MEElectronics M6 Pro, bohater dzisiejszego testu, to wedle producenta dokanałowe monitory odsłuchowe przeznaczone do użytku zarówno na scenie, jak i poza nią. Mają wymienne kable, wygodną konstrukcję i są wycenione na przystępne 169 złotych. W teorii zapowiadają się znakomicie, więc z niecierpliwością czekałem na ich premierę.

Aktualnie mają u mnie ponad 100 godzin przebiegu, z czego spora część zleciała przy słuchaniu muzyki, także nie ma co się ociągać i zabieram się za recenzję.

Gdy otworzyłem paczkę z M6 Pro, zaraz zabrałem się za rozpakowywanie. I bardzo szybko pojawiła się mała konsternacja, gdyż są to chyba najdziwniej pakowane słuchawki jakie spotkałem. Z wierzchu zwyczajowy karton z podstawowymi informacjami, ale po jego otworzeniu chwilowe zdziwienie… w środku nie ma słuchawek.

Wydaje się oczywistym, że znajdziemy je w dużym (mniej więcej jak 5-calowy smartfon) sztywnym etui. Ale nie, jest tam przejściówka na dużego jacka oraz kartonik zawierający dwa przewody.

W porządku, jest jeszcze mały tekturowy schowek. Niestety, też pudło, gdyż on jest przeznaczony na silikonowe nakładki, pianki Comply i żabki do kabli.

Okazało się, że nie należy patrzeć na zawartość opakowania z góry. I to dosłownie – kopułki są wpasowane w boczną ściankę. Ot, stałem się ofiarą swojego pośpiechu i nieuwagi 🙂

M6 Pro - karton

Jak już wspominałem, kable są wymienne, przypominają te od słuchawek Westone czy Shure. Jednak żadnych z nich nie mam przy sobie, więc nie sprawdziłem kompatybilności połączeń.

W zestawie otrzymujemy dwa umiarkowanie sztywne i wyglądające solidnie przewody: jeden klasyczny stereo, drugi z mikrofonem oraz rzadko spotykanym rozwiązaniem, czyli potencjometrem w splitterze. Już nie trzeba grzebać po kieszeniach by ściszyć muzykę, do tego wystarczy przesunięcie suwakiem w dół.

Splitter zawierający i mikrofon i potencjometr ma swoje plusy i minusy. Do pierwszych należy przypisać równomierny rozkład wagi, więc żadna słuchawka nie ciągnie w dół bardziej niż druga. Tyle że ma to sens przy tradycyjnym noszenia kabla, gdy mamy go za uchem, nie ma to praktycznie znaczenia. Drugim oczywistym plusem jest to, że wszystko jest pod ręką w jednym miejscu. A minusy? Nie da się operować pod ubraniem, więc przewód musi być cały czas na wierzchu, niezbyt to praktyczne, szczególnie w okresie zimowym. I mikrofon znajdujący się znacznie poniżej twarzy zdecydowanie nie poprawia jakości rozmowy.

Przy słuchawkach znajdziemy po kilka centymetrów odcinków pamięciowych, więc kabel możemy sobie dopasować wedle kształtu naszego ucha. Dość wygodne i praktyczne rozwiązanie, skutecznie zastępuje prowadnice i dodatkowo ogranicza efekt mikrofonowania.

M6 Pro - akcesoria

Nakładek dostajemy aż siedem par, co w tym budżecie jest rzadko spotykane i jak najbardziej na plus. Są one zrobione z białego półprzezroczystego silikonu, przyjemne w dotyku i dość miękkie, dla mnie zdecydowanie bardziej komfortowe niż dodawane do MEElectronicsów A151p. Ten komplet tworzą:

  • trzy pary zwykłych silikonów w rozmiarach S, M oraz L,

  • para podwójnych gumek,

  • dwie pary potrójnych tipsów (każda o innej wielkości),

  • pianki Comply T-200.

Ze swojej strony zdecydowanie polecam właśnie pianki, zarówno jeśli chodzi o wygodę, jak i właściwości soniczne. Na tych drugich skupię się jednak w dalszej części tekstu.

Same słuchawki są bardzo wygodne. Kopułki zostały dobrze wyprofilowane, nie są za duże, można się w nich bezpiecznie położyć – głowa leżąca na boku nie skutkuje bolesnym wbijaniem się słuchawek w głąb kanału. Obudowa jest przezroczysta, więc widzimy okablowanie i 10mm przetworniki dynamicznie, jakie w środku siedzą. Zapewne jest to smaczek podkreślający wyraz „Pro” w nazwie.

MEElectronics M6 Pro

Wielkim zaskoczeniem jest natomiast tłumienie dźwięków: jest bardzo… słabe. Założyłem zwykłe nakładki, dość wyraźnie słyszę otoczenie; podwójne, niewielka poprawa; potrójne, które powinny odcinać mnie od świata, a jednak ciągle tego efektu nie ma, w czasie odkurzania czy na mieście muszę podgłośnić muzykę. Z piankami sytuacja wygląda podobnie jak tri-flange, tylko w przeciwieństwie do potrójnych silikonów, mogę w nich siedzieć znacznie dłużej niż 10-15 minut. Kombinowałem w różne strony, odginanie ucha, dociskanie słuchawki, efekty w najlepszym wypadku osiągały przeciętny poziom w słuchawkach dokanałowych, daleko z tyłu z modelem A151p, a podobnie jak w nieco tańszych SoundMagic PL30. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak ktoś miałby ich używać na scenie, zgodnie z reklamą producenta.

Ale nic to, reklama reklamą, zajmijmy się lepiej tym, jak one grają.

Charakterystyka tych słuchawek, to delikatne V, próbujące celować w neutralność. Co z tego wynika?

M6 Pro - wykres

Basu nie ma dużo, na pewno zawiodą się fani mocnego łupania. Jednak skoro MEElectronics pozycjonuje M6 Pro jako monitory odsłuchowe, to tak powinno być. Uderzenie na dole mimo tego jest wyczuwalne, szybkie i zwarte, nie próbuje przy tym dominować reszty pasm. Nie znaczy to jednak, że gdy przyjdzie potrzeba, to słuchawki nie zawibrują nam w uszach. Jako że dół jest skoncentrowany głównie w zakresie 30-80Hz, nie doświadczymy wchodzenia basu na tony średnie i tak zwanego mulenia dźwięku. Jest dynamiczne i sprężyście, nie ma nadzwyczaj wielkiej masy, ale jego poprawność naprawdę mnie zaskoczyła – nie wiem czy słyszałem w tym przedziale cenowym słuchawki, które by tak oddawały bas, bez popadania w surowość czy zbyt duże jego nasycenie. Oczywiście informacje pojawiające się na forum Head-fi, jakoby niskie tony M6 Pro były lepsze niż w jakichkolwiek dokanałowych Shure, radzę włożyć między mitomańskie bajki, wywołane efektem nowości. Jest dobrze, ale nie aż tak.

Przejdźmy jednak do średnicy. To jest zakres, z którym mam tu największe problemy. Z jednej strony nie można odmówić mu swobody i lekkości, z drugiej natomiast podbicia w okolicy 3kHz oraz 6kHz przejaskrawiają dźwięk, co jest szczególnie odczuwalne na silikonowych nakładach (czy wspominałem, że polecam Comply T, które łagodzą ten zakres?). Jeśli więc nie skorygujemy tonów średnich, instrumenty strunowe będą nieco jazgotliwe, jakby struny były za mocno naprężone, a wokale mogą drażnić syczeniem gdy wejdą wyżej. Wyklucza to też głośne słuchanie, bo wraz ze wzrostem ilości decybeli, te niepożądane efekty nabierają na sile. Tak więc chwilę pobawiłem się korektorem i od razu słychać poprawę. Ciągle dźwięki są wyraziste, zostają po jasne stronie brzmienia, jednak więcej w nich naturalności. Co prawda silne męskie wokale wydają się trochę za bardzo ugrzecznione, a całość ma dość surowy charakter, gdzie dźwięki są bardziej obrysowane niż pociągnięte grubą linią, to jednak średnica daje sporo frajdy. Cóż, dopóki nie karminy jej marnej jakości nagraniami, bo dla nich nie jest zbyt wybaczająca.

Za tonami średnimi wchodzą wysokie i utrzymują one cechy swoich poprzedników. Znajdują się więc po jaśniejszej stronie muzyki, są wyraziste i wycelowane bardziej w stronę krytycznego odsłuchu niż rasowej rozrywki. Do monitorów z wyżej półki brakuje jednak większego zwarcia dźwięków, które w M6 Pro potrafią wybrzmiewać trochę za długo i ze zbyt małym zróżnicowaniem. Na pewno dobrze im robi korekta niższego zakresu, dzięki któremu mniej się narzucają swoją obecnością. Do około 12kHz góra jest mocno obecna, po czym następuje szybkie uspokojenie. Przez to brakuje czasami pełniejszego rozciągnięcia, jednak mimo tego czy to skrzypce, czy talerze perkusji – nie ma żadnych problemów z wyłapywaniem instrumentów w tym zakresie, a one same zachowują dość poprawną barwę, z pewnymi tendencjami do przejaskrawiania.

Scena jaką otrzymujemy w recenzowanych MEElectronicsach jest bardzo dobra jak na niedrogie słuchawki dokanałowe (a i zostawia w tyle wiele wyraźnie droższych konstrukcji). Zapewne jest to pokłosie słabego tłumienia oraz charakterystyki brzmienia, ale narzekać nie zamierzam. Tutaj po prostu dużo się dzieje wokół nas – dźwięki uciekają z głowy na boki, do przodu i w tył, a w zmiany góra-dół nie są obce dla M6 Pro. Tu szerokość potrafi zaimponować, a głębokość jest przynajmniej przyzwoita. Plany są dobrze poukładane, choć ich wzajemna separacja mogłaby być lepsza, bo momentami za dużo się dzieje w jednej płaszczyźnie. Nie ma jednak wrażenia, że scena jest zbita, a dźwięki zlane ze sobą.

Szczegółowość ze względu na rozjaśniony charakter słuchawek jest całkiem przyzwoita. Można śledzić poszczególne instrumenty, dopóki nie dzieje się za dużo. Gdy muzycy mocno przyspieszą lub wyłoni się cała orkiestra, zostaniemy postawieni przed ścianą dźwięku. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, w końcu mamy tu sprzęt za niespełna 200 złotych, a nie wyszukane dzieła techniki. W swoim przedziale absolutnie nie mają czego się wstydzić.

Czy więc MEElectronics M6 Pro spełniły nadzieje, jakie w nich pokładałem? Niestety nie, choć nie tyle jest to wina słuchawek, co zbytniej wiary w reklamę. Bo mimo dobrych chęci i niewątpliwie dużego nakładu pracy włożonego przez inżynierów, nie mogę ich określić jako sceniczne monitory odsłuchowe. Za słabo tłumią i są przejaskrawione, przez co mogą być męczące. Miało być mocno technicznie, ale to jednak jeszcze nie ta półka.

Jeśli jednak oczekiwania zostawimy obok, to dostajemy całkiem ciekawe słuchawki – bogato wyposażone, wygodne, dobrze grające (po korekcie wyższej średnicy), choć na pewno nie uniwersalne. Odradzam parowanie ich z jasnymi odtwarzaczami, M6 Pro dobrze się czują wpięte w cieplejsze źródła, które zrównoważą ich charakterystykę.

Jakiś czas temu pisałem recenzję Fiio X1, w której narzekałem na kłopoty ze znalezieniem w pełni kompatybilnych słuchawek do tego grajka. Okazuje się, że wystarczyło sięgnąć po te MEElectronicsy, bo razem tworzą bardzo udany duet. Oczywiście jeśli ktoś szuka jaśniejszej prezentacji dźwięku.

MuzoStajnia dziękuje za wypożyczenie sprzętu do testów sklepowi

AudioHeven

Reklamy