Jakiś czas temu miałem na warsztacie słuchawki firmy Brainwavz wycenione w okolicach 100 zł: Delta, Alpha i M1. Każdy z modeli okazał się całkiem ciekawą propozycją w tym budżecie.

Teraz natomiast otrzymałem model z nieco wyższej półki, a mianowicie Brainwavz S5, kosztujące 399,00 zł. Głównie za sprawą Phonak Audeo PFE112 przedział 350-400 zł kojarzy mi się ze słuchawkami dokanałowymi, z których mogę korzystać na co dzień, bez popadania w nadmierne kompromisy brzmieniowe, a przy tym nie wydawać za dużo pieniędzy.

Czy S5 są na tyle dobre, by utwierdzić mnie w tym przekonaniu? Cóż, nie omieszkałem tego sprawdzić.

Jako sprzęt towarzyszący wykorzystywałem: Fiio D03k połączone z hybrydowym wzmacniaczem Sense G5, iMod Video ze wzmacniaczem SMSL Sap-5, iPad 2, Nokia Lumia 720.

Po odpakowaniu przesyłki znalazłem zgrabny kartonik z okienkiem widokowym na słuchawki i futerał. W pudełku znajdziemy całkiem bogate wyposażenie:

  • słuchawki (co oczywiste),

  • twardy futerał z logiem firmy,

  • po trzy pary silikonowych nakładek w kolorze szarym i czarnym,

  • po jednym komplecie tipsów bi-flange i tri-flange,

  • jedna para pianek Comply T-400,

  • przejściówka jack z 3,5mm do 6,3mm.

Jest więc praktycznie wszystko co potrzebne do komfortowych odsłuchów, a futerał zabezpieczy przed uszkodzeniem w transporcie. Jedyną rzeczą, którą bym dorzucił, jest żabka do spięcia kabla z ubraniem.

Same słuchawki nie są ani ładne, ani brzydkie – ot, założyć i zapomnieć.

Po wyjęciu S5 z pudełka byłem pełen obaw odnośnie ich ergonomii. Obudowy są duże, tulejki ułożone pod kątem do nich, splitter ogromny, a kabel jest płaski i przeznaczony do noszenia za uchem. Czyli cały zbiór cech, które wywołują u mnie uczucie dyskomfortu.

Jak bardzo źle to wypada? Zakładam je na uszy i… jest wygodnie! Słuchawki mimo swoich rozmiarów, dzięki zastosowaniu dobrze ułożonych kątowych tulejek oraz odpowiednio wyprofilowanemu kształtowi pewnie i przyjemnie spoczywają w uszach. Naprawdę szybko można o nich zapomnieć, jeśli nie planuje się leżenia bokiem. Splitter mimo iż wielki, to jest przy tym lekki, więc nie wzbudza przewodu do nadmiernego kołysania. Tylko właśnie makaronowy kabel łapie ode mnie szkolnego minusa. A dokładnie ostatnie jego centymetry przy uszach – przez taką konstrukcję nie mogłem do końca wyzbyć się wrażenia, że coś mi przeszkadza, najzwyczajniej w świecie nie układa mi się tak dobrze jak tradycyjny przewód.

Ale skoro pooglądałem i poprzymierzałem, to czas na muzykę.

Brzmienie Brainwavz S5 na szybko można scharakteryzować jako lekko ocieplone V. W teorii dostajemy więc słuchawki muzykalne i rozrywkowe. A czy teoria pokrywa się z praktyką? O tym nieco w poniższych akapitach.

Tony niskie:

Na początek zasmucę wszystkich czytelników chcących wiedzieć, czy w S5 jest „mocny bass”. Cóż, jest akuratny i rozrywkowy, głowy nie urywa swoją potęgą, za to stanowi przyjemnie pulsującą podstawę muzyki.

Podoba mi się jego sprężysty charakter oraz niezłe zróżnicowanie – nie uświadczymy uporczywego łomotania na jedną nutę, choć fanów głębokiej analizy nie zachwyci. Raczej będzie nas wodził po niskich rejestrach, z jednej strony mocniej zarysowując niższą średnicę, z drugiej dostarczając nam wystarczającą ilość najniższych dźwięków. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to zbytnio rozlany środkowy bas, przez co np. kontrabas brzmi nieco jednorodnie i rozdmuchanie, co niezbyt mnie przekonuje i przez to płyty z muzyką klasyczną traciły trochę uroku. Aczkolwiek z drugiej strony synth pop czy dark electro zyskują na takim strojeniu, więc zostaje kwestia preferencji. Całościowo jest przyjemnie, rozrywkowo i niemęcząco.

Tony średnie:

Z odbiorem średnicy miałem pewien kłopot. Pierwsze wrażenie było bardzo na „tak”. Gitary wybrzmiewają energetycznie i bogato, klawisze się nie gubią, a wokale z lekkiego oddalenia czytelnie snują kolejne wersy. Ale słucham dalej, porównuję z Audeo i coś mi nie do końca pasuje…

Spędziłem jeszcze trochę czasu z muzyką i wiem: gdzieś w okolicach 3khz zaczyna brakować oddechu w muzyce. Nie jest to wielka dolina na wykresie pasma przenoszenia, nie mamy efektu studni, ani żadnych tego typu niepożądanych sensacji. Za to otrzymujemy pewne przygaszenie wokali, mniejszą bezpośredniość dźwięku, coś co bym mógł określić mianem nadmiernie relaksacyjnego brzmienia.

Gdy dźwięki idą wyżej, w kierunku 6khz otrzymujemy z kolei podbicie pasma. Rozjaśnia to muzykę, zwiększa dynamikę i wydobywa więcej detali. Niestety nie odbywa się to bez konsekwencji, gdyż S5 nie są tolerancyjne dla sybilantów, przez co na wokalach spółgłoska „s” czasami dostaje nieprzyjemnego syczenia. Warto więc zaopatrzyć się w dobrze zrealizowane materiały odsłuchowe.

Tony wysokie:

S5 na górze są szybkie i ostre, ale z reguły unikają nieprzyjemnego wiercenia w uchu. Bardzo ciekawie brzmią w muzyce trance, gdzie wysokie klawisze dodają większej energii do nagrań. Z żywymi instrumentami jest gorzej, bo talerze perkusji zamiast wybrzmiewać potrafią „cykać” w mocno plastikowy sposób, natomiast skrzypcom brakuje pewnej spójności w brzmieniu, sprawiają wrażenie grania nieco na siłę. Ale również w tym przypadku wiele zależy od realizacji nagrań. Na dobrych jest akceptowalnie, na słabych można czuć się zdegustowanym.

Nie jest to element brzmienia tych słuchawek, który by mnie porwał, na pewno nie jest to sprzęt dla osób rozsmakowanych w górnych rejestrach i upajających się łapaniem detali z koncertów symfonicznych. Ale do muzyki rozrywkowej? Czemu nie.

Elementy okołodźwiękowe:

Separacja i szczegółowość – przy całościowo rozrywkowym i raczej relaksującym brzmieniu, nie spodziewałem się tu nic wielkiego, ale jest co najmniej dobrze. Instrumenty nie mają tendencji do zlewania się w dźwiękową papkę, każdy ma swoje własne życie i miejsce. Sporo się dzieje w muzyce, a przy tym nie mam wrażenia, że coś mi ucieka, ani nie jestem atakowany nadmiarem informacji. Przy codziennym słuchaniu, to było to, czego mi było trzeba.

Scena – jeden z ciekawszych elementów S5. Przede wszystkim spora część muzyki została „usunięta” ze środka głowy na boki i do przodu. I choć sama głębia sceny nie poraża swoją wielkością, to takie rozciągnięcie 3D bardzo pozytywnie wpływa na odbiór płyt. Jedynie wokale czasami z chęcią ułożyłbym odrobinę bliżej, bardziej intymnie. Całość jest ładnie poukładana i nie rozjeżdża się na modłę grania w pustym hangarze, ma swój spójny charakter. Dodatkowym atutem jest całkiem przekonywujące rozmieszczenie dźwięków w płaszczyźnie pionowej. Dzięki temu są to jedne z nielicznych słuchawek dokanałowych, które mógłbym polecić do grania na komputerze.

Izolacja od otoczenia – po wyjęciu słuchawek z pudełka miałem bardzo duże wątpliwości dotyczące tego aspektu. Nie potrafiłem wyzbyć się wrażenia, iż dźwięk będzie uciekał, bo ciągle będę tracił poprawne ułożenie słuchawek w kanałach. Ależ przyjemnie się zaskoczyłem! Izolacja nie jest perfekcyjna, ale stoi na bardzo przyzwoitym poziomie. Nie ma żadnych problemów z odsłuchami na chodnikach miasta, a i ze środkami komunikacji miejskiej powinny sobie poradzić. Tutaj dla mnie ocierają się o ideał – nie lubię w ruchu całkowitej ciszy (wolę mieć świadomość nadjeżdżającej karetki czy pisku opon), a przy tym zachowują komfort odsłuchu bez niepotrzebnego rozkręcania decybeli.

Z kilku źródeł otrzymałem informację, że Brainwavz S5 zdecydowanie zyskują po zmianie silikonowych nakładek na pianki Compy. W związku z tym, podzieliłem sobie odsłuchy mniej więcej pół na pół – gumki vs pianki.

I nie mogę powiedzieć, że „zdecydowanie zyskują”. Nie w sensie ogólnym. Na pewno są bardziej uniwersalne przez ugładzenie góry i basu oraz cieplejsze i bliższe wokale. Jednak „lepszość” jednych nakładek nad drugimi zależy od źródła i materiału. Słuchając Switchblade Symphony na iPadzie wolałem korzystać z silikonów, natomiast Staind na Lumii był na nich niestrawny.

Podsumowanie

Jak końcowo wypadły S5? Czy są to „killery” w swoim budżecie? Cóż, na pewno nie. Pewne braki brzmieniowe nie pozwalają mi ich postawić na równi choćby z wcześniej wspomnianymi Phonakami Audeo. Nie są to jednak słuchawki przecenione.

Przyjemne w odsłuchu, umiejętnie wciągające słuchacza w muzykę, dobrze wyposażone. Jeśli zostaną rozsądnie dobrane pod muzykę, to generowanym dźwiękiem w pełni spłacą swoją cenę. A że są całkiem uniwersalne, nie powinno być to problemem. W moim przekonaniu poległy jedynie w muzyce klasycznej. Patrząc tylko na nią, można lepiej wydać te pieniądze. Cała reszta brzmi co najmniej solidnie, a momentami zahacza o wyższe regiony dźwiękowe.

Gdybym nie lubił brzmienia przetworników armaturowych, tylko szukał czegoś na driverze dynamicznym w przystępnej cenie, niewątpliwie S5 wylądowałyby wysoko na liście moich kandydatów.

MuzoStajnia dziękuje za wypożyczenie sprzętu do testów sklepowi

Reklamy