Jakiś czas temu Muzostajnia poprosiła firmę Audiomagic o udostępnienie do testów słuchawek dokanałowych Westone W30 oraz EarSonics SM3 v2.

Obie pary oparte na trzech przetwornikach armaturowych na stronę, choć przeznaczone dla nieco innego klienta. Westone kierowane dla melomana szukającego ciepłego brzmienia, EarSonics nakierowane na bardziej zrównoważone brzmienie.

Uznałem, że to dobra okazja porównać je do moich Custom Art Pro330 v2, które od jakiegoś czasu również znajdują się w ofercie Audiomagic.

Ceny katalogowe nie są niskie: 1.440 zł za W30, 1.799 zł za SM3 v2 i 2.300 zł za Pro330 v2. Powinniśmy więc otrzymać słuchawki na bardzo wysokim poziomie.

Jak jest w rzeczywistości? Sprawdźmy to.

Westone W30: Westone W30 Słuchawki otrzymujemy w sporym tekturowym pudełku, mającym mówić, że to nie byle co. W środku nie jest źle: futerał z barwionego tworzywa do przechowywania słuchawek, silikonowe nakładki Star-Tips oraz pianki True-Fit w wielu różnych wielkościach i długościach, przyrząd do czyszczenia oraz kolorowe nakładki z narzędziem do ich wymiany. Tak więc jest na bogato, wręcz wzorcowo.

Same słuchawki prezentują się ładnie, gdy nie siedzą w uszach mogą zwracać na siebie uwagę swoją nowoczesną mieszanką elegancji z młodzieżowym duchem. Z tym że tego drugiego jest więcej.

W standardzie mają wymienny solidny kabel (w tym z pilotem do telefonu) i przede wszystkim są wygodne. I to na tyle, że przy dobrze dobranych końcówkach szybko przestajemy na nie zwracać jakąkolwiek uwagę.

Jedyne czego może brakować, to prowadnice do przewodów. Ale w czasie używania W30, przekonałem się nie raz, że nie są one wymagane w takim stopniu jak na przykład w Audeo. Czasami kabel chwilę trzeba poukładać, ale jak już siedzi na swoim miejscu, to z reguły tam zostaje.

A teraz najważniejsze, czyli kilka zdań o brzmieniu.

Na początek bas. Bas czy może bardziej basisko? Ja bym stawiał na to drugie.

Dołu jest dużo, mocno uderza, nie daje o sobie zapomnieć. Jest przy tym gęsty i gdzieś pomiędzy nieco rozlazłym miękkim i szybkim twardym. Momentami zachowuje się jak ten drugi, po czym Westone dostają kopa i robi się tłusto. Mają dużo z charakteru basowych słuchawek z przetwornikiem dynamicznym, tracąc część szybkości i technicznego grania na rzecz rozrywki. Jednak ja nie narzekam – skoro tak W30 zostały pomyślane, to sprawdzają się świetnie. Byle nie słuchać na nich muzyki klasycznej, bo to trochę głupio, gdy wiolonczela zaczyna robić za kontrabas.

Trzeba im jednak oddać, że nie są monotonne na dole. Akcent położony na niższy i średni bas, do tego wspomniane zmiękczenie i całkiem ciekawie całość wibruje. Ciężko tu mówić o nadzwyczajnej analityczności, ale do tupania zdecydowanie zachęca.

Średnica to wyraźne przedłużenie basu. Ciepła, również gęsta (choć nie w tak dużym zakresie), nieco wycofana. Osoby lubiące choćby trance, powinny być zachwycone. Instrumenty są mocno dociążone, wokale pełne ciepła i intymne. Nie ukrywam, że jest to brzmienie dla mnie raczej obce, ale muszę oddać Westone jedną rzecz – wciągają taką prezentacją średnicy. Z daleka od wgłębiania się w smaczki, które choć obecne, to stanowią tło dla muzyki w sensie ogólnym.

Ale i tu nie wszystko zagra dobrze. Ot, choćby Loreena McKennitt. Jak na mój gust jest za ciepło, za słodko, wręcz zahacza o mdłe brzmienie. Loreena ma nieco zbyt stłumiony wokal, klawisze są za gęste i wchodzą na śpiew.

Po czym odpalam Disturbed i to co przed chwilą przeszkadzało, tu robi show! Perkusja i gitary są pełne mocy, a głos Davida Draimana jest ciężki i brudny (w pozytywnym znaczeniu).

Tony wysokie są przedstawione w sposób delikatny i ciepły. Są dobrze rozciągnięte, choć nieco brakuje im blasku. Ta łagodność sprawia, że góra daje się zdominować niższym tonom. Zachowuje jednak naturalne brzmienie: słychać, że talerze perkusji są metalowe, skrzypce grają jak należy, a całość jest dość zróżnicowana, mimo że potrafi się zagubić gdzieś w potoku innych dźwięków.

Wielkim plusem przy rozrywkowym słuchaniu będzie to, że naprawdę trzeba się postarać, by W30 zaczęły ciąć uszy wysokimi tonami.

Scena jest szeroka, bogata, choć nieco rozmyta. Poszczególne plany z instrumentami zahaczają o siebie, przenikają. Zachowują jednak przy tym kontrolę, nie robiąc z dźwięku jednorodnej papki. Głębi wielkiej nie uświadczymy, jednak jest w tym rozmach z nutą efekciarstwa.

EarSonics SM3 v2: EarSonics SM3 v2

Mając przed sobą pudełko od Westonów i EarSonicsów, nie wpadłbym na to, że to te drugie są droższe. Niewielki kartonik kojarzy się ze znacznie tańszymi produktami, a wnętrze nie pozwala uciec od tych skojarzeń.

Poza słuchawkami mamy tradycyjne sztywne etui w stylu tych, które można kupić za kilkanaście złotych (choć przy dokładnym obejrzeniu zauważymy, że jednak jest wyraźnie wyższej jakości), po dwie pary silikonów bi-flange oraz pianek, przyrząd do czyszczenia, słuchawki i… instrukcję. Może miało być ascetycznie by nadać SM3 profesjonalny charakter, ale moim zdaniem, to trochę nie przystoi skoro wykładamy blisko 2 tysiące złotych.

Same słuchawki wpisują się w ten sam klimat – na pierwszy rzut oka niezbyt ładne i plastikowe. Na drugi rzut oka urody dalej nie nabierają, ale już wykonanie można docenić. O ile w Westonach miałem wrażenie, że lepiej z nimi się ostrożnie obchodzić, tak tutaj mam poczucie niemal pancerności, a przecież kształtem czy tulejką, te słuchawki są niemal identyczne.

Przewód jest dość sztywną plecionką, w której rolę prowadnic robią odcinki pamięciowe. Dość wygodne rozwiązanie, choć nie każdy je lubi. Miłym bonusem byłaby możliwość nieinwazyjnej wymiany kabla rodem z Westone, ale wszechobecny minimalizm i tutaj wyciągnął ręce.

Na plus oczywiście wygoda. Nie tak dobra jak w W30, ale wciąż na bardzo wysokim poziomie. Przy okazji przyznam, że oferowane w zestawie nakładki biflange są pierwszymi tego typu końcówkami, które nie drażnią moich uszu. Nie wiem skąd różnica (zapewne lepsze materiały), ale z reguły nie wysiedzę w takich 10 minut, w SM3 v2 dwie godziny nie były problemem.

Jednak dość marudzenia, bo słuchawki nie są od oglądania i podziwiania akcesoriów, tylko od słuchania. Więc do dzieła:

Bas… no jest. Ale nie za dużo i z niezbyt mocnym uderzeniem. Wyraźnie robi za tło dla reszty dźwięków. Przynajmniej takie miałem wrażenie po przesiadce z Westonów…

Wystarczyło jednak trochę posłuchać i postrzeganie się zmienia. Przede wszystkim podoba mi się jego sprężystość i szybkość. Czuć, że to armatura. Dodajmy do tego ładne rozciągnięcie i mamy dobre zróżnicowanie dołu. Tu nie ma mowy, by coś się lało po średnicy, dudniło na jedną modłę czy ciągnęło jak zza firanki. Ogólnie stanowi świetną podstawę dla muzyki, choć nie zachwyci bassheadów. To jednak nie są słuchawki dla nich.

Główny aktor przedstawienia zwanego EarSonics SM3 v2 – średnica. Ciepła, oparta na basie, pełna szczegółów. Przy czym nie ma wrażenia, że wszystko jest nam rzucone w twarz. Całość jest kulturalna, choć i masywna. Jedynie czasami miałem dziwne wrażenie, że perkusja wychodzi przed gitarzystów i gra zaraz za wokalami zagłuszając nieco muzykę.

Jeśli chodzi o śpiew, to wyraźnie faworyzowane są głosy męskie, niższe i bardziej dociążone. W nich nie mam zastrzeżeń. Natomiast w kobiecych bywa różnie. Z jednej strony mamy przyjemne intymne mruczenie, z drugiej potrafią się wygaszać za szybko, gdy wchodzą na wysokie partie. Dużo więc zależy od muzyki jaką potraktujemy EarSonicsy. Ogólnie jednak dobrze się sprawdza przy codziennym słuchaniu, a przy takim Blind Guardianie ciężko mi było opanować tupanie nogą.

Tony wysokie są ładnie rozciągnięte, choć czuć, że są wyraźnie trzymane w ryzach, nie rozwijając się tak jak by mogły (a przynajmniej jak bym sobie wymarzył). Mają w sobie jednak piękny naturalny przekaz z lekkim ociepleniem. I nieważne czy to skrzypce, czy to flet prosty – za każdym razem wciągają mnie okrutnie. Talerze perkusji? Uff… zapomnijcie o jakiś dziwnych zlewających się sykach, które produkuje wiele słuchawek, tutaj wyraźnie słychać jak pałeczki po nich przebiegają.

Jest w tym jeden mały szkopuł: by w pełni docenić wysokie tony, potrzebny jest utwór, który nie zdominuje ich basem ani średnicą. Dajmy na to „Cztery pory roku” i Summer 1st Movement (Allegro non molto), gdzie momentami zostajemy zostawieni ze skrzypcami sam na sam… Po prostu chce się słuchać.

Scena jest wąska i niezbyt głęboka, ale w SM3 v2 zrobiono dwie rzeczy, które nie sprawiają, że dostajemy wszystkich dźwięków na raz w środku głowy. Po pierwsze odsunięto scenę z samego centrum, więc choć wszystko jest blisko, żaden instrument „nie wchodzi nam na głowę”. Po drugie dobrze poukładano plany, separując poszczególne sekcje od siebie. Dzięki temu dźwięki nas otaczają, może nieco klaustrofobicznie, ale z pewnym urokiem, a przede wszystkim w wyraźnie zorganizowany sposób, pozwalający śledzić co się dzieje w utworach.

Ale gdyby komuś było za wąsko, może wykonać prostego „moda” na scenę – wystarczy założyć  krótkie silikony od Westonów. Scena się poszerza, całość brzmienia nabiera rozmachu, choć średnica może trochę za bardzo dominować w takim połączeniu.

Custom Art Pro330 v2: Custom Art Pro330 v2

Na koniec „najcięższy” zawodnik, czyli customy prosto z Custom Art. Moje noszą dumnie numer CA0009, bo ustawiłem się po nie w kolejce jak tylko pojawiła się oferta.

W otrzymanej paczce dostałem podłużny czarny karton, a w nim pancerny OtterBox do bezpiecznego przechowywania słuchawek, małe sztywne etui do szybkich wypadów i przyrząd do czyszczenia.

Prócz tego dostajemy jedną parę silikonów i… już. Ani innych rozmiarów, ani pianek – bardzo ubogo. Oczywiście jeśli pominie się fakt, że są to słuchawki spersonalizowane pod konkretnego klienta 😉

Już na starcie wygrywają wygodą ze standardowymi słuchawkami, bo z jednej strony są idealnie dopasowane do kanałów właściciela, a z drugiej silikon jest elastyczny i nieinwazyjny. Wkładamy je więc do ucha i po chwili o ich obecności przypomina nam jedynie kabel i muzyka.

O wyglądzie pisać nie zamierzam, bo można sobie go dobrać pod własne potrzeby – kolory i malunki uzgadniamy dla każdej strony osobno, jak nam się podoba.

Oryginalny kabel jest solidny, elastyczny i miły w dotyku. Osobiście wolałbym dłuższy odcinek od słuchawek do splittera, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by skorzystać z własnego przewodu. Na stałe czy odpinany – jak nam się podoba.

Jak już się nacieszymy wygodą i wyglądem jaki nam podsunęła fantazja, to bierzemy się za odsłuchy:

Bas leży gdzieś pomiędzy Westonami W30, a EarSonics SM3 v2, ale jeszcze dwa kroki w bok.

Czyli właściwie jaki jest? Ilościowo wypada podobnie do SM3, ale jest przy tym bardziej miękki, trochę w stronę W30. Jest zróżnicowany, schodzi nisko, nie ma tendencji do wchodzenia na tony średnie i ma pełną, naturalną barwę. Czasami jednak brakuje w nim większego uderzenia, punktowego ataku. Aktualnie słucham „AEnimy” Toola i choć czuję, jak silikon wibruje przy uderzeniach stopy perkusji, to jest to na tyle rozciągnięte w czasie, że wytraca część impaktu. Jednak nie są to żadne ciepłe kluchy, nic z tych rzeczy. Po prostu bas jest podstawą i zarazem tłem dla reszty dźwięków, nie ma problemu z wyciąganiem z niego niuansów, ale nigdy nie będzie się narzucał. Nie są to więc słuchawki dla bassheadów i bardziej sprawdzą się w takim na przykład bluesie, ładnie akcentując gitarę basową, niż w techno, gdzie zabraknie „bassu”.

Średnica, to właściwie bajka. I na tym mógłbym poprzestać i pójść się wzruszać przy muzyce… Ale że wewnętrzy obowiązek nie pozwala mi tak zostawić opisu, to lecimy.

Przede wszystkim czuć jakby ciężar dźwięków, w instrumentach strunowych bez problemu rozpoznajemy grubość każdej struny i jej wibracje. Harfa brzmi przepięknie, fortepian daje nam poczuć brzmienie niemal rodem z koncertu, gitary grają mocno i soczyście. Mamy tonę analizy, ale nie jest to suche granie, wręcz przeciwnie – jest pełne muzykalności i życia. I może rzecz trywialna, ale na mnie wrażenie zrobiła altówka i wiolonczela. Niby normalne instrumenty, ale w słuchawkach często lubią grać jak skrzypce i kontrabas, a tu mamy na talerzu podane dokładnie to co trzeba.

A wokal… Żeński rozciąga się w swe najwyższe rejony, bez żadnych przebarwień, metalicznego dźwięku na sopranach czy nosowości. Gdy trzeba wibruje, możemy śledzić partie wokalistek nie gubiąc nic z tego, co chciały przekazać.

Męski śpiew nie odbiega jakościowo. Nie jest pogrubiony, nie dusi się na małej przestrzeni. Gdzie ma być chrypka, tam ma być, gdzie ma być czysto, to tak jest. Wokale są przy tym mocno emocjonalne. No, może nie w One Direction czy tego typu przebojach, ale już Johny Cash w swoim coverze „Hurt”, Matthias Sayer gościnnie u Apocalyptici, czy Dżem w „Modlitwa III – Pozwól Mi” robią niesamowite wrażenie. Nie potrafię określić dlaczego, ale customach działają na mnie z większą siłą niż zazwyczaj.

Tony wysokie są mocno rozciągnięte, zwiewne i „pełne fantazji”. Co przez to rozumiem? Po prostu w Pro330 nie mam wrażenia, że góra jest trzymana na smyczy i w końcu skrzypce rozwijają się tak jak lubię, a talerze brzmią naturalnie, bez syczenia czy papierowej faktury. Przy czym słuchawki nie dodają od siebie garści gwoździ kaleczących słuch, jak to bywa w wielu słuchawkach, które próbują grać mocno bogatą górą.

Czasami wolałem wysokie tony z Pro330 v1, które miały więcej błysku, ale one nie wybaczały żadnych niedociągnięć w nagraniach. Aktualnie oferowana druga wersja jest zdecydowanie bardziej pobłażliwa i uniwersalna. Oczywiście słuchanie na nich kiepskiego materiału ciągle będzie wywoływać niesmak, bo to jednak seria Pro, która nie została stworzona do ukrywania niedociągnięć. Wysoki poziom szczegółowości i dobrze zrównoważone pasmo uraczą nas masą nieprzyjemnych dźwięków, gdy tylko uruchomimy muzykę pełną syfu (czy to kiepskie kodowanie, czy realizacja).

Scena nie jest porażająco szeroka, zaryzykuję nawet twierdzenie, że Westony W30 mają szerszą. Natomiast w tym modelu Custom Art, tworzy ona spektakl wokół nas – dźwięki mamy wszędzie: na boki, przód-tył, różna wysokość. A wszystko w tym samym czasie, poukładane, instrumenty odseparowane tak, że zawsze wiemy gdzie co gra, wokal nigdzie nie ucieka. I razem tworzą spójną całość.

Podsumowanie:

Mamy trzy pary słuchawek, każda z trzema przetwornikami armaturowymi, a jednak każda inna. Nie jestem przy tym w stanie powiedzieć, która jest najlepsza, bo każda celuje w trochę innego klienta.

Westone W30 są wyśmienitymi słuchawkami do telefonów i przenośnych odtwarzaczy muzyki, jakie zabieramy ze sobą na miasto. Pewnie wiele osób takie twierdzenie zniesmaczy, bo cena mała nie jest, jednak tak je właśnie widzę. Są bardzo rozrywkowe, dobrze tłumią hałas, ładnie wyglądają, możemy prowadzić rozmowy za pomocą mikrofonu w kablu i nie są podatne na szum elektroniki jak pozostała dwójka z tego testu. A czego więcej trzeba na zewnątrz niż właśnie takiej kombinacji? Ma nam szybko lecieć czas, a muzyka nadawać rytm kolejnym krokom. Jeśli kogoś nie zadowala jakość dźwięku słuchawek w niższym budżecie, proszę bardzo – oto świetny kandydat na wiernego miejskiego towarzysza.

EarSonics SM3 v2 kierują się już ku graniu profesjonalnemu, z głębszą analizą utworu, choć wciąż sporo w nich muzykalności oraz ciepła. Takie brzmienie zdecydowanie bardziej doceni się na spokojnie w domu, niż w biegu od punktu A do B. Jeśli W30 są zbyt szalone, a nie chcemy klinicznego brzmienia, warto się nimi zainteresować. Duża wygoda i dobre wykonanie na pewno ułatwią codzienne użytkowanie. Widzę jednak jeden spory problem i nazywa się on „customy”. Cena za SM3 v2, to 1.800 zł bez jednej złotówki. Drożej niż dwuprzetwornikowe customy z naszego rodzimego rynku, a raptem 200 zł mniej niż za najtańszą wersję Custom Art Pro330 na stronie producenta. Oczywiście nie każdy chce sięgać po takie rozwiązania i z różnych względów woli słuchawki uniwersalne, jednak nie potrafię od tego uciec.

Custom Art Pro330 v2 – niewątpliwie trochę niesprawiedliwie porównany do powyższych dokanałówek, mimo że pod pewnymi względami podobny. Przede wszystkim dźwięk jest bardziej studyjny i czystszy w przekazie niż W30 i SM3, samą konstrukcją wygrywają też pod względem budowy sceny i wygody. Na pewno wybór dla ludzi świadomych co biorą, niełatwe w odsprzedaży, przystosowane tylko dla jednej osoby. Jednak swoje wymagania spłacają dźwiękiem, oczywiście jeśli wiemy co bierzemy.

Sprzęt jaki towarzyszył mi w czasie testów:

Fiio X1, iMod Video, iPad 2, iFi iDSD Nano, iFi iCan Nano, SMSL SAP-5, Sense G5.

MuzoStajnia dziękuje za wypożyczenie sprzętu do testów sklepowi

Audiomagic

Reklamy