No i stało się. Audionerwoza znowu mnie dorwała.

Byłem pewien, że zawinąłem do portu szczęśliwie uchroniwszy się od strasznych wydatków, z moim setupem marzeń: K551 pędzonymi z klona LC autorstwa Mikołaja i Superluxami HD668B jako doskonałym i skoczniejszym nieco ich uzupełnieniem. Jako ciekawostka w moim stadku gościły (i gosczą) 30-letnie AKG K135. Byłem spełniony.

 

W zeszłym tygodniu zjawiłem się w Audiomagic żeby oddać na reklamację Takstary HD6000 kolegi, jako że miałem po drodze. Zagadawszy się z chłopakami poprosiłem o HD650 do odsłuchu i…..zaczęło się. Najpierw Audeze LCD-3, potem HD650. Jako, że Audeze już po części znałem i mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać – było umiarkowane wow.

Cholernie dobrze, fajnie podkreślone na basie, ale przewidywalnie. Cena robi swoje i człowiek czegoś jednak oczekuje za te ponad 8 tys. Zł. HD-650 – tych nie znałem. Miało być misiowato ale rozdzielczo i wogóle cuda na kiju. Było anty-wow. Było fatalnie wręcz. Aż trudno mi pojąć, że ktokolwiek się na te słuchawki decyduje – ciągle mnie zadziwia, jak różnie słyszymy.

A potem przyniesiono mi Audio Technika. Wyglądały skromnie, ale ładnie. Skoro dostałem je do tak zacnego towarzystwa, uznałem, że to jeden z modeli serii 1000 albo może 2000. Wypadłem ostatnio nieco ze słuchawkowego obiegu i nie wiem co w trawie/nowościach piszczy. Zresztą poza M50 nic tej firmy nie znalazło się w kręgu moich zainteresowań jak dotąd.

Zakładam – arcylekkie. Wygodne.

Gramy.

 

 

 

WOW!!!!

Nie wierzę. Przekładam LCD-3 – NIE WOW.

Wracam do ATH – WOW!!!

Zmeniam repertuar i wracam do LCD-3 – NIE WOW

Na nowym repertuarze ATH – WOW.

 

Mówię do chłopaków, że w sumie fajne przeżycie i że ATH mnie fajnie zaskoczyło za 1/3 ceny Audeze. Zostaję szybko poprawiony – nie 1/3 a 1/8 ceny!!!!! Nie tysiączki a R70X!!!

Miałem kupić przejściówkę na jacka, a wychodzę ze słuchawkami.

Po drodze, z ciekawości podłączam pod Clipa Sport. Z ciekawości, bo to w końcu 470 Ohmów.

 

WOW!!! Czuję braki źródła, ale mam pewność, że wyciągam z niego maksimum możliwości. Pierwszy raz. Moje cudowne K551 zawsze się skalowały do źródła – im lepsze źródło, tym lepiej grały. Były kompletne. ATH walą najjczystszą definicją hi-fi w twarz. Gdzie trzeba dociążone, gdzie trzeba zaszeleszczą. Brakuje trochę zejścia (na Clipie Sport). Wracam do domu i popełniam zbrodnię na sprzęcie. Do klona LC autorstwa mikołaja podłączam Clipa Sport do nowego nabytku.

WOW!!!!!!

Zejście jak w Audiomagic na naprawdę zacnym torze – dużo Watów robi im dużo dobrego.

Przepinam na przerabianego D03 ze stajni FIIO – fajny to sprzęcik i mimo swej niepozorności gra odwrotnie proporcjonalnie do swoich gabarytów.

Już nie WOW. Teraz jest JA PIERDZIU!!!!!!

 

Potem już z górki – umawiam się ze znajomym, posiadaczem NFB-28, czyli schludnej i fajnie grającej integry.

Wniosek jest tylko jeden – to już hi-fi. Podwniosek jedynego wniosku – na moje ucho z hi-fi do hi-end (albo do pretendentów do słuchawkowego hi-endu w postaci LCD-3) w żaden sposób nie usprawiedliwia kilkukrotnej dopłaty. Potrafi docenić subtelne różnice w brzmieniu i serwowaniu detali, ale R70X w tym aspekcie i tak są wyżyłowane w kontekście ceny do granic wytrzymałości. Pełna synergia z moim uchem plus łatwość zgrywania się z większością torów czynią je dla mnie dealem dekady póki co.

 

Stacja końcowa na horyzoncie – teraz dostaną tylko adekwatną integrę ze stajni Aune. Nie zapadła jeszcze decyzja którą, ale najprawdopodobniej T1 MKII, albo X1S – niedługo rozstrzygnę.

 

Dźwiękowo jest to mariaż DT-880 (chyba w wydaniu 250Ohm) z moimi K551:

Zadziorna górka DT plus fajne zejście K551 połączone z wibracją przy mocniejszym uderzeniu. Na wzmaku jednak to zejście nabiera jeszcze bardziej rozmachu, staje się spektakularrne, na granicy, za którą jest już basu dla mnie za dużo. Bas wybrzmiewa dosłownie milimetr przed osiągnięciem tej granicy – aptekarska precyzja.

Wokale bardzo miłe, nieco przysłodzone, co stoi w sprzeczności z ogólnym moim odbiorem ich brzmienia. Ja odbieram je jako jasne, matowe, aż tu nagle w zakresach męskiego i żeńskiego wokalu mamy trochę lukru.

Może to placebo i skutek psychologiczny, jako że stałem się ich posiadaczem – nie obchodzi mnie to. Ważne, że po odsłuchu mogę dokonywać transfuzji endorfin, bo mam ich w nadmiarze.

Kolejny bardzo fajny efekt – bardzo lubię słuchać klasyki po cichu. Kiedy skręcę głośność na wzmacniaczu, ucieka nieco basu i odpada jego impakt. Jest po prostu grany, nie uderza. Wybrzmiewa. Kontrabas jest kontrabasem, wiolonczela wiolonczelą. Za to góra utrzymuje zwiewność z wyższych zakresów głośności, nie gubiąc detali – tak jak lubię. Kiedy jednak chcę posłuchać Vangelisa lub J.M Jarre – podkręcam o 10-15% do góry i…..dzieje się oj dzieje. Zejście piękne, midbas przyjemnie pulsuje, ale słyszę całe pasmo basu, które winno być w danym utworze.

Trudno mi analizować scenę, na tym się po prostu nie znam. Stereofonia jest duża, większa niż w wybitnych pod tym względem K551. Do tego spójniejsza – mniejsze mam wrażenie odseparowania muszli przy efektach kiedy dźwięk przepływa od lewej do prawej. Efekt jest bardziej niż w przypadku AKG zbliżony do głośników. Może to przez otwartą konstrukcję. Nie wiem, nie wnikam i dylemat ten nie przeszkadza mi się tą przestrzenią rozkoszować.

 

Hurra-optymizm po tym, jakże udanym zakupie udzielił mi się na tyle, że bliski byłem uwolnienia środków na koncie i zakupu totalnie szalonego: HiFimanów HE-1000, bądź STAXów SR009, których aż dwie sztuki można było ostatnio nabyć ostatnio na „giełdzie” naszego rodzimego światka audio. Kiedy jednak wróciłem do R70X po tych rozważaniach, rozsądek wrócił, wrzeszcząc: „JAK MOŻESZ NIE CIESZYĆ SIĘ TYM CO MASZ!!! PRZECIEŻ SAM NIEDAWNO ŁEB W ŁEB OCENIŁEŚ JE WYŻEJ OD AUDEZE. SŁUCHAJ MUZYKI.”   🙂

 

Gorąco polecam!!!!

Reklamy