Właśnie się kończy „Blue Monday”, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku (jak dowiedli brytyjscy naukowcy). Niestety (?) natłok zajęć w pracy oraz w domu nie dał mi czasu by to odczuć, w związku z tym postanowiłem to nadrobić tematycznym wieczorem z muzyką.

Ale w sumie ciekawa rzecz, bo już w czasach gdy byłem gołowąsem, jakoś melancholijno-depresyjne utwory raczej mnie oczyszczały ze smutków, zamiast w nie wpędzać. Cóż, ponoć czasami warto zwalczać ogień ogniem…

Na przywitanie zaaplikowałem sobie kilka razy pod rząd zremasterowaną wersję „Listu do M.” Dżemu. To jeden z tych nielicznych utworów, które mogę słuchać w kółko przez godzinę i dłużej – piękny tekst, emocjonalny głos Riedla i muzyka, która niesie to wszystko razem. Ot, nic tylko usiąść i płakać.

W końcu jednak czas było ruszyć dalej, ku rozstaniu z tym padołem łez i rozpaczy, choć już będąc pogodzonym z losem. Przecież po każdego z nas przyjdzie Zegarmistrz Purpurowy, prawda? Akurat do mnie przyszedł w wykonaniu Closterkeller, bo o ile pierwsza minuta oryginału Tadeusza Woźniaka bardziej mi się podoba, to całościowo wybieram jednak wokal Anji.

Pewnie pasowałoby tu dać teraz „Ostatnią niedzielę” Fogga, ale muszę przyznać, że nigdy na mnie nie działała. Można sobie z przyjemnością posłuchać i już.

Przenoszę się więc w góry, wprost w muzykę naszej legendy góralskiego rocka, czyli De Press z utworem „Frasobliwy”. I choć nie należę do osób religijnych, to ten kawałek nieodmiennie mnie porusza. O ile tekst sam w sobie nadzwyczaj depresyjny nie jest, ba, wręcz może tchnąć nadzieję, to gdzieś wychodzi z niego drugie tło podsycane dodatkowo nieco melancholijną melodią.

Czas jednak wrócić do bardziej dosadnych klimatów, koniec końców ląduję z „Mad World”. Jak zazwyczaj nie trawię coverów, tak Gary Jules odwalił tu kawał porządnej roboty, oddając oderwanie i fatalizm tekstu. I jakże pięknie komponuje się to z pogodą za oknem: chłód, marznąca mrzawka, jakieś przymglenie (lub zadymienie z kominów), w sam raz by położyć się pod kocem, zgasić światło, włączyć muzykę i zapomnieć o świecie.

A na koniec sięgam ponad 20 lat do tyłu, do „6 dni z życia kolonisty” Bohdana Smolenia. Program komediowy, na którym bawiłem się rewelacyjnie jako dziecko, miał jednak na koniec nie tak wesołą piosenkę:

Może to i głupie, ale po dziś dzień jakoś to na mnie działa i przekaz trafia do serca.

Tak więc idźmy za radą ostatniej piosenki i chrzańmy takie „Blue Monday”. Smutki czasem bywają piękne w muzyce czy literaturze, mi właśnie przyjemnie zleciały jakieś dwie godziny, ale w życiu codziennym szkoda zdrowia na dołowanie.

Reklamy