FLC8…

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem te słuchawki w ofercie Lend Me UR Ears, to mocno kusiło mnie, by je zakupić. Ale przeczytałem kilka opinii, że z wygodą bywa różnie, dodatkowo pojawiły się inne wydatki i z niejaką ulgą rozstałem się z tym pomysłem.

Ale co się odwlecze, to nie uciecze, bo od jakiegoś czasu pojedyncze egzemplarze zaczynają pojawiać się w Polsce. I w końcu znalazł się dobry samarytanin, który się nade mną ulitował i użyczył mi FLC8 do kilkudniowego odsłuchu – był to znany z forum mp3store all999 (WIELKIE podziękowania z mojej strony).

Na pełnoprawną recenzję nie miałem czasu, bo przecież nie należy zostawiać kolegi bez słuchawek, ale około 20 godzin intensywnego słuchania dało mi co nieco je poznać i wrażeniami podzielić się mogę.

 

Zanim jednak zacząłem zabawy z dźwiękiem, przymierzyłem FLC8 do ucha. I okazało się, że moje obawy odnośnie ergonomii okazały się bezpodstawne. Bo kopułki jak najbardziej są wygodne. Co prawda nie jest to komfort na poziomie customów, Audeo czy monitorów Shure lub Westone, ale przyjemnie wyprofilowane krawędzie nie drażnią ucha nawet przy dłuższych odsłuchach. Jedyne co może zrażać, to tulejka w najpopularniejszym rozmiarze T400, który już nie każdy toleruje. Ich długość jest przeciętna, ani nie wchodzą do mózgu jak wyroby Etymotic, ani nie siedzą płytko jak Audeo. Tak więc jeśli ktoś toleruje noszenie dokanałówek z kablem za uchem, to tu nie powinien mieć z nimi problemów. Kabel jest odczepiany (dwupinowe wtyki), więc możemy sobie dobrać taki jak nam pasuje.

FLC8 słuchawki

Ciekawie rozwiązane zostały filtry. Zazwyczaj jest to wymiana tulejek, z których każdy komplet ma inny materiał wypełniający czy wentylację. W FLC8 również znajdziemy to rozwiązanie, ale dodatkowo ma możliwość zmiany dwóch innych elementów strojących – po obu stronach kopułek umieszczono po jednym otworze, w który wsuwamy pasywne filtry akustyczne. Każdy z tych elementów ma trzy wersje do wyboru, natomiast tulejkę możemy wybrać w jedną z czterech. Jak łatwo obliczyć, daje to łącznie 36 możliwych kombinacji dźwięku. Szwajcarski scyzoryk wśród dokanałówek.

filtry

Co istotne, zmiany nie są na tyle drastyczne, by psuć dźwięk słuchawek, jak to czasami bywa z filtrami. Charakter brzmienia pozostaje zbliżony, tylko dostajemy do ręki rozsądny sprzętowy korektor. Nie zrobimy z FLC8 basowych misiów, doków jazgoczących górą czy mistrzów przestrzeni.

Tylko trzeba mieć na uwadze jedną rzecz: filtry są malutkie. Więc jak komuś drżą ręce, albo ma katar, to niech przekaże ich wymianę komuś innemu, bo jak nam uciekną, to możemy już ich nie znaleźć.

Dokładną ich rozpiskę wraz z wpływem na dźwięk, można znaleźć w recenzji, jaką zamieścił ljokerl:

http://theheadphonelist.com/headphone_review/flc-technology-flc8/

 

A brzmienie? Cóż, w sumie sama przyjemność.

Słuchawki dotarły do mnie w konfiguracji basowej, ale daleko im do zalewania muzyki dołem. Jest szybkość, precyzja, kontrola i dobre wypełnienie. Mocne zejście połączone z przejrzystością. Co prawda dla mnie bas był momentami za mocno zaakcentowany, ale chwila zabawy w wymianę filtrów i już miałem takie brzmienie jakie lubię (szary, szary, zielony). Słucham dłuższą chwilę i zaczynam dumanie, próbując sobie przypomnieć jakie słuchawki dawały mi takie połączenie panowania nad niskimi tonami oraz siły. I w końcu wiem – nie słyszałem takich. Nie twierdzę, że ich nie ma, po prostu jeszcze na nie nie trafiłem. Przy czym nie jest to zestaw dla fanów tłustego basu, pod tym względem podobnie wycenione Westone W30 są wyraźnie z przodu, mimo że czytelnością nawet się nie zbliżają do FLC.

 

Średnica, to jedyne pasmo w którym coś bym zmienił, gdyż niezależnie od zastosowanych filtrów, dźwięki w tym zakresie wydawały mi się minimalnie matowe. Nie przyciemnione, nie wycofane, po prostu brakowało poczucia takiej organiczności brzmienia jaką bym chciał usłyszeć, mimo że nie jest to coś, czego nie można nadrobić źródłem. Jednak znów jest bardzo precyzyjnie i szczegółowo, wszystkie informacje leżą przed nami, choć nie jesteśmy nimi zasypywani. Świetnie prezentują się żywe instrumenty: przy gitarach czuć wybrzmiewanie każdej struny, gdy pojawia się harfa niemal widać jak palce na niej przebiegają, fortepian jak żywy itp. itd. Pod tym względem to tylko malutki kroczek do moich Custom Art Pro330 – po prostu wyrazy uznania.

Jednak żeby nie było za pięknie, to zupełnie nie przypasowała mi na FLC8 „muzyka radiowa”. Miałem na niej poczucie, że słuchawki się duszą, że jest za prosto i nijako, jakby słuchawki same szukały wyzwań w bardziej skomplikowanych kompozycjach.

Wokale ponownie są bardzo dobre. Czyste, żywe i naturalne. Odpowiednio intymne, ale nie przydymione czy nosowe. Ani płytki, ani rysowane grubą linią – po prostu akuratne. I na tym w sumie można by skończyć, bo choć szukałem, to nie udało mi się znaleźć jakiś wad w tym zakresie. No, może tak na siłę, to growl w cięższym metalu mógłby być brudniejszy i bardziej „oleisty”.

 

Tony wysokie znów się ocierają (a może i coś więcej) o wybitność w swojej klasie. Z jednej strony na zielonych filtrach potrafią zagrać pierwszoplanową rolę, jest ich dużo, ale przy tym nie są przesadnie agresywne. Ktoś chce ich mniej, zmienia tulejkę i po sprawie. Góra ma dobre rozciągnięcie i równy przebieg. Flet i skrzypce grają z dużą swobodą i zawsze pod kontrolą, a na talerzach perkusji dokładnie słychać pałki i pozostawione po nich drżenie blach. Czasami brakuje mi tego dodatkowego blasku i dalszego pociągnięcia w górę, jakie oferują mi customy, ale różnice konstrukcyjne i cenowe skłaniają mnie do zignorowania tego faktu.

 

Scena nie jest wybitnie duża, ot, całkiem rozsądny rozmiar jak na dokanałówki, ale holografia stoi na wysokim poziomie. Dźwięki rozchodzą się wokół głowy słuchacza, z pewnym spłaszczeniem pomiędzy przodem i tyłem. Poszczególne plany są wyraźnie zarysowane, nie wpadają na siebie, a przy tym są spójne. Każdy instrument ma swoje miejsce w przestrzeni i nie wybiega przed szereg nieproszony, ani nie ginie przygnieciony ciężarem swoich kolegów.

Szczegółów jest cała masa, ale nie są one męczące i nie zabierają muzykalności. Jest to tak transparentne, że początkowo nie zauważyłem ilości napływających informacji, ot, grała sobie muzyka. Po czym przepiąłem na, przecież bardzo dobre, MEE Pinnacle P1 i nagle się zdziwiłem jak duża część detali się w nich chowa i trzeba skupienia na utworze by je wyłapać.

 

Przy tym ostatnim akapicie muszę jednak załączyć jedną uwagę: opisywane słuchawki dotarły do mnie z bonusem w formie srebrnego kabla wykonanego przez Jimmiego Dragona (ponownie forum mp3store) i na nim (kablu, nie Dragonie) dokonywałem większości odsłuchów. Po przepięciu na przewód oryginalny, P1 lokowały się już całkiem blisko FLC8, tylko z lekkim spadkiem detaliczności i innym rozkładem tonalnym.

Przewód Smoka, choć dający zauważalne zmiany na plus w brzmieniu (a zazwyczaj jestem pod tym względem sceptyczny), to jednak już pociąga za sobą niemały wydatek i jest on raczej przeznaczony do typowo domowych odsłuchów, ze względu na swoją grubość oraz sporą sztywność, więc pewnie większość użytkowników się na niego nie skusi.

 

Jednak niezależnie czy dokupimy wypasiony kabel czy nie, FLC8 są rewelacyjnymi słuchawkami i basta. Mając do wydania półtorej tysiąca na dokanałówki, to właśnie ten model może stać się dla wielu ostatnim przystankiem. Dzięki filtrom po prostu większość osób ustawi dźwięk tak jak lubi, a słuchawki same z siebie są tak mało zależne od źródła, że chyba trzeba by katastrofy synergicznej żeby nie zagrały dobrze.

Odradzę je tylko osobom, które mają problem z noszeniem kabla za uchem, lubią mocno gęste i mięsiste brzmienie lub szukają wybitności w scenie (pod względem jej wielkości).

 

Ja je będę wspominał bardzo dobrze i trochę ze smutkiem pakowałem je z powrotem do pudełka. Jednak liczę, że zyskają one u nas należne im uznanie i pojawi się ich więcej na naszym rynku.

 

Na koniec ponownie dziękuję allowi999 za możliwość odsłuchu FLC8 🙂

Reklamy