Jakiś czas temu testowałem słuchawki dokanałowe Brainwavz S5, które bardzo przypadły mi do gustu. Więc gdy dzięki firmie Audiomagic pojawiła się możliwość odsłuchu ich młodszego brata, o nazwie S0, nie potrafiłem się oprzeć. Czy za dwa razy mniejszą kwotę dostajemy dwa razy gorsze słuchawki? Z przyjemnością to sprawdziłem.

Dwa tygodnie temu odebrałem kopertę, w której był umieszczony karton z S0, wyraźnie utrzymany w stylistyce S5 – dużo informacji, zdjęcia, wyraźne napisy, dobrze dobrane kolory, wieczko za którym kryje się okienko do podglądu słuchawek. Rzuca się w oczy i sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z towarem z wyższej półki niż słuchawki z reguły spotykane w sklepach z elektroniką.

Po otworzeniu pudełka znajdujemy słuchawki oraz sztywne etui, które kryje w sobie akcesoria. Jest ich sporo i nikogo nie powinny zawieść. Mamy tam:

  • silikonowe nakładki, po dwie pary w rozmiarach S, M oraz L. Każdy rozmiar występuje w dwóch odmianach: czarne grubsze i teoretycznie solidniejsze, półprzezroczyste bardziej miękkie i wygodniejsze,
  • po jednej parze tipsów bi-flange oraz tri-flange, dzięki którym zapewnimy sobie lepszą izolację od otoczenia,
  • piankowe końcówki Comply S-400, poprawiające wygodę oraz rozjaśniające dźwięk kosztem izolacji,
  • klips (żabkę) służący do przypinania kabla słuchawek do ubrania,
  • opaskę z rzepem, którą zwiążemy przewód.

Sam futerał jest bardzo praktyczny, utrzymany w kolorystyce słuchawek i posiada na wierzchu wstawkę z nazwą firmy. Dzięki temu miałem wrażenie, że Brainwavz dba o dobre samopoczucie klienta (oraz trwałość swoich słuchawek). Proste, oczywiste, ale nie tak często spotykane z taką dbałością o szczegóły.

Słuchawki są dość stonowane w wyglądzie, nie rzucają się w oczy, ale jak najbardziej mogą się podobać. Estetycznie wydają się wypadkową starszej serii M z nowszą S. Jedynie co nie do końca mi odpowiada, choć wadą nie jest, to odgiętki przewodów przy kopułkach w kolorze czerwonym. Chętnie bym zobaczył różnobarwne (najlepiej klasycznie czerwień z prawej, niebieski z lewej), co by ułatwiło szybkie rozpoznanie kanałów bez przyglądania się oznaczeniom nad odgiętkami.

s0_0

S0_9

Kabel jest prosty, płaski, w ciemno-grafitowym kolorze. Nie jestem wielkim fanem płaskich przewodów, jednak trzeba przyznać, że tu po prostu pasują – nadają słuchawkom nowoczesny wygląd, bez popadania w tandetę.

Na końcu kabla znajduje się pozłacany prosty mini-jack. I tu mam wątpliwości co do wytrzymałości takiego rozwiązania. Jednak kątowe wtyki z reguły wykazują zauważalnie większą wytrzymałość. Proste mogą być sensowne przy podpięciu do telefonów, które są na tyle duże, że z reguły i tak w kieszeni skierowane są pionowo, więc na jacka działają mniejsze siły. Tylko w takim razie dlaczego na kablu nie ma mikrofonu do prowadzenia rozmów?

Ale o ile faktyczną wytrzymałość konstrukcji poznamy dopiero za jakiś czas, to o ergonomii można napisać już teraz.

Przy S0 preferowany jest klasyczny sposób ich noszenia. Na upartego można je nosić z kablem za uchem, jednak u mnie wywoływało to więcej problemów niż pomagało. Ani nieco sztywny kabel, ani klasyczna konstrukcja kopułek nie zachęcają do takiego rozwiązania.

Nie ma jednak co się martwić, bo słuchawki okazały się naprawdę wygodne. Przyjemne, nie za twarde gumowe nakładki oraz małe rozmiary powodują, że S0 pewnie siedzą w uszach, bez tendencji do wysuwania się z kanałów, co w moim przypadku jest częstą dolegliwością słuchawek z tulejką w rozmiarze T400.

Teoretycznie można mieć uwagi co do mikrofonowania przewodu, bo przenosi on dźwięki jego ocierania się o ubranie, jednak żabka na kablu na tyle skutecznie eliminuje tę dolegliwość, że w czasie poruszania się, praktycznie nie przeszkadza w odbiorze muzyki.

Tłumienie dźwięków z zewnątrz nie wybija się ponad konkurencję. Nie będzie nas drażnił każdy hałas na ulicy, ale w starym tramwaju możemy być zmuszeni do zwiększenia głośności na odtwarzaczu.

Przejdźmy jednak do najważniejszej części, czyli do dźwięków jakie S0 generują.

Na przywitanie mamy bas, a właściwie jego środkową część – jest w tym zakresie mocny, obfity i zostaje dość długo, nie należy jednak do demonów szybkości. Można go określić jako podkreślony, mający sprawiać radość ze słuchania, jednak na szczęście nie zdominuje reszty muzyki. Ładnie się rozwija w stronę wyższego basu, co sprawia, że dół jest przyjemnie zróżnicowany, nie popada w monotonię. Można mieć jednak poczucie niedoboru najniższych tonów. Są trochę schowane, lekko „wyblakłe”, po prostu czasami brak im życia. Mi osobiście specjalnie nie uprzykrzało to odsłuchów, ale jak ktoś jest zakochany w potężnym basie i wibracjach całego ciała od jego uderzeń, to Brainwavz S0 raczej nie są pierwszym wyborem jaki mi przychodzi na myśl. Całościowo jednak dół jest na tyle przyjemny i dobrze kontrolowany, że sprawdzi się w większości zastosowań.

Wchodząc z dźwiękami trochę wyżej, docieramy do średnicy. Ta jest dla mnie głównym punktem programu w tych słuchawkach. Zdecydowanie jedna z najciekawszych jakie słyszałem w tym pułapie cenowym. Lekko ocieplona, z solidniejszym zaznaczeniem w swoich niższych rejonach, a przy tym daleka od wycofania czy pofalowania, które pamiętam z modelu M1. Gitary mają moc, klawisze przyjemnie płyną z resztą dźwięków, no i wokale… Czyste, wyraźne i czarujące. Męskim nie brak siły, potrafią zawibrować i zabrzmieć brudno jeśli trzeba. Kobiece są swobodne i intymne, czuć w nich emocje – czy to nostalgię, czy radość. Wielokrotnie w czasie testowania S0 zdarzało mi się zagubić w tej średnicy i zamiast analizować brzmienie, orientowałem się, że właśnie powoli płyta dobiega końca. Można lepiej, bardziej czytelnie, z większą ilością smaczków, w stronę całkowitego zapomnienia w dźwiękach? Oczywiście, że tak. Pytanie ile jesteśmy w stanie dołożyć, bo za 200 zł moim zdaniem ciężko o konkurentów.

Ale dość już tych zachwytów, czas sięgnąć po tony wysokie. Tu jest dobrze, ale już nie bardzo dobrze. W muzyce popularnej czy dużej części metalu w sumie nie mam zastrzeżeń. Góra brzmi przyjemnie i wyraźnie, mamy dość rześkie brzmienie o udanym balansie pomiędzy wyrazistością, a bezpieczną łagodnością ratującą kiepskie nagrania. Może przydałoby się więcej szczegółów, ale przy rozrywkowym słuchaniu, jest to miłe dopełnienie niższych partii. Problem zaczyna się np. w muzyce klasycznej. Część instrumentów zaczyna brzmieć sztucznie, nadmiernie metalicznie, co jest efektem lekkiego podbicia, które nadaje dynamiki i życia, ale jednak do krytycznego słuchania nie do końca pasuje. Tak więc mimo całkiem niezłego poziomu, tony wysokie odstają nieco od swoich niższych braci, szczególnie od średnicy.

Szczegółowość tego modelu Brainwavz jest na bardzo przyzwoitym poziomie. Choć nie jest to model o analitycznym zacięciu, to nie miałem wrażenia zlewania się dźwięków czy ograniczonej dynamiki. Za to stawiam kolejny plus.

Scena? Wielkością nie zaskakuje, poza głową niewiele się dzieje, jednak nie jest to typowo wąskie i płaskie granie. Przekaz muzyki odbywa się w każdym kierunku, bez wpadania w klaustrofobiczne przestrzenie, bo mimo ograniczenia w swojej szerokości, dużo dzieje się poza centrum głowy. Lokalizacja instrumentów jest nieco rozmyta, całość bardziej płynie niż jest dokładnie określona w przestrzeni. Można chcieć więcej, jednak ma to swój przyjemny klimat rodem z małych klubów. Całościowo scena przypomina mi trochę ubogiego krewnego EarSonics SM3 v2 – pod każdym względem jest gorsza, ale charakter jakby podobny.

Ciekawa jest synergia ze sprzętem grającym. Z jednej strony na niczym nie zagrały mi źle, ale też nie na wszystkim dawały dużą frajdę. Najsłabiej było na… iDSD Nano, iModzie z iCan Nano oraz Tadze HTA-700B. Niby najlepsze, a jednak czegoś w tych połączeniach brakowało. Za to bardzo przyjemnie słuchało mi się z Clipa+, Xduoo X2 oraz Lumii 720. W tym ostatnim przypadku było na tyle dobrze, że chyba tylko brak mikrofonu na kablu powstrzymał mnie od zakupu S0, jako kolejnych słuchawek na miasto i spacery. Taki rozrywkowy dźwięk, ale już z pewną klasą zapewne nie raz by mnie skusił na kolejne dwa lub trzy kilometry nadłożenia drogi.

Pewnym rozczarowanym była jedynie synergia (lub jej brak) z Fiio X1. Trochę za ciężko, zbyt tłusto na niskiej średnicy, co dławiło radość ze słuchania.

Ogólnie Brainwavz S0 były dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Dźwięk, wygoda i wykonanie jak najbardziej na plus. Dla mnie osobiście, to godny następca M1. Niewiele droższy, o zbliżonym charakterze grania, ale pozbawiony głównych wad starszego brata. Firma wyraźnie odrobiła lekcje i po bardzo udanym S5, wypuściła niewiele gorszy model za połowę mniejszą cenę.

Z mojej strony zdecydowana rekomendacja.

MuzoStajnia dziękuje za wypożyczenie sprzętu do testów sklepowi

Audiomagic

Reklamy