Dziesięć miesięcy temu spędziłem trochę czasu ze słuchawkami MEElectronics M9 Classic, które okazały się bardzo przyjemnymi budżetowymi dokanałówkami. Dziś mam przed sobą wyglądający  na bliźniaczy bezprzewodowy model: M9B, gdzie B oznacza bluetooth. Zostały one wycenione na 109 złotych, czyli dwa razy więcej od swojego pierwowzoru, więc postanowiłem sprawdzić na ile rozsądna wydaje się ewentualna dopłata.

 

Na początek tradycyjnie zacznę od opakowania. Już nie jest to karton „uwalniający od frustracji”, tylko znacznie bardziej tradycyjne tekturowe pudełko zawierające zdjęcie słuchawek oraz podstawowe informacje o nich. Mamy również okienko podglądowe, a w środku plastikowy blister, w którym umieszczono słuchawki oraz akcesoria. Na pewno jest ono ładniejsze i lepiej pokazuje produkt, ale jednak odpowiadała mi prostota starego kartonika, który i zabezpieczał i umożliwiał błyskawiczny dostęp do swojego wnętrza.

M9B opakowanie

Przejdźmy jednak do zawartości, czyli rzeczy bardziej istotnych. Prócz samych M9B, znajdziemy:

  • trzy dodatkowe pary pojedynczych silikonowych tipsów w rozmiarach S, M oraz L (na słuchawkach znajduje się średniej wielkości para bi-flange),

  • prowadnice na kabel, utrzymujące go przy noszeniu MPB z przewodem za uchem,

  • kabel USB-microUSB służący do ładowania baterii,

  • instrukcja obsługi.

M9B akcesoria

Wygląda to więc praktycznie identycznie jak w modelu M9 Classic, tylko z oczywistych względów klips do przewodu został zastąpiony kablem USB. Zobaczyłbym tu chętnie jeszcze jakieś etui zabezpieczające. Niby słuchawki bezprzewodowe są mniej podatne na uszkodzenia, ale dodatkowa ochrona na pewno by nie zaszkodziła.

 

Same słuchawki na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak Classic, a po ich dokładnym obejrzeniu dostrzeżemy, że pierwsze wrażenie było jak najbardziej trafne. Kopułki wraz z odgiętkami, to dokładnie to samo w obu przypadkach. Różnice ograniczają się do przewodu: w M9B jest krótki, czarny i znajduje się na nim pilot oraz suwak pozwalający na kontrolę jego długości, natomiast M9 Classic mają standardowy kabel 1,2m, którego izolacja jest przezroczysta.

M9B vs M9 Classic

Po lewej M9 Classic, po prawej M9B

Kopułki nie należą do dużych, więc przy dobrze dobranych nakładkach, większość osób nie będzie miała zastrzeżeń do ergonomii. Słuchawki można nosić klasycznie, lub z kablem za uchem, jednak w tym drugim przypadku problematyczne mogą być dołączone prowadnice. O ile zazwyczaj je lubię, tak w M9B nie mogłem ich dobrze usadowić, ze względu na odgiętki przy korpusach odchylone na zewnątrz, przez co również prowadnice próbowały uciekać od głowy. Osobiście wolałem więc z nich zrezygnować.

Pilot z bezprzewodowego modelu jest dość spory, a przyciski dobrze wyprofilowane, więc bezwzrokowa obsługa nie nastręcza problemów w codziennym użytkowaniu.

 

Tłumienie otoczenia stoi na dobrym poziomie i odgłosy otoczenia nie zagłuszają naszej muzyki w stopniu wymuszających podbijanie głośności. Zauważyłem jednak wyraźny driver flex (dźwięk strzelającej membrany przy wkładaniu słuchawek do ucha). Dotyczył on obu stron w podobnym stopniu, więc zaryzykuję stwierdzenie, że już taki urok tego modelu, choć Classic były tego pozbawione.

 

Jakość połączenia bluetooth jest różna. U siebie słuchawki parowałem z iPadem 2 oraz Samsungiem Galaxy S6. O ile w tym pierwszym przypadku nie było problemu z łącznością nawet w sąsiednim pokoju, tak przy S6 zakłócenia transmisji pojawiały się już podczas trzymania telefonu w tylnej kieszeni spodni. Warto więc łączyć M9P ze źródłami o mocniejszych układach BT.

Czas działania na jednym ładowaniu jest jak najbardziej satysfakcjonujący: u mnie wytrzymywały niespełna 4 godziny i 50 minut ciągłego słuchania muzyki, więc prawie godzinę dłużej niż podaje producent. Jednak komunikaty pod koniec życia baterii oznajmiające nam ten fakt, są trochę za głośne i mogą nas przyprawić o palpitację serca gdy się zasłuchamy w muzyce. Być może gdy ktoś lubi rozkręcić potencjometr do końca, jest to rozsądne rozwiązanie, ale mi przeszkadzało.

Niestety jakość rozmów (w obie strony) nie należy do najlepszych, mimo zastosowania technologii BT 4.0 oraz A2DP. O ile głos jest odpowiednio wyraźny, to jego barwa zostaje poddana wyraźnej cyfrowej korekcie, przez co brzmi sztucznie i metalicznie. Jest to o tyle dziwne, że w przypadku odsłuchu muzyki, nie uświadczymy takich artefaktów.

 

Ano właśnie, muzyka, najwyższa pora nią się zająć. Jak wspomniałem, jako źródło służył iPad 2 wraz Galaxy S6.

Najpierw zrobiłem odsłuchy na M9 Classic, by później sprawdzić czy są jakieś drobne różnice w dźwięku pomiędzy nimi a M9B. Jak się okazało, różnice są, tyle że nie małe…

 

W wersji bezprzewodowej zdecydowanie mocniej została poprowadzona linia basowa. Midbas dominuje nad resztą tonów, choć nie jest przytłaczający. Dół jest sprężysty i stanowczy, choć mógłby mieć lepszą dynamikę. Wybrzmiewa dość długo, ale ma na tyle zwartą formę, że nie wchodzi mocno na średnicę. Tu już nie ma mowy, jak w poprzedniku, o tłumieniu agresji w mocniejszym graniu. Stopa perkusji jest wyraźna, gitara basowa ma w sobie siłę, a elektroniczne bity są nasączone energią.

 

Tony średnie są wyraźnie cieplejsze i bardziej gęste niż w modelu przewodowym. Całość jest mocno oparta na basie i lekko wycofana. Dobrze wypadają tu instrumenty elektroniczne i gitary elektryczne. Są mocno podbarwione, ale dają przy tym dużo przyjemności z odsłuchów. Gorzej jest z instrumentami żywymi, gdzie dźwięki wydają się rysowane zbyt grubą linią i brak im swobody przekazu.

Natomiast wokale znajdują się gdzieś po środku. Z jednej strony ciepłe i podbarwione, przez co czasami nieprzyjemnie nosowe, jednak z drugiej strony, ta barwa i ciepło potrafią czarować. Nie ma już tego rozgraniczenia jakościowego na głosach męskich i damskich znanego z pierwowzoru – w M9B lepiej ze sobą współgrają.

 

Tony wysokie niestety są trochę gorszej jakości. O ile rozciągnięcie jest na podobnym poziomie co w Classicach, to da się tu wyczuć „zapiaszczenie” góry, brakuje czystości, równowagi i lepszego wypełnienia, przez co czasami możemy usłyszeć nieprzyjemnie metaliczne, drgające brzmienie instrumentów. Jest to szczególnie widoczne przy słabych realizacjach obfitych dźwiękowo w soprany, przez co taki Skrillex czy Bathory mogą okazać się męczące. Za to dość niespodziewanie dobrze M9B radzą sobie z muzyką klasyczną. Skrzypce, flet czy organy nie są rozciągnięte tak jak powinny, ale dzięki dobrej jakości nagraniom, nic nie wadzi w tych słuchaniu na mieście.

 

Scena jest dość wąska i niemal pozbawiona głębi, a gdy już się pojawia, to głównie skierowana w tył, przez co całość brzmi nieco klaustrofobicznie, a poszczególne plany są ustawione zbyt blisko siebie. Na szczęście rozdział pomiędzy kanałami jest wyraźny, więc nie tracimy poczucia grania stereo.

Separacja jest zaskakująco dobra, jeśli weźmie się pod uwagę cenę oraz bezprzewodowe połączenie. Wśród słuchawek za około 100 złotych MEElectronics nie mają się czego wstydzić pod tym względem. Do krytycznego słuchania niewątpliwie zabraknie mikrodetali, jednak w ruchu na zewnątrz mamy poczucie obcowania z całością muzyki.

 

Biorąc pod uwagę te wszystkie cechy, czas odpowiedzieć na zadane na początku pytanie – czy dopłata do M9 Classic w wysokości 60 złotych jest rozsądna? Moim zdaniem tak. Choć dostajemy inaczej brzmiące słuchawki, to dalej M9B prezentują przyzwoity sonicznie poziom, bardziej nastawiony na rozrywkę, jednak ciągle uniwersalny. Do tego dostajemy bezprzewodowe połączenie ze źródłem, solidne wykonanie, dobry czas działania na jednym ładowaniu i przydatny na co dzień pilot. Więc gdy nie liczy się każda złotówka i chcemy sprawdzić czy słuchawki bluetooth mają sens, to warto się zastanowić, czy nie zacząć przygody właśnie od MEElectronics M9B.

 

MuzoStajnia dziękuje za wypożyczenie sprzętu do testów sklepowi

AudioHeven

Reklamy