iRiver ICP-AT500, czyli bohater dzisiejszego testu, to była dla mnie niespodzianka, która wypłynęła przy okazji mojego psioczenia na ceny produktów sygnowanych logiem jednej z marek iRivera. Dokanałowe słuchawki powstałe we współpracy z firmą Final Audio Design, to nie nowość w ich produktach, ale pierwszy raz wypuszczono model dla osób mniej skorych do większych wydatków na sprzęt audio – 299 złotych, to nie majątek, a wcześniejsza kooperacja obu przedsiębiorstw była co najmniej udana.

Więc szybko poszło od słowa do słowa i dzięki uprzejmości WojtkaC ze sklepu MP3store słuchawki trafiły do mnie.

Na temat opakowania, wyposażenia itp. nie będę nic pisał, bo jest u mnie jeden z sampli, czyli pudełko (chyba) zastępcze, jedna para silikonów w rozmiarze M i na tym koniec. Jednak jest to co najważniejsze, czyli same słuchawki.

ICP-AT500

Muszę przyznać, że na zdjęciach wyglądają bardzo ładnie, niemal szlachetnie. Na żywo prezentują się niewiele gorzej, w oko wpadają ciekawe akcenty, smukłe prowadzenie linii pomiędzy różnymi materiałami oraz znajdujący się na spodzie napis „Powered by Final”. Można też wybrać jeden z trzech wariantów kolorystycznych.

ICP-AT500

Tulejki są w rozmiarze Comply T-130. Dla mnie, jako osoby o dość wąskich kanałach, to była bardzo dobra wiadomość. Dzięki temu nie miałem żadnych problemów z ułożeniem słuchawek w uchu, a i wybór nakładek w tym rozmiarze jest dość duży, więc nawet jak te z zestawu nie okażą się wystarczające, to zawsze można dokupić jakieś silikony lub pianki.

Kopułki, mimo że wygodne dzięki smukłym kształtom, są jednak zaskakująco duże, fani zasypiania w słuchawkach raczej będą zawiedzeni. Dla porównania miałem pod ręką Takstary Hi-1200 i różnica jest spora.

iRiver_Takstar

Ale choć AT500 są urodziwe, to nieco zawiodłem się na materiałach. Te wszystkie żłobienia i metaliczne powierzchnie, to zwykły malowany plastik. Oczywiście, dzięki temu słuchawki są lekkie i w zimie nie będą nas zaskakiwać lodowatą powierzchnią, ale gdy się człowiek tak na nie napatrzył, to chciałby czegoś więcej.

Kabel jest płaski, elastyczny oraz lekki, dzięki czemu jest wygodny podczas słuchania poza domem. Sprawia też całkiem solidne wrażenie i kończy się kątowym wtykiem mini-jack. Teoretycznie jest więc idealnie. Praktyka pokazała jednak jedną poważną wadę – spory efekt mikrofonowania. Słychać nie tylko ocieranie się przewodu o ubranie, co nie jest niczym niezwykłym, ale nawet co mocniejsze podmuchy wiatru. Można to zdecydowanie ograniczyć poprzez założenie przewodu za uchem, ale w przypadku tych iRiverów, to nie jest tak wygodne jak w wielu innych słuchawkach. Duże kopułki oraz zaledwie 110 centymetrów kabla jednak ograniczają komfort.

Pewnym zaskoczeniem był dla mnie brak mikrofonu na przewodzie. Niezbędny nie jest, ale zapewne większość klientów będzie spinała słuchawki ze swoimi telefonami, więc wydawałby się dość oczywistym dodatkiem.

Najważniejsze jednak jest brzmienie, więc czas nim się zająć.

Ponoć po wyjęciu nowej sztuki z pudełka, AT500 grają słabo i należy dać im czas na ułożenie się. Gdy do mnie dotarły, miały już trochę przebiegu, a że akurat byłem zajęty innymi słuchawkami, to dla spokoju ducha iRivery wylądowały w szafie na „dogrzanie”. Aktualnie mają ponad 150 godzin przebiegu i w ciągu ostatnich kilkudziesięciu, w czasie których je odsłuchiwałem, nie zauważyłem żadnych zmian.

Jak już wspomniałem, ICP-AT500 powstały we współpracy z firmą Final Audio Design. Choć chyba „współpraca”, to za mocne słowo. Raczej z dużą dozą pewności można założyć, że są to nowe słuchawki FAD z serii Adagio, które trafiły do pudełka ze znaczkiem „iRiver”. Gdyby nazywały się Adagio III ver.2, to zapewne nikogo by nie zdziwiło.

Mamy więc technologię BAM (Balancing Air Movement), czyli znak rozpoznawczy FADów, charakteryzujący się żywiołowym i ciepłym brzmieniem, oraz na papierze dość podobne przetworniki.

iRiver ICP-AT500

FAD Adagio

Wielkość przetwornika

8 mm

8 mm

Impedancja

12 Ω

16 Ω

Czułość

95 db

100 db

Technologia BAM

Tak

Tak

Niestety nie mam pod ręką oryginalnych Adagio III, by bezpośrednio porównać je dźwiękowo, a z Adagio II mimo kilku podobieństw dość mocno mijają się charakterystyką brzmienia. Ale przejdźmy już do clou programu.

Bas… W nim można poczuć co daje wywoływany do tablicy BAM – dół jest mocny, nasycony i sprężysty, z akcentem na mid-basie. Cechuje go duża żywiołowość i różnorodność, mimo że czasami brakuje mu większej szybkości (choć wydawałoby się, że kłóci się to z żywiołowością). Brzmienie jest jakby trochę zabrudzone i surowe, co nadaje mu pewnej brutalności w cięższej muzyce. Szczególnie jest to odczuwalne przy gitarze basowej, której prezentacja jest bardzo zadziorna i dominuje nad stopą perkusji. Fani elektroniki zapewne też będą zadowoleni, bo kolejne bity przyjemnie pulsują w uszach i nie dają o sobie zapomnieć. Bas wyraźnie wybija się ponad pozostałe pasma, choć jeszcze nie są to słuchawki dla bassheada. Co ważne, dół nie ma tendencji do zalewania średnicy mimo swojej dominującej pozycji. Jest mocno, ale wszystko dzieje się pod kontrolą.

Tony średnie są mocno osadzone na basie, co przejawia się nie tylko przez ocieplenie brzmienia, ale i zbliżoną charakterystykę. Jest więc i mocno i nieco konturowo. Nie jest to jednak analityczny szkic muzyki, który ma nam pokazać szczególiki. Po prostu znów czuć jakąś surowość mimo mocnego nasycenia muzyki. Instrumenty są wyraźnie nastawione na rozrywkę, a nie na monitorowy przekaz. Nie odczujemy jak gitarzysta wodzi palcami po każdej strunie i jej drobnych drgań aż do końca, za to możemy się poczuć nieco jak na koncercie, bo dźwięki niosą ze sobą dużą dozę energii. I choć początkowo spodziewałem się, że można zamknąć AT500 w pudełku z napisem „metal i elektronika”, to całe szczęście się pomyliłem. Wiolonczela potrafi tu pochłonąć nie mniej niż gitarowe riffy czy dokonania szalonego didżeja.

Wokale są ciepłe i naturalne, umieszczone przed słuchaczem. Męskim nie brakuje dociążenia i siły, żeńskie potrafią się delikatnie snuć przed słuchaczem i trzymają się z daleka od sybilantów. Pozytywnie zaskoczył mnie brak zadymienia sekcji śpiewanych, które bywa bolączką ciepło strojonych słuchawek. Jest czysto, miło i wciągająco.

Tony wysokie są dobrze rozciągnięte, nie miałem poczucia za szybko wygaszonych skrzypiec czy fletu, ale cechują się dużą łagodnością. Więc z jednej strony praktycznie nigdy nie męczą i są wybaczające dla słabiej nagranych płyt, a z drugiej czasami przydałoby się więcej blasku i szybkości. Ciężko je też w pełni docenić, bo bas i średnica zauważalnie przytłaczają górę. Jest to mocno odczuwalne np. w muzyce klasycznej czy power metalu, w których wyżej pociągnięte instrumenty zacierają się w tle niższych braci, by w pełni wypływać tylko w solowych fragmentach.

Scena jest bardzo ciekawa jak na słuchawki dokanałowe. Dźwięki są odsuwane od głowy, a przy tym tworzą spójną konstrukcję w przestrzeni. Mimo rozrywkowego grania, ułożenie poszczególnych planów jest bezproblemowym zadaniem. Nic na siebie nie wchodzi ani nie zlewa się. Co ważne, scena nie rozciąga się jedynie na boki, ale również w głąb i w pionie, dając przyjemne poczucie pełnego dźwięku. Inżynierom z FAD w słuchawkach Adagio udawało się tworzyć dobrą iluzję przestrzeni, tu wykorzystali większą obudowę, więc i efekt bardziej spektakularny.

Jedna rzecz mi jednak przeszkadzała w dźwięku – przeciętna szczegółowość. W tej całej mocy i żywiole, ucieka nam część smaczków i drobnych elementów, które czasami potrafią zaczarować. Nie żeby było słabiutko i mdło, nie jest tak, jednak brakuje tego czegoś, co można znaleźć choćby w Brainwavz S0 czy tym bardziej w Audeo PFE012.

Na plus zaliczę uniwersalność z różnymi odtwarzaczami. Czy to Fiio X1, czy iPod Video, czy stacjonarne iDSD Nano, słuchawki utrzymują swój charakter i są przyjemne w odbiorze. Jedynie połączenie z Sansą Clip+ okazało się rozczarowaniem, bo dźwięk był monotonny i przyduszony. I miałem wrażenie, że to kwestia braków mocy, a nie tylko maniery Clipa. Choć jest to nieco dziwne przy raptem 12 Ω, przez które słuchawki mocno wyciągają szumy własne źródła. Jednak jeśli dysponujemy czymś mocniejszym, to nie powinno być problemów.

Podsumowując, iRivery ICP-AT500 zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. W tym przedziale cenowym, to chyba nie spotkałem słuchawek z większym efektem „wow factor” (przynajmniej dla mnie). Żywiołowość, pewna doza surowości w przekazie i nagle okazuje się, że przy ciężkiej muzyce już dawno tak dobrze się nie bawiłem. Może i w klasyce nieco kuleją, może i mają wady w brzmieniu, ale po prostu chciało mi się ich słuchać. A teraz szkoda mi się z nimi rozstawać…

Gdyby nie cechy ergonomiczne, które mi osobiście nie pasują (duże kopułki i mikrofonujący przewód), to bym stał w kolejce po nie, bo dźwiękowo to bardzo dobry krok do przodu w stosunku do Takstarów Hi-1200 (które swoją drogą w podobnym terminie zawitają do MP3store) i bardzo fajna para dokanałówek na wyjście do miasta czy do grzebania przy rowerze. Teraz jednak muszę się poważnie zastanowić czy po prostu nie kupić w końcu Adagio III. Cena ta sama i tylko pytanie z czego chcę zrezygnować.

Ale na pewno zachęcam przynajmniej do odsłuchu fanów rocka, metalu czy muzyki trance – nie wiem czy je wybierzecie, ale spróbować warto.

MuzoStajnia dziękuje za wypożyczenie sprzętu do testów sklepowi

Advertisements