Tak, tak – dziś ostra jazda po bandzie: Asian Penetration 4! Prężące się ciała, pot, zdyszane głosy… Tego tu nie będzie.

Niestety (a może stety?) nie jest to opis najnowszego dzieła filmowego spod znaku trzech literek X, a zwykły tekst o czterech penetratorach (znaczy się słuchawkach dokanałowych) rodem z dalekiej Azji.

Ot, takie moje małe wypociny z hobbystycznego poszukiwania „tanio a przyzwoicie”, pisane w pocie, przerywane problemem z uchem i innymi testami. Ale w końcu jest.

Miała być to również auto-terapia, dążąca do samouświadomienia, że customy jednak nie są mi potrzebne. I wiecie co? Po tych 3-4 tygodniach odsłuchów do niniejszego tekstu, moje Custom Art Pro330 grają jeszcze piękniej. Nie tak miało być…

Ale nieważne, oto nasi bohaterowie według ceny:

  • Superlux HD381 – wypożyczone od Manu, cena sklepowa 58,00 zł,

  • Xiaomi Piston v2 – zakupione na iBuyGou za skromne 20,99 USD,

  • Takstar Hi-1200 – wyszukane na Ebayu za 29,92 USD (ostatnio podrożały o jakieś 10 dolarów),

  • Don Scorpio Bass Colour – sprowadzone z Penon Audio za 35,00 USD.

Asian Penetration 4

Pod opisem każdego modelu zamieszczę utwór, który ma moim zdaniem odzwierciedlać klimat, w jakim najlepiej odnajdzie się dany model. Jest to subiektywne do bólu, nie należy tego przyjmować jako wykładni – ot, wypadkowa pomiędzy moim sprzętem, gustem, a humorem.

Jednak nie ma co dłużej smęcić, zaczynamy.

Superlux HD381:

HD381 wypłynęły na powierzchnię jakieś cztery lata temu. Z miejsca wielki hit, pogromca doków za kilkaset dolarów, w ogóle cud, miód i malina. Ale jak się pojawiły, tak zniknęły z kręgów zainteresowania fanów audio. Słusznie? Czas bym się przekonał.

Superluxy mają budowę znaną z niemal (a może już) kultowych Sony Ex85. Tak więc jest to stan pośredni pomiędzy słuchawkami dousznymi a dokanałowymi. Dzięki temu ma być łatwiej uzyskać sporą przestrzeń i naturalny bas. Osobiście nigdy nie przepadałem za taką konstrukcją, bo poza Phiatonami MS200 wszystkie tego typu słuchawki były dla mnie niewygodnie. Tutaj niestety jest podobnie – pół godziny, góra godzina w uszach i mam dość.

Całość jest nieźle spasowana, nic się nie rozkleja, nie trzeszczy, a plastik wydaje się solidny.

Kabel jest króciutki, co ma ułatwić podpinanie ich do telefonów i odtwarzaczy trzymanych w kieszeni koszuli. Jego jakość jest przeciętna. Ani nie rozpada się w oczach, ani nie wzbudza u mnie poczucia wielkiej trwałości.

Dla tradycjonalistów lubiących dłuższe przewody dostarczono odpowiednią przedłużkę, zakończoną łamanym jackiem, podobnie jak było w starych Philipsach SHE9500. Jakiś sens to ma, ale wolę jeden długi niż łączony. HD381 jako jedyne z wybranej czwórki są pozbawione mikrofonu do rozmów.

Z tego co widziałem i wyczytałem w sieci, wyposażenie ogranicza się do trzech kompletów gumek i tak zwany smartwrap, czyli kawałek gumy, na którą możemy sobie nawinąć kabel od słuchawek (pierwotna forma etui?).

Skoro już część fizyczną mamy za sobą, czas na brzmienie.

Bas jest mocno rozrywkowy. Nie ma go nadzwyczaj dużo, nie schodzi specjalnie głęboko, ale przez pewne podbicie na midbasie jest taki trochę „pluszowy” – ciepły słodziak, który agresją nie zaskoczy, ale jest po prostu miły w mało wymagających utworach. Dość długo wybrzmiewa, co niekoniecznie sprawdzi się w każdym gatunku muzycznym, ale zazwyczaj ubarwia nagrania. Niestety wyraźnie brakuje mu zróżnicowania. HD381 grają tu dość jednorodnie i nieco kartonowo, gdy mają mocno uderzyć.

Problemy się pojawiają, gdy niskie tony mają być naprawdę niskie – wtedy wyraźnie czegoś brak. A gdy słuchawki próbują mimo wszystko grać samym dołem, to otrzymujemy przester. Ot, choćby taki „10 HZ Bass Test” od Bass Society pokazuje Superluxom, że mają dużo do nadrobienia.

Średnica jest ciekawa. Osadzona na niskich tonach, ale nie jest przez nie zdominowana. Wyraźnie czuć lekkie ocieplenie, dzięki czemu instrumenty grają gdzieś pomiędzy relaksem a żywiołowością. Na pewno nie nadają się do analizy, przez zbyt małą szczegółowość.

Na pierwszy plan wypchnięte są wokale, dopiero za nimi ustawione są instrumenty. Czasami daje to dość dziwny efekt, nieco kojarzący mi się z karaoke. Oczywiście nie ma mowy o mocno wyciszonej muzyce, po prostu śpiew może za bardzo dominować.

Same głosy brzmią całkiem naturalnie, choć brakuje im głębi. I choć męskim można by dodać więcej energii, to już kobiece brzmią w przyjemnie intymny sposób. Niestety nie zawsze uciekają od syczenia, a podbicie pomiędzy średnicą a górą niezbyt tu pomaga, mimo że dodaje życia nagraniom.

Tony wysokie są zaskakująco dobre jak na ten przedział cenowy. Ocieplone, a jednak nie są zbyt szybko wygaszone. Oczywiście nie jest to poziom choćby Audeo, ale jak na tanie dynamiki, to już coś. Nie miałem problemów z odsłuchem koncertów skrzypcowych, mimo że błysku i dużej różnorodności góry po prostu brak. Jednak to ciepłe relaksujące brzmienie ma swój klimat.

Szczegółowość tych Superluxów nie zachwyca. Wiele smaczków zostaje rozmytych przez okoliczne dźwięki, w tle praktycznie nic się nie dzieje, bo dostajemy na talerzu pierwszy plan i na tym w sumie koniec.

Scena jest dwojaka. Z jednej strony przez swoją budowę HD381 wyciągają dźwięki ze środka głowy i dość zgrabnie wyciągają je w okolice uszu (choć spodziewałem się czegoś więcej). Jednak z drugiej strony głębia sceny wynosi 0 (słownie: zero). Dostajemy jeden plan, z którego od czasu do czasu coś delikatnie się oderwie i już. Brak głębi, brak wysokości, po prostu dźwięki idą w linii prostej na boki.

Jak widać te słuchawki mają sporo wad, na pewno nie jest to pogromca droższych doków, a porównania do Westone 3, Shure Se530 czy TripleFi 10 można potraktować jako internetowy żart.

Ale… cena w Polsce zaczyna się od 58 zł, więc trochę mniej niż świetne (wśród tanich) Brainwavz Delta. I poniekąd bym je określił jako substytuty. Obie pary sporo łączy w brzmieniu, wybór byłby oparty głównie na preferowanej ilości ciepła w muzyce (Superluxy są cieplejsze) oraz typ konstrukcji. Osobiście bym dołożył tą dyszkę czy dwie do Delt, bo jednak mają więcej finezji w graniu, ale jak komuś potrzebne pchełko-dokanałówki po taniości, to HD381 wydają się dość rozsądnym i bezpiecznym wyborem.

Mój wybór:

………

Xiaomi Piston v2:

W ciągu ostatniego roku robią małą furorę w internecie jako kolejny pogromca wielkich (tym razem w okolicach 100 dolarów). Membrana przetwornika z egzotycznego berylu ma wgniatać w podłogę konkurencję. Dodatkowo poprawiono charakterystykę dźwięku – pierwsza wersja uchodzi za basowe potwory, druga miała być bardziej zrównoważona.

I muszę przyznać, że od razu dałem się wciągnąć w hype. Co prawda ignorowałem zachwyty na Head-Fi, bo za bardzo nie wierzę tłumowi tamtejszych „specjalistów”, ale lubię sprawdzać takie zabaweczki, więc z zakupem długo nie czekałem.

Trzeba przyznać, że Xiaomi na otwarcie postanowiło zrobić dobre wrażenie – ciekawe pudełeczko z pachnącą wkładką z wpasowanymi słuchawkami, to coś, co bym określił mianem „uroczego”. Do tego dorzucono jedynie kilka marnej jakości nakładek, więc za to idzie minus.

Same słuchawki mają przyciągający złoty kolor, oraz ciekawą budowę zachowaną w tradycyjnym stylu (znaczy się, bez jakichś udziwnień), więc ogólnie marketingowcy zarobili na swój chleb.

Ale wygląd wyglądem, gorzej z wygodą. Nie są nadzwyczaj słabe pod tym względem, ale zaokrąglenie krawędzi wniosłoby dużo dobrego w tym zakresie. Dodatkowo aluminiowe kopułki mogą być dość nieprzyjemne w dotyku zimową porą. Samo trzymanie się w kanałach jest przeciętne. Podobnie jak większość standardowych dokanałówek w moim przypadku, co jakiś czas wymagają korekty pozycji. Nie jest to częste, ale upierdliwe. Jednak zapewne większość osób nie będzie miała z tym problemu.

Kabelek jest przyjemny w dotyku, pokryty oplotem, ale wydaje się słabej jakości. Aczkolwiek może to być złudne, bo nie trafiłem jeszcze na informację o padających przewodach w tym modelu. Mikrofonowanie ze względu na oplot jest obecne, ale na akceptowalnym poziomie.

Na spliterze umiejscowiono pilot do obsługi mediów oraz mikrofon. Raczej nieczęsto spotykany pomysł, który ma i wady i zalety. Plusem jest lepsza stabilność słuchawki (nie obciąża dodatkowo jednej ze stron przy uchu), minusem oddalenie mikrofonu od ust, przez co w czasie rozmowy często możemy się obchodzić z kablem jak z różańcem, trzymając go bliżej twarzy niż nawykliśmy. Ale jakość rozmów i tak jest kiepska, więc można go zignorować.

A teraz najważniejsze, czyli dźwięk:

Bas jest szybki, mocny i dość długo wybrzmiewający. Tego najniższego może czasem brakować, jednak w dalszej części jest dość równomiernie rozłożony. Kierując się w stronę tonów średnich, zaczyna na nie lekko wchodzić, ale mam podejrzenie, że tak właśnie miało być. Zdecydowanie podkreśla to rozrywkowy charakter słuchawek i w moim odczuciu jest do przyjęcia, choć nieco cierpi na tym czystość przekazu.

Sporadycznie niskie tony nabierają kartonowego charakteru. Nie jest to nadzwyczaj częste, zależne od nagrania, ale może przeszkadzać w odsłuchach. Drugą rzeczą, która mi się nie podoba, to słabe zróżnicowanie basu – od początku do końca wszystko leci na jedno kopyto, jednorodnie. Trochę jak rozwinięcie pomysłu Braiwavz w modelu Alpha.

Tony średnie są lekko wycofane, ciepłe i spokojne. Po prostu stworzone do relaksu. Mi osobiście brakuje trochę większej szczegółowości, gitary czy klawisze są nieco rozmyte i zbytnio wygładzone. Muszę jednak przyznać, że taka ich prezentacja, dodatkowo podkreślona wyższym basem, potrafi tworzyć ciekawy klimat. Nieco zadymiony, wyciągnięty z niedużego klubu.

Wokale zostały nieco oddalone od słuchacza i rozłożone na boki, co średnio wpasuje mi się w manierę tych słuchawek. Przez to granie nieco traci na intymności, szczególnie odczuwalne przy kobiecym śpiewie. Samo ich brzmienie jest jednak przyjemne, w większości przypadków nie za chude, ani nie rysowane zbyt grubą linią. Mogę się jedynie doczepić do mocniejszych wokali męskich. Przydałoby się w nich więcej głębi i energii, bo potrafią sprawiać wrażenie „śpiewania od niechcenia”.

Tony wysokie nie odbiegają od reszty – wygładzone, spokojne i nieco rozmyte, a przy tym nie zostały wykastrowane zaraz na początku. Ot, przy koncertach skrzypcowych brakuje czasem rozciągnięcia, dodatkowej iskry, ale skoro ma być uniwersalne i rozrywkowe brzmienie, bez męczenia słuchacza, to jest to akceptowalny kompromis. Biorąc pod uwagę jakoś realizacji wielu nagrań, to ktoś tu się postarał o komfort odsłuchu.

Jak łatwo wyłuskać z powyższych akapitów, szczegółowość nie jest najmocniejszą stroną Pistonów v2. Nie otrzymujemy rozlazłego grania rodem z wielu tanich słuchawek, ale po trzech latach z Audeo i roku z Custom Art Pro330, nie jest to poziom, który mnie zadowoli i jednak psuje odbiór muzyki. Choć osobiście wątpię czy target Xiaomi poszukuje analityczności w brzmieniu.

Scena nie jest klaustrofobiczna, wyraźnie rozchodzi się na boki, ale na głębię nie ma co liczyć. Same plany są płynne, lubią się ze sobą zlewać, co niezbyt mnie zachwyca, szczególnie w muzyce klasycznej, bo wyraźnie cierpi lokalizacja instrumentów.

Więc mamy niezbyt dobre budżetowe słuchawki, które ciągnie niepotrzebny hype? Mimo, że takie można odnieść wrażenie, to jednak nie. Pistony v2 kosztują w granicach 20-25 dolarów i porównując je do dokanałówek dostępnych w Polsce w granicach 100 zł, które miałem lub odsłuchiwałem, nie bardzo widzę dla nich konkurenta w muzyce rozrywkowej. Nie są pozbawione wad, ale w tym momencie nawet przy cenie dwukrotnie wyższej można je brać z ucałowaniem ręki.

Mój wybór:

………

Takstar Hi-1200:

Model na który się skusiłem ze względu na niezwykle ważny parametr – ładne są te skurkowańce. A że firma dość uznana w światku audio, mająca na koncie niejedne ciekawe słuchawki, to zaryzykowałem.

Zdjęcia pokazywały ładniutkie drewniane słuchawki i w sumie to dostajemy. Małe, zgrabne, mogą się podobać. Przy okazji okazało się, że to jedne z wygodniejszych dokanałówek jakie miałem. Dzięki temu, że są niewielkie i dobrze wyprofilowane, pewnie siedzą w uszach.

Kabelek jest standardowy, gumowany i dość wytrzymały (parę razy niechcący go przetestowałem), ale nieco większa średnica by mu nie zaszkodziła. Efekt mikrofonowania jest na tyle mały, że w drodze nie zwracam na niego uwagi. Jako jedyny z testowanej czwórki, ma asymetryczną konstrukcję. Są wielbiciele takich rozwiązań, więc amatorów na pewno znajdzie. Mikrofon działa sprawnie i nie ma problemów z rozmowami. Chyba wychodzi doświadczenie Takstara z tej dziedziny.

Wyposażenie już jest całkiem sensowne. Nie tylko słuchawki i kilka standardowych gumek (swoją drogą bardzo wygodne) jak we wcześniej opisywanych modelach, ale dodatkowo trzy pary silikonów biflange w różnych rozmiarach oraz pseudo-skórzany woreczek na nasze doki.

Jak zabrałem się za odsłuchy tych Takstarów, to stwierdziłem, że niedawno słuchałem czegoś o podobnej manierze grania. A mianowicie Sennheiser Momentum On-Ear. Oczywiście różnica klas jest niezaprzeczalna, jednak sam sposób przekazywania muzyki zauważalnie zbliżony.

Można wyczytać w sieci, że Xiaomi Piston v2 są mocno basowe (choć moim zdaniem opinie bywają przesadzone)… Cóż, Takstary bardziej. Jak na moje potrzeby, to po prostu za bardzo. Dół dominuje nad resztą dźwięków i nadmiernie przytłacza średnicę. Co prawda w trakcie wygrzewania niskie tony się uspokajają, ale nie można nazwać  Hi-1200 oszczędnymi w tym aspekcie.

Ogólnie można je traktować jako rozwinięcie Pistonów i ukłon w kierunku bassheadów. Bas schodzi w podobne okolice, ale jest bardziej zróżnicowany, ma mocniejszy atak. Po uspokojeniu na korektorze midbasu, to po prostu rewelacja jak chcemy sobie potupać nogą i mamy mało do wydania. Nie zachęca to do słuchania muzyki klasycznej, bo jednak wiolonczela nie powinna robić za kontrabas, jednak gdy szukamy mocy na dole, to już inna historia. Jest dość zaskakujące, że przy takich podbitych niskich tonach, mimo wszystko bas jest przyzwoicie kontrolowany. Tępe dudnienie, lejąca się kluchowatość? Całe szczęście nie, przetworniki trzymają się od tego z dala (chyba, że sparujemy Takstary z jakimś ciepłym grajkiem o niskiej dynamice, to nie ręczę za nie).

Średnica jest ciepła i bliska, mocno podkolorowana basem. Gitary mają sporą masę i dość długo wybrzmiewają, w nowoczesnym metalu czuć potęgę. Z kolei harfa gra w sposób przerysowany, przez zbyt duże naleciałości z niższych rejestrów.

Wokale są bliskie i pełne, choć wycofane względem niżej umiejscowionych klawiszy i gitar. Ich zabarwienie szczególnie pasuje do mocniejszych męskich głosów, nadając im nieco zadymiony klimat. Śpiew kobiecy bywa już za ciepły. O ile nie ma to znaczenia w muzyce popowej, to przy takim sopranie lirycznym mamy efekt śpiewania zza firanki, a gdy zaczyna ginąć wśród niższych dźwięków, to wokalistka przenosi się do sąsiedniego pokoju.

Na plus Hi-1200 należy zaliczyć brak ciągotek do uwypuklania sybilantów. Delikatne syczenie pojawia się właściwie tylko w źle zrealizowanych utworach, a i tu Takstary sporo korygują.

Tony wysokie są ciepłe, dobrze zorganizowane i nie męczą. Talerze perkusji są słyszalne, choć nieco za bardzo schowane i z lekkim „papierowym” nalotem. Trójkąt jak i skrzypce ładnie wybrzmiewają, jednak jak dla mnie brakuje im lepszego rozciągnięcia w górę, które nadałoby nieco błysku. Ale rozumiem takie strojenie, w końcu ma być rozrywkowo i przystępnie.

Szczegółowość stoi na przyzwoitym poziomie, zwłaszcza przy tak mocnej basowej podstawie i ociepleniu brzmienia. Oczywiście podstawą jest tu muzykalność, ale na całe szczęście nie zostałem poczęstowany mdłym budyniem.

Scena do wielkich nie należy – rozciąga się lekko na boki i do przodu. Sytuację ratuje dobra separacja instrumentów, dzięki której ciągle mamy zbite poszczególne plany, ale wystarczająco oddzielone od siebie, by muzyka nie grała nam w trybie mono.

Całościowo są to bardzo ciekawe słuchawki, ładne, wygodne, przyzwoicie wyposażone i niedrogie. Zastanawiałem się na ile są dobre i gdyby ktoś mi je dał do odsłuchu, uprzednio korygując bas o jakieś 2-2,5 decybela na midbasie, po czym powiedział, że kosztują 250-300 zł, to nawet specjalnie bym się nie zdziwił. W tej cenie słyszałem gorsze słuchawki. Tylko trzeba lubić ciepłe, basowe granie.

Mój typ:

………

Don Scorpio Bass Colour:

Jest to drugi model firmy Don Scorpio jaki nabyłem. Najpierw były nauszne Dolphiny, a później przyszedł czas na ich dokanałówki. Wyglądają jak Velodyne vPulse, ponoć grają jak Velodyne vPulse, Don Scorpio na swojej stronie chwali się współpracą z Velodyne… No to jak mogłem tego nie kupić?

Muszę przyznać, że słuchawki są ładne. W taki nowoczesny sposób, w przeciwieństwie do bardziej stonowanych Takstarów, ale nie aż takie „swag” jak Xiaomi. Na pewno podobają się przedstawicielkom płci pięknej.

Są jednak dość duże, z aluminium, z tulejką pod kątem, znaczy się niewygodne. A właściwie, to na takie wyglądają, bo byłem mocno zdziwiony, gdy się okazało, że można w nich leżeć na boku bez odczuwania dyskomfortu, na co reszta towarzystwa nie pozwalała. Projektanci się postarali.

Z kablem jest już gorzej. O ile nie wątpię w jego wytrzymałość, łącznie z dobrze przemyślanym kątowym jackiem, ale za to użytkowo leży i płacze. Jest płaski, gruby, ciężki i sztywny. Ponoć modny i nowoczesny, ale ja to określam jako „upierdliwy i frustrujący”. Całe szczęście producent dorzuca w zestawie żabkę, więc można go przypiąć do ubrania, co wyraźnie poprawia komfort.

Przy lewej słuchawce znajdziemy mikrofon do rozmów, który jest po prostu przyzwoity. Mnie jakością nie powalił, ale jednak można normalnie rozmawiać.

W pudełku znajdziemy też przyjemne sztywne etui ze złoconymi napisami oraz dwa komplety silikonów (jasne i ciemne). Jednak ze swojej strony radzę poszukać jakichś wygodniejszych gumek.

Jest to najdroższy z zawodników (ignoruję podwyżkę cen Takstarów), a przy tym najdziwniejszy. Jeśli mam być szczery, to jeszcze nigdy nie trafiłem na tak strojone słuchawki. Gdy jakieś są basowe (szczególnie w tym przedziale cenowym), bo wygląda to mniej więcej tak – ubogo na niskim basie, mocne podbicie w okolicach 80-200hz, a na koniec wlewanie się na średnicę w mniejszym lub większym stopniu.

W tym przypadku jakoś nie bardzo pasuje mi ten opis. Nie znaczy to, że nie są to basowe słuchawki. Co to, to nie. Niskie tony to ich główna cecha, na co wskazuje sama nazwa.

Jaka jest więc różnica? Otóż można zapomnieć o wypchniętym midbasie, pod tym względem mamy dość ułożone brzmienie, niemalże chude, daleko im do Takstarów czy nawet Xiaomi. Zamiast tego akcent położony został na niższe rejestry, w stronę brzmienia subwooferów. Tam gdzie wcześniej opisywane modele się gubią, tam Don Scorpio dopiero zaczynają zabawę. W końcu ile jest dokanałówek, w których bas powoduje wibracje odczuwalne w jelitach? Na kawałku Slope feat. Yolanda „Your Time Is Up” początkowo miałem wrażenie, że Coloury wyskoczą mi z uszu. Czasami dochodzi do kuriozalnych sytuacji, gdy w utworach wcześniej odsłuchiwanych na Takstarach i Xiaomi, na których niskie tony rozsadzały uszy, tu jest spokojnie. I oczywiście w drugą stronę to samo.

Tylko w trakcie użytkowania Kolorowych wyszły dwie rzeczy:

  • Po pierwsze odpowiednie dopasowanie tipsów. Ze względu na ciężki i sztywny kabel, słuchawki mają tendencję do zmiany położenia. Wystarczy chwila by bas nam zaczął mocno uciekać. A że standardowe gumki są grube i twarde, to warto poszukać czegoś innego. Rozmiar tulejki można określić na T420 (czy nie 500, ale jakby trochę szersze od standardowych 400, jakoś ciężej się je zakłada).

  • Po drugie kwestia wygrzania. Na dobre układają się dopiero zdecydowanie powyżej 50 godzin grania. Na początku są dzikie na dole (nawet skrzypce są basowe), krzykliwe na górze i chłodne ogólnie w brzmieniu. 10-20 godzin grania nie jest w stanie tego zniwelować.

Ale dość o basie, czas na średnicę. Ta jest ochłodzona, brakuje nieco emocji, jakby projektanci chcieli zawrzeć ją w jednym słowie: poprawna. Nic więcej, nic mniej. Gitary są wyraźne, choć bez podstawy na wyższym basie, w metalu może im brakować mocy. Za to ciekawie brzmią w Blackmore’s Night – nieco twardo, ale mają swój smaczek. Ogólnie lepiej wypadają żywe instrumenty niż elektronika.

Wokale są trochę zbyt mdłe, brakuje im więcej ciepła i dynamiki bym mógł je odebrać jako naturalne. Szczególnie cierpi pod tym względem śpiew kobiecy. Tam gdzie pamiętam intymne i przyjemnie drżące głosy, teraz jakaś taka mechaniczna naleciałość się wkradła. Plus jest taki, że ciężko tu o sykliwość. Czasami się o nią ocierają, ale nigdy nie ma szzzzzzzalenie nieprzyjemnych sybilantów.

Tony wysokie są wyraźne, czyste i nie gasną za szybko, jednak brakuje im swobody. Technicznie całkiem fajne, ale zabawne jak armia niemiecka na defiladzie.

Całe szczęście nie trzeba wielkich zabiegów by Bass Colour nabrały życia, bez przeginania z niskim basem – Don Scorpio są całkiem podatne na zabawy korektorem, w tym przetworniku niewątpliwie drzemie spory potencjał. Osobiście robiłem im kolejkę górską: spadek poniżej 80hz, podbicie na wyższym basie, znów spadek w zakresie 1,5khz-3khz i mała góreczka powyżej 6khz.

Po takim zabiegu moje ulubione koncerty skrzypcowe brzmiały wybornie jak za taką kwotę – żaden z wcześniej opisywanych modeli nie dawał takiego wglądu w nagrania w połączeniu ze zwykłą przyjemnością słuchania. W sumie nic z tego zakresu cenowego nie wyciągało aż tyle.

Mój typ przed korektą:

Mój typ po korekcie:

………

I to już koniec tej poczwórnej azjatyckiej penetracji. Jako podsumowanie dam jedną banalną myśl – żeby cieszyć się muzyką, nie trzeba wydawać dużo. Nie będzie to dźwięk pozbawiony wad, ale może być satysfakcjonujący. Tylko czasem warto zapuścić oko (a może ucho?) dalej niż nasz rynek.

.

.

.

Koledzy z Rosji:

Prócz Superluxów otrzymałem od Manu jeszcze dwa modele dokanałówek Fischer Audio: Silver Bullet (nie wiadomo, czy V1 czy V2, ale stawiam na te pierwsze) oraz Consonance.

Początkowo miały się znaleźć w tym zestawieniu, ale zrezygnowałem z większego opisu. Dlaczego? Po krótce wyjaśnię:

  • Silver Bullet – nie wiem czy one się nie zgrywały z moimi grajkami, czy nie pasują do moich gustów, ale chyba nie wysiedziałem w nich na raz więcej niż 10 minut. Dźwięk ciągle wydawał mi się lekko metaliczny, kobiece wokale nosowe. Całość może nie tyle bezpłciowa, co niezdecydowana. Nie chciały grać typowo rozrywkowo, nie dawały rady analitycznie. Jakby próbowały dostać się na bardziej finezyjny poziom brzmienia, ale ktoś źle przeliczył siły na zamiary. Najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się ich słuchać.

  • Consonance – ten model już ma swój charakter. Basowe, funowe granie, z całkiem przyzwoitą ocieploną, choć wycofaną, średnicą i akceptowalną górą w radiowych przebojach. Do tego dość duża jak na tanie doki scena, nieco sztucznie rozbuchana, ale ma być efekciarsko. Powiedzmy, że to taka trochę słabsza wersja Xiaomi Piston v2, ale do nabycia na miejscu i za mniejsze pieniądze. Więc dlaczego nie opisałem ich, a Superluxy? Bo Fischery są beznadziejnie zaprojektowane. Niewygodne, ciągle gubią seal (znaczy się odpowiednie uszczelnienie kanału), co drażniło i mnie i Manu, a na domiar złego, mają fatalny kabel. Nie chodzi mi o trwałość, tylko jego mikrofonowanie. O ile od jacka do splitera jest wszystko w porządku, to wyżej mamy katastrofę – idąc ulicą miałem wrażenie, jakby ktoś mi ciągle nad uchem chrupał paluszki… W takich warunkach ciężko o przyjemność z odsłuchów.

MuzoStajnia dziękuje Manu za wypożyczenie sprzętu do testów, a także mojemu szefowi za wypłatę.

Reklamy