Jakoś tak w drugiej połowie 2014 roku poprzez forum mp3store, zacząłem męczyć kolegę Michauczoka o modyfikację moich ATH-A500X. Z różnych powodów się to przeciągnęło, w międzyczasie kilka ciekawych rozmów przeleciało i gdy już Audio-Techniki na sterydach miały do mnie wracać, dostałem zapowiedź bonusu na odsłuch – mitycznych Senngrado, które wyszły spod ręki Michała. Czyli obudowa w stylu słuchawek Grado, a w środku przetworniki od Sennheiserów PX100-II. Znaczy się drivery z takich sobie zmulonych, małych i niedrogich nauszników trafiły w urodziwe retro wdzianko. Czy mogło z tego wyjść coś sensownego? O tym w kolejnych akapitach.

Najpierw jednak wygląd, bo wiadomo, co w oczy, to w serce 😉 Tu Michał był szczery, bo trafiła do mnie taka wersja (cytuję): to jest proto, robione trochę na szybko.

I trzeba przyznać, że to widać – przewód jest zakończony zwykłym Neutrikiem mini-jack.

Pałąk? Wygodny, ładny (skórzany) i solidny. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że będzie uciskał na górze, ale szybko po założeniu okazuje się, że długie odsłuchy nie będą problemem.

Drewniane muszle są pięknie wykończone, mogą wręcz stanowić dodatek do wystroju jakiegoś gabinetu lub chaty myśliwskiej. Może kiedyś zobaczymy tu jakieś wypalany znak Michauczoka? Wydaje mi się, że mogłoby to dodać ciepłego i klasowego akcentu (chyba że trafi tu goła baba czy inna kotwica).

Metalowe grille, pady, wszystko to mogłoby wyjść z fabryki, a nie z małego jednoosobowego warsztatu hobbysty. Choć pewnie w tych masowych coś by trzeszczało i skrzypiało. Tu jedyne co słychać, to muzyka. No i otoczenie, w końcu Senngrado moją otwartą konstrukcję.

Sporym zaskoczeniem jest ciężar słuchawek, bo spodziewałem się czegoś bardziej masywnego. A tu jednak leciutko leżą na głowie, waga zapewne niewiele większa od PX100-II, a przy tym dla mnie są wygodniejsze. Choć za nausznymi nie przepadam, Sennheisery dość szybko mnie irytowały, to tu nie miałem większych problemów w komfortem.

Do tego różne szczególiki z wykończenia, takie jak ochrona przetwornika czy regulacja wysokości pałąka – wszystko działa bez zarzutu i wygląda bardzo dobrze.

Podsumowując: jest to prototyp, nie do końca wypieszczony, a i tak prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Oczywiście trzeba lubić drewno i stonowaną estetykę, by je podziwiać, ale samą wysoką jakość wykonania widać dla każdego.

Senngrado

 (zdjęcia poglądowe podwędzone Michałowi)

A jak one brzmią? Zanim się za to zabiorę, krótki wstęp.

Muszę się przyznać, że z dwóch powodów ciężko mi było zabrać się do pisania tego tekstu. Po pierwsze dlatego, że ciągle pod ręką miałem moje ATH-W500X, które ukradły mi niejedną noc. A po drugie, ostatnio ciężko mi wyjść poza przyjemność słuchania. Wkładałem Senngrado, odpalałem jakiś utwór z myślą „a teraz poanalizuję…” i dwie godziny później wiedziałem tylko, że było fajnie…

Jednak w końcu zebrałem się w sobie, usiadłem na spokojnie i poszło jak po maśle.

Od razu na przywitanie zaskoczył mnie bas – w PX100-II jest go dużo, ale raczej nie schodzi specjalnie nisko ani jest zbyt dobrze kontrolowany. Tu jest inaczej, bo dostajemy i najniższe rejestry, od których słuchawki potrafią lekko zawibrować na uszach, a przy tym dół jest trzymany w ryzach. Przede wszystkim jest jednak przyjemny oraz relaksujący, wypełniony ciepłem, które jednak nie dusi dźwięków. Nie jest to bas specjalnie analityczny, jednak ciężko mówić o tym, by był monotonny i jednostajny. Staje po prostu po stronie rozrywki i odpoczynku, zamiast rozkładania utworów na części pierwsze. Nie leje się po średnicy, nie wlecze niepotrzebnie, nie wchodzi nieproszony. Jego miękkość i sprężystość daje poczucie miłego pulsowania, zachęcając do zalegnięcia w fotelu i oddania się kolejnym utworom. A przecież to jest w pełni otwarta obudowa z 30mm przetwornikiem w środku. To po prostu nie powinno tak grać. Całe szczęście pomiędzy „nie powinno” i „tak grać” stanął Michał ze swoim warsztatem wywalając pierwszy człon 🙂

Średnica charakterem mocno przypomina niższe rejestry. Ciepełko, relaks, lekkie oddalenie (ale nie schowanie). Największe wrażenie robią na mnie wokale – trochę odsunięte od słuchacza i rozmyte w przestrzeni, otaczające go, co daje ciekawe melancholijne wrażenie w spokojnych utworach. Są gładkie i naturalne, trzymają się z dala od sybilantów. Co prawda nie do końca mi pasują w mocniejszej muzyce, ale i ogólnie to nie są słuchawki do niej stworzone.

Instrumenty mają podobną manierę, z owym lekkim oddaleniem, delikatnie z tyłu za wokalami. I zdecydowanie lepiej wypadają tu akustyczne dźwięki niż syntetyczne sample. Gitary czy fortepian, one mają nasycone i naturalne brzmienie. Żywe, choć dynamiki chciałbym usłyszeć trochę więcej. Dyskotekowe hity? Można posłuchać, ale czuć, że to nie to i Senngrado się w takim sosie duszą, wręcz sprawiają wrażenie znudzonych zastaną muzyką.

Góra jest łagodna i niemęcząca. Brakuje mi tu jednak lepszego rozciągnięcia i szczypty blasku, żeby w pełni cieszyć się skrzypcami czy fletem przygrywającym w tle. Natomiast sam charakter jest przyjemny, dobrze dopełniający wszystko to, co się dzieje poniżej. Nie mam wrażenia pofalowania czy podbicia jakiegoś fragmentu najwyższego pasma, co robi wiele firm w celu fałszywego wzrostu szczegółowości. Tu jest poczucie spójności charakteru grania od dołu aż po górę.

A no właśnie, szczegóły, jak z nimi jest? Cóż, nie jest źle, ale i bez szału, żadne z nich monitory odsłuchowe. Jednak w sumie nikt nie twierdził, że mają nimi być. I choć analityczność nie powala mnie na kolana, gdy paruję Senngrado z ATH-W500X czy Custom Art Pro330, to mimo tego jest przynajmniej dobrze, a patrząc na genezę przetwornika, wręcz świetnie. Nie ma mowy o papce i ścianie dźwięku, wszystko płynie do nas swoim torem.

Niemal na koniec druga rzecz obok basu, która mnie od razu zaskoczyła, a mianowicie scena. PX100-II nią nie grzeszą, tu natomiast praktycznie nic nie dzieje się w głowie. Dźwięki idą na boki, do przodu i w pionie. Co najważniejsze, scena jest składna i naturalna, nie ma mowy o zbitej papce czy sztucznym rozdmuchaniu – słuchacz jest nią otulony, a przejścia pomiędzy planami są miękkie, choć się ze sobą nie zlewają. Daje to poczucie intymności i potrafi mocno wciągnąć.

Na plus zdecydowanie zaliczę dość uniwersalną sygnaturę dźwięku. Nie było problemów w połączeniu z mulistym Fiio X1 czy z jasnym iPodem Video. Jedynie z iDSD Nano coś nie chciały mi te słuchawki zagrać tak, jakbym chciał, choć w teorii połączenie powinno być przynajmniej dobre. Ot, odwieczna zagadka synergii.

Czy do czegoś jeszcze się przyczepię? Oczywiście, że tak, nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił. Brakuje mi w tym wszystkim większego wyrafinowania, muzyka jaka płynie z Sennngrado choć bardzo przyjemna, to jednak bywa nieco zapiaszczona. Nie ma co się oszukiwać. Z małych przetworników wyciągniętych z tanich słuchawek ciężko zrobić bezkrytyczne cuda. Ale takie budzące uznanie czy nawet szczękospad w pewnych aspektach? O, to to Michauczok robi z wielką wprawą za pomocą swoich dzieł. A to przecież coś, co można uznać za niski model.

I właśnie dlatego na razie nie mam ani ochoty, ani odwagi pisać o moich ATH jakie wyszły spod ręki Michała – za bardzo cieszą mnie muzyką 🙂

A Senngrado? Oddając się poezji recenzenckiej, bym powiedział, że są one jak niewinne dziewczę na wiosennej polanie – wesołe, roześmiane i żywe. Żaden tam dres z dyskoteki ani żołnierz na defiladzie. Po prostu takie do cieszenia się muzyką. W końcu przecież o to właśnie w tym wszystkim chodzi.

Jak dla mnie, warte są przynajmniej spróbowania, choćby preferowało się nieco inną manierę grania (jak ja).

Reklamy