność Bluetooth: V4.0 Bluetooth
  • Czułość mikrofonu: -40dB

Brzmienie

2.jpg

Z całej opisywanej trójki to właśnie Outdoor pochwalić się może najbardziej zrównoważonym i uniwersalnym brzmieniem. Odpowiada za to przede wszystkim konstrukcja składająca się z trzech głośników – jednego wysokotonowego tweetera, jednego pełnozakresowego głośnika i jednego pasywnego „radiatora” identycznego jak ten w modelu Party. Efektem tego jest bas, który choć posiada wyraźny akcent, to nie wchodzi na średnicę i nie próbuje jej stłamsić. Oczywiście nie posiada takiego impaktu jak w przypadku większego brata, ale też nie jest tak agresywny i bezkompromisowy. Przechodząc więc do średnicy, otrzymujemy to pasmo podane z przodu, znacznie bardziej czytelne i wyraźne, niż u poprzednika. Jest ono dociążone, dzięki czemu męskie wokale brzmią z odpowiednim pazurem, a gitary w nawet najbardziej dynamicznych utworach pozostają szybkie i ostre jak żyletki. Podobnie ma się rzecz z górnymi rejestrami, które nie wychodzą przed szereg, ale nie cierpią na objawy całkowitej nieśmiałości, tym samym dzielnie uzupełniając pozostałe pasma. Damskie wokale sprawiają jednak wrażenie nieco cofniętych do tyłu i lekko zgaszonych, jak gdyby nie miały dostatecznie dużo siły, żeby przebić się na pierwszy plan. Jednak w ogólnym rozrachunku dźwięk generowany przez ten głośnik jest zwarty, dynamiczny i przyjemny w odbiorze, choć stoi po cieplejszej i rozrywkowej stronie mocy. Outdoor jest w stanie wyciągnąć przyzwoitą ilość detali, jak chociażby elektroniczne sample ujęte na dalszych planach muzyki, choć szczegółowym bym gfo nie nazwał. Należy jeszcze wspomnieć, że największym wyróżnikiem spośród całej trójcy jest to, iż Outdoor ma ten sam zestaw głośników rozmieszczony po obu stronach, dzięki czemu gra w każdym kierunku, a dźwięk rozchodzi się w promieniu 360 stopni dając identyczne wrażenia wszystkim słuchaczom. Sprawdzi się to szczególnie na otwartej przestrzeni, pozwalając wyeliminować problem ustawienia głośnika konkretnie przodem w stronę osób, którym ma umilać czas.

Podsumowanie

Divoom Outdoor to uniwersalny dźwiękowo i gabarytowo sprzęt o przemyślanej konstrukcji, którego stosunek ceny do jakości oraz oferowanych możliwości jest w moich oczach niezwykle korzystny. Bezproblemowa obsługa, długi czas pracy na baterii i jakość dźwięku za cenę 299zł to dla mnie rewelacja tym bardziej, że zbudowano go jak czołg, a przy tym masa oraz gabaryty są zdecydowanie bardziej kompaktowe, niż w przypadku Voomboxa Party. Z testowanej trójki, to właśnie on przypadł mi najbardziej do gustu i mogę z czystym sumieniem poelcić go każdemu, kto za rozsądną cenę potrzebuje porządnego głośnika mobilnego.

Wszystkie trzy modele, choć różne od siebie pod kątem serwowanego dźwięku, a w przypadku Auraboxa również możliwości, łączy jedna bardzo ważna cecha. Są one fenomenalnie wręcz wykonane z najwyższą dbałością o szczegóły, a przy tym ich cena nie jest wywindowana w górę. Jako kupujący z pewnością nie czułbym się nabity w butelkę biorąc pod uwagę to, jak wiele otrzymuje się za cenę, jaką należy wyłożyć za każdy z opisywanych przeze mnie głośników mobilnych. U mnie pozostawiają z całą pewnością bardzo pozytywne wrażenia.

Za wypożyczenie sprzętu do testów serdecznie dziękuję

1_mp3store_logo

Reklamy