Zupełnie niespodziewanie stało się.
Dobiłem do brzegu, jestem spełniony jako słuchawkofil. Przypadkiem, całkowitym zbiegiem okoliczności, natrafiłem na pochlebną recenzję Etymotic HF3 i zaraz potem na arcykorzystną ofertę sprzedaży tychże słuchawek. Kiedyś próbowałem ich posłuchać i aplikacja potrójnej choinki potwierdziła powszechną opinię o ich niewygodzie. Jeszcze szczęśliwiej się jednak złożyło, że używane słuchawki oferowane były z dodatkową parą silikonów do słuchawek konkurencyjnej firmy (Westone) – a wszystko to kupiłem za kwotę, która nie wywołuje u mnie kaca pozakupowego.
Tydzień oczekiwania.
Przyszły…
Bez entuzjazmu otwieram opakowanie – przecież wiem, że grają nieźle, jakoś muszę tylko przeboleć ten dyskomfort.
Zakładam małe triflangi. Izolacja taka, że słyszę własne procesy fizjologiczne. Umiarkowanie niewygodne. Wyjmuję z ucha – AŁA!!!!!! Jak można robić tak ostre ranty na tak głęboko aplikowanych gumkach. Skandal. Zakładam westonowe startipsy.
WOW!!! – wygodnie. Nadal świetna izolacja, ale jest wygoda. OGROMNA!!!! Po kilku latach poszukiwań, ja, szczerze nienawidzący dokanałówek, znajduję ideał w parze słuchawek powszechnie uznawanych za jedne z najbardziej bolesnych w użytkowaniu!!!! Granda! 🙂

Pora posłuchać.

Quincy Jones – ło Matko! Jak to gra. Za głośno. Przyciszam mojego Clipa Sport do około 20%. Lepiej.
Przytłacza ilość detali, intrumenty brzmią dość chudo, ale naturalnie – uwielbiam.

Pora na UMPA UMPA – Lindsay Stirling…. ależ to nisko schodzi. Nadal nie ma ogromnej masy, ale wydaje się, że częstotliwość odtwarzana jest po aptekarsku, z dokładnością do hertza. Paradoks – niby nie ma emocji, ale ta chirurgiczna precyzja wywołuje u mnie skrajne zadowolenie.

Pora dać szansę klasyce. Handel….
……
……
Chopin …….
……
……
Albinoni……
……
……

Bach ……
……
……

Niemal dotykam dźwięków. Smyczki – czuję ich muśnięcia. Klarnet, fortepian, klawesyn, organy.
Jezusie Nazarejski!!! Dzięki Ci, żeś oświecił ludzi, którzy taką muzykę stworzyli i tych, którzy te słuchawki zrobili!
Ciarki, po prostu ciarki.
Idę spać przeszyty dreszczem zadowolenia – dźwiękowa nirwana.

Noc i poranek – dzień drugi.
Wsiadam do pociągu. Wpycham słuchawki do uszu – CISZA. Tylko ja i mój oddech oraz „Cztery pory roku”.
Po półtorej godzinie jazdy omal nie przejeżdżam mojej stacji – z przymrużonymi oczami pochłaniam każdą nutę i (dzięki tej izolacji) ….każdą pauzę.
Nie trafiłem jeszcze słuchawek, w których mógłbym deletkować się klasyką w podróży, bez rozkręcania jej do absurdalnych poziomów głośności. Do dzisiaj.
Wiedząć, że to było dobre, wchodzę do biura gdzie czeka na mnie mój ulubiony Aune X1s – sprawdźmy jak sobie poradzą z precyzyjnym źródłem, które aspiruje nieco wyżej niż Sansa i smartfony.
Jacques Loussier i „Koncerty Brandenburskie”……zamykam oczy i…..siedzę pomiędzy trzema panami na środku sceny – KOSMOS!
Wyjmuję nieco tipsy, tak żeby nie wypadały samoistnie z uszu, ale dużo płycej niż wcześniej i….przenoszę się do drugiego rzędu, nadal słysząc wszystko co grają trzej panowie, pośród których przed chwilą siedziałem…
Noon „Pewne sekwencje” – precyzja. Precyzja i jeszcze raz precyzja. Ponownie brak masy. I ponownie bardzo mi się to podoba.

Hans Zimmer „Time”. Ścieżka do „Interstellar”.
Zniknąłem. Zadania oznaczone na mojej liście sprawunków na dzień dzisiejszy znikają w zastraszającym tempie…
Kurde nie! Nie znikają wcale tak szybko – siedzę tu już 4 i pół godziny i nawet nie zauważyłem. Po prostu zanurzyłem się w muzyce, pracując umiarkowanie szybko z tendencją do szybko 🙂

Wracam do domu nie wyjąwszy słuchawek ani na minutę w trakcie drogi powrotnej. Po przygodzie z Aune wiem, że Sansa już nie do końca wystarczy.

Noc i poranek – dzień trzeci.
Organizuję Sony A15 od znajomego do posłuchania w pracy.
Po wczorajszych zachwytach nad kanonem kompozytorów, dzisiaj skupię się na jednym – Mozart.
TAAAAAAAAAAK!!!! Nie chcę już nic więcej poza zwiększoną liczbą sposobności ku temu żeby SŁUCHAĆ!
To może być koniec. Jedyne co czai się za rogiem to….Etymotic ER4S. Jestem ich potwornie ciekaw, bo ponoć mają więcej masy w serwowanym dźwięku od moich ukochanych już haefów.
Nie wiem czy będzie to dla mnie dobre, bo brak tej masy, tej zbitości, absolutnie mi nie przeszkadza. Fenomenem tych słuchawek jest to, że serwują dźwięk po benedyktyńsku – dają wszystko czego potrzebujesz, pozostawiając jednocześnie pewien niedosyt, sprawiający, że niechętnie je odkładam do pudełka po każdym odsłuchu.
Słowem – Znalazłem.
Teraz tylko zakup Sony A15 i odwieszam dubeltówkę na kołek będąc całkowicie spełnionym po upolowaniu naprawdę zacnego stada króliczków.
Permanentnie

Reklamy