Jedno z najczęściej zadawanych w polskim internecie pytań odnośnie audio, brzmi mniej więcej tak: „jakie kupić tanie słuchawki dokanałowe”. Ale prócz tego, że mają być niedrogie, to muszą brzmieć dobrze, być wytrzymałe, wygodne i dostępne w Polsce. Mając tak wskazane wytyczne, z reguły padają dwie odpowiedzi: Philips SHE3590 lub Panasonic RP-HJE125.

W związku z tym postanowiłem udać się do sklepu z elektroniką i sięgnąć po obie pary, by w końcu porównać je łeb w łeb. Jednak bodziec do tego wyszedł skąd indziej – otrzymałem przesyłkę z firmy Audio Heaven, w której obok wcześniej recenzowanych MEE Pinnacle P1 pukających do portfeli bardziej zamożnych klientów, znajdowała się jeszcze jedna para słuchawek, a mianowicie kolejna nowość na naszym rynku spod znaku MEE audio pod postacią modelu RX18.

Cenowo wszyscy trzej konkurencji wypadają bardzo podobnie. HJE125 w dwóch popularnych sieciówkach znalazłem za 34,99 zł, SHE3590 za 39,99 zł, natomiast RX są wycenione na 39,00 złotych. Oczywiście pierwsze dwie pary można znaleźć taniej, ale postawiłem się w roli zwykłego konsumenta, gdzie po wejściu do sklepu z gotówką wychodzę ze słuchawkami, a mieszkając w małym mieście za bardzo nie mam w czym wybierać.

Spis treści:

– Wstęp

– Panasonic RP-HJE125

– Philips SHE3590

– MEE audio RX18

– Podsumowanie

Wstęp:
Jednak przejdźmy do spraw istotniejszych.

Zwyczajowo warto by było zacząć opis od opakowania i wyposażenia, tylko tu ciężko o czymś pisać, gdyż wszystkie trzy pary prezentują się nadzwyczaj zgodnie – marketowe blistry z zawieszką, w których znajdziemy słuchawki oraz trzy pary silikonowych nakładek w rozmiarach S, M oraz L.

Co odróżnia MEE od konkurencji, to prostszy patent na otwarcie opakowania, wystarczy jeden pewny ruch by uchyliła się tylna ścianka, nie trzeba się szarpać, używać nożyków itp.

Tipsy w Philipsach oraz Panasonicach są podobnej, przyzwoitej, jakości z delikatnym wskazaniem na HJE125. RX18 niestety odstają pod tym względem, oferując nieciekawe nakładki, które ciężko ułożyć w uchu przez zbyt wiotką strukturę. Jest to o tyle dziwne posunięcie producenta, że MEE audio ma w swoich zasobach tanie i dobre gumki, które są dodawane choćby do M9 Classic. Osobiście radziłbym je zmienić, jeśli tylko ktoś ma taką możliwość.

Patrząc na przewody, to sytuacja się odwraca. RX18 mają najbardziej solidnie wyglądający kabelek, który przesadnie się nie plącze, ale jest trochę zbyt sztywny. Philipsy na drugim miejscu, ze względu na cieńszą izolację, która sprawia nieco liche wrażenie. A na szarym końcu Panasonic z plączącym się i wątłym przewodem. Żaden z testowanych modeli nie posiada pilota do rozmów, MEE oraz HJE125 posiadają kątowe wtyczki, SHE3590 mają ją prostą, przez co może być bardziej podatna na uszkodzenia.

Kopułki we wszystkich trzech przypadkach, to sam plastik. Niezbyt ładny i raczej kiepskiej jakości, ale całość została sprawnie zmontowana, w żadnej parze nic nie trzeszczy, nie odpada, a klejenia są równe, więc do wykonania ciężko mieć pretensje. Philipsy jako jedyne posiadają gumową odgiętkę (mała, ale jest), z której wychodzi kabel. Konkurencji mają tylko plastikowe wyprowadzenia przewodów słuchawkowych, przez co łatwiej w nich o przerwanie żył.

Komfort we wszystkich modelach jest na solidnym poziomie. Słuchawki są lekkie i dobrze wyprofilowane, przy odpowiednim doborze nakładek (szczególnie w przypadku RX18) , pozwalają na odcięcie się od większości odgłosów zewnętrznych.

 

Czas jednak na najważniejsze, czyli odsłuchy. Te były dokonywane na następujących źródłach: Fiio X1, Ruizu X02, Samsung Galaxy S6, Sansa Clip+, xDuoo X, xDuoo X3 oraz xDuoo XD-05.

Panasonic RP-HJE125:

Na pierwszy ogień idą popularne HJE125, czyli godny i udany następca bardzo popularnych HJE120.

Od razu w uszy rzuca się bas – jest go sporo na tle pozostałych pasm, choć nie próbuje całkiem dominować nad muzyką. Schodzi dość nisko, choć poniżej 50Hz można zauważyć już jego spadek. Zaskakująco dobrze oddane jest uderzenie na dole, nie wlecze się przesadnie i ma sporą masę, dzięki czemu skłania do tupania w rytm melodii. Ma jednak i swoje wady: przede wszystkim jest mocno „zabrudzony” i buczący, ma problemy z kontrolą i czasami nadmiernie wchodzi na niższą średnicę.

Średnica jest nadspodziewanie czytelna i nie niknie za pozostałymi pasmami mimo jej wycofania. Co prawda naturalnym instrumentom brakuje nieco masy i gubią szczegóły, ale w końcu mamy do czynienia z budżetowymi rozwiązaniami. Przy niżej schodzących dźwiękach (szczególnie w gitarach basowych) słyszymy wspomniany brud rozchodzący się od basu. Gdy jednak odsuniemy wiolonczele, fortepiany i inne harfy, a przerzucimy się na spokojniejszą elektronikę, to sytuacja ulegnie zdecydowanej poprawie, gdyż wady słuchawek zostają częściowo zatarte. Syntezator w chilloucie czy ambiencie przekazuje bardziej płynne i dłużej wybrzmiewające dźwięki, dzięki czemu łatwiej skupić się muzyce.

Wokale są wysunięte do przodu, trochę nosowe i płytkie, ale przy tym nie są mocno przekłamane. Dość dobrze wypadają głosy męskie, nie są pozbawione siły, mimo że ich wypełnienie mogłoby być lepsze. Śpiew kobiecy jest dość naturalny, choć przydałoby mu się więcej intymności. Czasami wokale niebezpiecznie zbliżają się do sybilizacji, jednak bardzo sporadycznie w nią wpadają.

Tony wysokie są w optymalnej ilości jak na tego typu słuchawki i nie są przyciemnione. Góra nie jest ani nadmiernie przycięta, ani nie narzuca się słuchaczowi. Niestety brakuje jej lepszej kontroli, przez co bywa drażniąca, jakby na instrumentach grali amatorzy. Szczególnie jest to słyszalne przy skrzypcach, flet czy talerze perkusji wypadają już lepiej pod tym względem, mimo że ich dźwięk jest lekko zapiaszczony.

Scena jest mała i pozbawiona głębi, wszystko się dzieje wokół uszu, jednak na szczęście HJE125 nie mają tendencji do prezentacji dźwięków w samym środku głowy, dzięki czemu muzyka, choć bezpośrednia i bliska, ciągle jest czytelna. Holografia stoi na niskim poziomie, instrumenty często sprawiają wrażenia grania w jednej linii, co dość mocno przeszkadza w klasycznych nagraniach.

Szczegółowość prezentuje się słabo, przechodząc z lepszych słuchawek dostrzeżemy, że dużo informacji nam ucieka, czy to dźwięków ukrytych w muzyce, czy wybrzmiewania poszczególnych strun lub talerzy.

Ogólnie wynika więc, że są to słuchawki słabe. I poniekąd tak jest, tylko gdy weźmiemy pod uwagę cenę jaką kosztują, to już nieco zmienia perspektywę. Bo jednak ten model Panasonica oferuje dość przejrzyste i rozrywkowe brzmienie za małe pieniądze. Nie zamulają nadmiernym basem, nie atakują słuchacza zbytnio wysuniętą i metaliczną górą oraz nie chowają tonów średnich, a to niestety często spotykane przywary tanich konstrukcji (choćby dodawanych do telefonów).

Słuchawki dobrze się sprawują z cieplejszymi odtwarzaczami, które ukryją trochę niedostatki przetwornika, dzięki czemu HJE125 wykorzystają swój rozrywkowy charakter brzmienia.

Philips SHE3590:

Niski model Philipsa od dłuższego czasu próbuje podkopać pozycję HJE120/125, zbliżając się do niego popularnością. A jak brzmi?

Basu jest trochę mniej niż w przypadku Panasoniców. Jest przy tym bardziej obły, rozmyty, przez co nie ma aż takiego wrażenia mocnego uderzenia. Tutaj też najniższe tony mają wyczuwalny spadek, a akcent jest postawiony na midbas i w stronę tonów średnich, przez co słuchawki są cieplejsze w brzmieniu, jednak kosztem dynamiki. Co istotne, SHE3590 nie mają tego brudu co HJE125, muzyka jest czystsza, choć z kolei przez wspomniane rozmycie znów brakuje lepszej kontroli nad dołem, przez co traci kontrabas i stopa perkusji.

Średnica opiera się na basie, jest ciepła i bezpieczna w odbiorze. Niestety nadmierne wycofanie środkowej części tego zakresu powoduje zmatowienie i spłaszczenie muzyki, choć nie narzuca się to jakoś nadzwyczaj mocno. Zdecydowanie może się spodobać prezentacja gitar i syntezatorów, bo niosą ze sobą dużą dawkę energii. Ciekawie wybrzmiewa też fortepian, szczególnie przy niżej schodzących nutach, które rysowane są grubszą linią, długo wybrzmiewają i mają w sobie coś dostojnego. Gorzej wypadają instrumenty dęte, gdyż często miałem wrażenie, że zostały zrobione ze zbyt miękkiego metalu i trochę niekontrolowanie drgają przy graniu.

Wokale są ciekawsze niż w Panasonicach – żywsze, bardziej masywne, mniej nosowe oraz umieszczone trochę dalej od słuchacza. Ciągle brakuje im głębi, ale są na tyle naturalne, że wciągają. Głosy męskie są silne, lekko szorstkie, co akurat dobrze im robi (chyba że słuchamy wykonawców o bardziej delikatnej barwie głosu, jak Akon czy wykonawcy z One Direction). Śpiew kobiecy stara się być intymny, choć czasami efekt jest psuty przez mocno zaakcentowaną wyższą średnicę oraz wzmocniony bas, które sprawiają małe kłopoty z równowagą tonalną wokali. Jednak jak na niespełna 40 złotych i tak jest naprawdę dobrze.

Tony wysokie są wyraźne, ale lekko przybrudzone i nie tak dobrze rozciągnięte jak w HJE125. Powoduje to wrażenia ich przyciemnienia, mimo podbitego przełomu średnicy i góry. Tu najwyraźniej słychać ograniczenia przetwornika, gdyż przy bardziej skomplikowanych partiach skrzypcowych czy na flet, Philipsy przestają nadążać i pojawiają się mało przyjemne przydźwięki. Zdecydowanie lepiej wypadają talerze perkusji, które może nie wybrzmiewają tak długo jak powinny i brak w nich poczucia wibrowania, to stanowią udane uzupełnienie dla gitar.

Scena jest dość dobrze rozciągnięta na boki, choć jak w przypadku Panasoniców brakuje tu głębi. Jednak bliższe plany są na tyle skutecznie zarysowane w przestrzeni, że nie jesteśmy atakowani ścianą dźwięku, co w połączeniu z lekkim oddaleniem instrumentów dość przekonywująco tworzy efekty stereofoniczne. Minusem jest jednak to, że dalej ulokowane dźwięki za bardzo się rozmywają.

Szczegółowość jest przyzwoita, stopień wyżej od wcześniej opisywanych konkurentów, choć ciągle daleko od tego, by myśleć o krytycznych odsłuchach.

Sumarycznie, są to słuchawki ciekawsze od HJE125, lepsze technicznie, bardziej zrównoważone i uniwersalne. Tu już nie miałem problemem z odsłuchem ani metalu, ani poezji śpiewanej, ani muzyki klasycznej. Jedynie biorąc pod uwagę muzykę elektroniczną mogę postawić między tymi dokanałówkami znak równości, nawet z lekkim wskazaniem na Panasonici.

Dobrze łączyć SHE3590 z odtwarzaczami dobrze panującymi nad dźwiękiem (może nawet dodatkowo nieco ciemnymi), nie lejącymi powolnym basem. Utrzymają one w ryzach nieco rozlazłe brzmienie słuchawek, w zamian otrzymując przyjemne i rozrywkowe brzmienie.

MEE audio RX18:

I w końcu pretendent do budżetowego tronu.

Bas jest niejako wypadkową obu wcześniej opisywanych modeli. Uderzenie ma mocniejsze i szybsze niż Philipsy, nieco niższą od nich kontrolę, ale mniej wchodzą dołem na tony średnie. Nie ma jednak efektu brudu z Panasoniców. Znów akcent mamy na midbasie, a pod nim słyszalny spadek. Na ile to metoda producentów na sukces komercyjny, a na ile ograniczenia tanich przetworników, ciężko mi powiedzieć. Czego mi tu brakuje, to poczucia bardziej naturalnego grania, RX18 mają w sobie nieco cyfrowy nalot. I o ile bardzo dobrze pasuje on takich wykonawców jak Timmy Trumpet czy Tiesto, to już słuchanie na nich koncertów wiolonczelowych nie jest udanym pomysłem.

Średnica jest bardziej przejrzysta niż u konkurentów, mimo że znów wycofana. Mniej ciepła niż w SHE3590, bardziej naturalna niż w HJE125. Instrumenty są czytelne, nie musimy się skupiać nad poszczególnymi strunami gitary, choć już harfa może być zbyt wymagająca dla słuchawek MEE. Fortepian jest żywy, a syntezator sprawnie przekazuje kolejne bity. Instrumenty dęte z reguły mają dobre wypełnienie, jednak gdy wchodzą wyżej może nieco przeszkadzać podbity przełom średnicy i tonów wysokich, szczególnie w starych i słabych nagraniach. Jest jednak jeden instrument, który dość często nie brzmi jak powinien – niżej schodząca gitara elektryczna. Bardzo często sprawia ona wrażenie przesterowanej, jakby nagle bas zaczynał się pobudzać ponad miarę. Dlaczego akurat na tym instrumencie? Nie potrafię tego określić, choć dość często to słyszałem.

Wokale są trochę delikatniejsze niż w Philipsach i nieco odsunięte od słuchacza, ale są bardziej nasycone od Panasoniców. Nie ma nosowych naleciałości, choć czasami spółgłoska „S” bywa zbyt dosadnie akcentowana. Głosy męskie są dobrze przekazane, z małym spadkiem dynamiki w ciężkich metalowych utworach, jednak najbardziej naturalne wśród opisywanej trójki słuchawek. Śpiew kobiecy jest trochę za bardzo oddalony, przez co traci na intymności, wybrzmiewa z głębi niedużej sceny, niczym w małym klubie. Jednak znów naturalnością przewyższa wokale prezentowane przez konkurentów.

Tony wysokie są wyraźne, dobrze rozciągnięte, choć pod tym względem ustępują HJE125. Ich zwarty sposób grania daje poczucie sporej szczegółowości, co przydaje się w koncertach skrzypcowych, mimo pewnej metaliczności w brzmieniu. Zaskakująco poprawnie zostały oddane talerze perkusji oraz trójkąt. Słabiej wypada flet, nieco rozchwiany i nie do końca kontrolowany.

Scena jest dość wąska i przesunięta lekko do tyłu. RX18 starają się panować nad rozłożeniem planów, jednak w tak małej przestrzeni nie zawsze im się to udaje i czasami słuchacz zostaje zaatakowany mniej różnorodnym dźwiękiem niż by chciał. Plusem jest to, że w przeciwieństwie do SHE3590, słuchawki MEE audio nie rozmywają tak instrumentów z tła. Są one zbyt blisko, ale są czytelne i nienatarczywe.

Szczegółowość stoi na najwyższym poziomie wśród opisywanych dziś modeli. Nie jest to półka wyższych modeli, ale w tym budżecie wypadają bardzo dobrze. Ciągle część informacji się przed nami ukrywa, ale już można się spróbować pokusić o bardziej wnikliwy odsłuch.

Słuchawki dobrze się łączą z cieplejszymi odtwarzaczami, które trochę ułagodzą wyższą średnicę, a z kolei RX18 dodadzą werwy w ich brzmieniu.

Podsumowanie:

Walka pomiędzy budżetówkami wydawała się ciekawa, jednak dość szybko Panasonic ze swoimi HJE125 zaczął ją przegrywać. Jest to najtańszy model, ale i najgorszy. Poza ostrą elektroniką stawiającą na ilość basu i góry, wyraźnie odstawał od konkurentów. Wybór pomiędzy Philipsem i MEE jest trudniejszy i ograniczyłbym go do preferencji: jeśli ktoś lubi cieplejszy i bardziej gęsty dźwięk, to bym postawił na SHE3590, natomiast gdy chcemy mieć bardziej czytelne brzmienie, z szybszym basem i mocniejszymi tonami wysokimi, to tu lepszym wyborem będą RX18.

Każde z nich oferują jednak solidną jakość dźwięku w swojej cenie, często przeskakując słuchawki dodawane do telefonów i odtwarzaczy mp3. Gdy finanse nie pozwalają nam na nic lepszego lub nie oczekujemy czegoś z wyższej półki, to można brać te dokanałówki w ciemno.

Które ja bym wybrał? Cóż, dołożyłbym 10 złotych i kupił MEE M9 Classic. Są równiejsze od recenzowanych tu modeli, lepiej kontrolują dźwięk, dają namiastkę bardziej dojrzałego grania, choć jest ono mniej rozrywkowe (przez co część potencjalnych klientów odrzuci je jako gorsze).

 

Za użyczenie do testów MEE audio RX18 Muzostajnia serdecznie dziękuje sklepowi

logo heven

Advertisements