Z destrukcją obszaru wymiany gospodarczej mamy do czynienia w dwóch kontekstach. Abstrahując od kwestii regulacyjnych, normatywno-legislacyjnych i politycznych,  degrengolada rynku może następować wskutek działań fizjologicznej gry konkurujących na nim podmiotów lub wręcz odwrotnie – podmioty funkcjonujące w danej branży nie konkurują ze sobą w klasycznym rozumieniu tego terminu, a licytują się na ceny – zgodnie z paradoksem dóbr Veblena: Kto zaoferuje droższy produkt, ten wygrywa. Przypomina mi się w tym miejscu dowcip o dwóch rosyjskich nuworyszach, którzy przybywszy do Paryża udali się na zakupy : po kilku godzinach spędzonych na zakupach w ekskluzywnych pasażach handlowych spotykają się na kawie – jeden szczyci się, że nabył m. in. elegancki krawat za 400 euro, drugi wybuchając śmiechem rzuca – Ty durniu! Ja za taki sam na drugim rogu ulicy dałem 1000 euro!!!

Obrazek ten jako żywo przypomina mi całokształt audiofilskiej niszy rynku elektroniki użytkowej. O ile w sytuacji, gdy dochodzi do wojny cenowej i rynek ulega erozji cenowej beneficjentem takiego rozwoju wypadków jest klient, to w przypadku procesu, w którym klient liczy na zakup jak najbardziej ekskluzywnego produktu i gdy do tego ten konsument jest w istotnym stopniu irracjonalny  – wygranym jest producent, a obiektywnie poszkodowanym jest rozsmakowany w wykwincie quasi-koneser – konsument. Audiofil będąc takim konsumentem nic sobie z tego oczywiście nie robi, głównie z tego powodu  – jak to wyłuszczyłem we wcześniejszych tekstach – że jest to osobnik skrajnie nieracjonalny, z iście kobiecym zapałem do totalnie impresjonistycznego, wyłącznie emocjami napędzanego pędu do zakupów,  których jedynymi kryteriami są:

  • autosugestia (swoista parafraza kartezjańskiego – słyszę, więc wiem, nie potrzebne mi inne dowody)

  •  wyrocznie Guru-recenzentów czy

  •  hype społeczności forumowej

Fora internetowe, w szczególności te audiofilskie to w ogóle jest zarzewie wszelkich brzemiennych w skutkach procesów grupowych, z mechanizmami takimi jak „społeczne dowody słuszności” czy konformizm  normatywny prowadzący do zmian w percepcji na czele, generujące finalnie osobliwy stan rzeczy, w którym dorosły, z pozoru poważny i skądinąd inteligentny facet zachowuje się w pewnych okolicznościach jak skończony idiota.

Gdyby podejść do przeciętnego, zdrowego na umyśle, a tym bardziej dość rozumnego człowieka o minimalnej znajomości podstaw fizyki i powiedzieć, że są ludzie, którzy wierzą, że 1m kabla elektrycznego od gniazdka do odtwarzacza CD musi kosztować 10000 zł i są tacy, co tyle za niego płacą i się tym szczycą, bo ich zdaniem zmienia on brzmienie tego plejera CD i co on o tym sądzi, to bez wątpienia jegomość uznałby pytającego za kretyna, a gdyby nabrał przekonania, że w tym pytaniu nie ma krzty przesady, to resztę dnia strawiłby zastanawiając się, jakie patologiczne procesy muszą zachodzić w głowach audiofilów, aby w tak kuriozalny sposób postrzegać świat.

Jak wyjaśniałem w poprzednich artykułach, mnie to nie dziwi, przeciętna kobieta, artysta czy homoseksualista (dwaj ostatni mogą występować w jednej osobie) też wierzą i wygadują różne ekscentryczne, oryginalne, bardzo dalekie od empiryzmu, rozsądku czy logiki rzeczy i żaden rozsądny facet się tym nie mityguje, kategoryzując tego rodzaju ekscesy jako paroksyzm emocji przepełniających ww. postaci.  Audiofile to mniej więcej ta sama maść. Nie mam nic do trzech pierwszych kategorii osób, artystów podziwiam, z kobietami sypiam nie wdając się z nimi w poważny dyskurs np. o chłodziwie zbiorników paliwa w rakiecie Saturn 5, homoseksualiści mi nie przeszkadzają, nawet jeden był moim fryzjerem, fajny gość, taka mądrzejsza babka z penisem, to tym bardziej powinienem tolerować audiofilów.

Ale nie, oni mnie w…wiają i to nieprawdopodobnie! Dlaczego?

Idę do sklepu po słuchawki. Pięć lat temu te najlepsze kosztowały ok. 300 euro. Nie, teraz nie mogą tyle kosztować, 1000 zł to ledwie entry level. Wrażliwi chłopcy, co słyszą lepiej od nietoperzy odcisnęli tu swoje niepodważalne piętno. Klient głupi każdy szmelc kupi i to jeszcze za furę siana. Wystarczy przywalić ceną z grubej rury i już mamy spoconego Uszatka z banknotami w zębach. Np. Sennheiser pomnożył ceny swoich słuchawek swego czasu razy 2 i nic się nie stało, przepraszam stało się – popyt, zamiast zmaleć  – wzrósł, co najmniej dwukrotnie. I nie mówię tu o nowych modelach – a o wysłużonej serii HD6xx. Pal licho słuchawki. Jedziemy dalej – 5-6 lat temu nie słyszałem o kablach USB za mega kasę „tylko dla Uszatków”, a przecież przetworniki studyjne były łączone w tym standardzie od niepamiętnych czasów. Ale nie, teraz kabel za 1000 zł „gra” o „kilka klas” lepiej od tego za 20 zł. Jakie to oczywiste. Olać kabel, bo i tak żadnego w życiu nie kupię.  No dobra, przetworników DAC używają też zdrowi na umyśle ludzie i tu jeszcze można kupić coś sensownego w dość normalnej cenie . Za to odtwarzacze mp3, kiedyś mały, fikuśny odtwarzaczyk o brzmieniu hi-fi można było nabyć za 1500 zł. Np. tyle kosztował flagowiec Sony czy Cowona, fajnie wykonane o rzetelnym, obiektywnym brzmieniu, do tego działały bez zająknięcia 35h na jednym ładowaniu, a Cowon nawet 50h. A teraz? Uszaci i ich kościół też tu namieszali – 5 000 zł trzeba naszykować by wejść w posiadanie kloca, który brzmi – no co tu dużo mówić dla standardu PCM 16/44.1 tak samo jako kiedyś liga „1500 zł”. A topową półkę, wyróżniającą się niewątpliwym WYKWINTEM i tylko nim, wycenia się na 10 000 zł i więcej. Jeszcze parę lat, a pomysłowi producenci reagujący na romantyczną potrzebę Uszatych bycia na audiohaju dojdą do ceny nowego samochodu kompaktowego za pudełeczko rozmiarów małej paczki fajek, które będzie działało 1h, ale za to napędzi elektrostaty. Po co pytam? Ma to tyle sensu, co fotel domowy składany do kieszeni. Ba, w kontekście takich wynalazków jak wspomniane DAPy zbudowane na komponentach stacjonarnych, to ten fotel może mieć nawet sens, salon zemulujemy sobie w poczekalni na lotnisku: wdziewamy stacjonarne słuchawki, najlepiej takie AKG K1000, w których wygląda się jak kretyn, dmuchany fotel wyjmujemy z kieszeni marynarki i teleskopowa lampa z salonu z abażurem rozkładanym jak parasol i już pozostali pasażerowie dzwonią po karetkę, podczas gdy my kosztujemy audiofilskiej uczty. Uszatej rozkoszy nadejdzie jednak rychły kres, bo „zacna” empetrójka za 10 000 zł ma niewymienny akumulator, który przy 5h działania odtwarzaczyka najdalej za dwa lata będzie potrzebował wymiany, a wówczas wspaniała „manufaktura” skośnookich Astello&Karmello  albo nawet takie Sony wypuści kolejnego jednorazowego DAPa za 30 000 zł i już nam nie będzie się opłacało wymieniać akumulatora w naszej jakże badziewnej base-line mp3 za 10 000 zł. Przydając rumieńców sprawie nadmienię, że nawet zwyczajowo wstrzemięźliwi Japończycy z poważnej niegdyś firmy Sony niechybnie wiedzą, że Uszaci są głupi jak niektóre baby, to nawet karta pamięci wystarczy by wyrwać od nich tysiąc PLN.

Stuk, puk, halo, Audiofilu, skoro nawet na kartę SD chcą Cię wycyckać, to zastanów się kim Ty tak naprawdę jesteś???

I tak się ten audiofilski cyrk kręci w nieskończoność, zgodnie z regułą: im drożej – tym gorzej, aliści dla Uszatego lepiej, no bo „przecież On słyszy, że lepiej gra i nie potrzebuje żadnych obiektywnych dowodów, a wykresy nie grają” – rozumiem, że podobne tezy wygłaszałby grafoman Mickiewicz. Ja jednak wolę prawdziwych artystów jak Rafał Wojaczek, nie tylko za twórczość, ale też za to, że Ci wybitni nie wypowiadają się autorytatywnie w sprawach, o których nie mają pojęcia, jak audiofile o sprzęcie audio.

Reklamy