Na możliwość przetestowania wzmacniacza od Earstream czekałem dość długo. Pamiętam już niegdyś zaczynając zabawę w audio „słuchawkowe” na Sonic Pearl patrzyłem jak za młodu na plakat Lamborghini Diablo w swoim pokoju. Wysoka półka, na ten czas nieosiągalna… niektórzy recenzenci chwalą, niektórzy gonią… tak samo z resztą jak i niektórzy co nigdy nie siedzieli za jego sterami. Strasznie się stąd marzyło aby spróbować samemu. Niestety realia nieubłagane… o ile mogę cały czas drogą kupna nabyć „kupon” na przejażdżkę Lambo po torze np. w Kielcach, to nie byłoby już to samo. Na Diablo już nie ma szans… ale to inna historia i inne emocje.
Z Earstream się udało. Nie jest to co prawda Sonic w tej pięknej budzie, ale najnowsze dzieło o nazwie Headonic. Nie czuje też takiego zawodu jak w przypadku Diablo – wszak chodzi o dźwiękowo najwyższą półkę tego producenta, wersję bateryjną wzmacniacza, którego ta sama płytka także w najnowszym Sonic Pearl jest oferowana. Więc na samą wiadomość, że do mnie przyjdzie ucieszyłem się bardzo. Na tyle, że na prawdę jak ten dzieciak nie mogłem się doczekać…

Ale zanim się doczekacie teraz Wy, to tradycyjnie o urządzeniach towarzyszących:

Źródło: Arcam rDac, Technics SL-PG590
Wzmacniacz: Rapture AMP
Słuchawki: Beyerdynamic dt990 Edition 600ohm, Audeze LCD-X, Denon D600

Gościnnie nasz bohater także wystąpił w skromnych progach zestawu M2Tech Young, Burson Audio Soloist i Sennheiser HD800.

Budowa
W końcu się doczekałem. Przyszedł dzięki koledze Audionanik z forum mp3store oraz Majkela – twórcy wzmacniaczy jak i całej marki Earstream. Wzmacniacz prezentuje się bardzo skromnie. Prosta, acz solidna czarna buda. Z przodu potencjometr, dioda zasilania oraz gniazdo jack. Z tyłu wejście RCA (dostałem do testów wersje bez preamp), zasilania oraz włącznik. Moduł bateryjny większy oraz co naturalne cięższy. Posiada dwa we/wy prądowe – aby można było podczas korzystania ze wzmacniacza równolegle baterię ładować. Oczywiście dostałem także i ów ładowarkę oraz aż trzy kable zasilające! Z tego co wiem nie jest to standardowe wyposażenie (trzy kable). Z rozmów z właścicielem i konstruktorem wynika, że kabelki mają delikatny wpływ na dźwięk (zapewne w skali jak kable zasilające do wzmacniaczy), acz niestety muszę z góry przyznać, że sam nie zdążyłem tego potestować. Testowałem wzmacniacz na dwóch kabelkach – wskazanych przez obu Panów jako ich ulubione.
Jaki jest koń każdy widzi, a jaki jest Headonic zobaczyć może poniżej.

IMG_9168 IMG_9170 IMG_9172 IMG_9171 IMG_9173 IMG_9176
A jak ten koń rży…
niestety nie każdy może posłuchać. Żałuje, że sprzęt małoseryjny jest małoseryjny, gdyż niestety niełatwo o jego odsłuch. Ale jakby nie był to by był masowy i zamiast polskiego konstruktora musiały by go robić inne rączki albo i robociki… w tym momencie czar pryska. Ale dość „filozyfowywania”…

Zanim wzmacniacz „zarży” to wypada stwierdzić, że na żadnych podpinanych słuchawkach nie generował w ogóle szumów – nawet na maksymalnym poziomie głośności. IEMów nie sprawdzałem – nie lubię parować sprzętu przenośnego ze stacjonarnym.

Na początek moich odsłuchów tego wzmacniacza wrzuciłem go pomiędzy najlepsze akurat dostępne klocki. Tak został podłączony do swojej baterii, źródła Arcam rDac i wyprowadzał sygnał dla Audeze LCD-X.
Zakładam słuchawki, włączam ulubioną muzykę i słucham i słucham… i słyszę (to Ci niespodzianka!) 🙂 Mina mi nie zrzedła, efektu WOW też specjalnie nie odnotowałem. Słucham więc dalej. I im dłużej się wsłuchiwałem tym coraz większego podziwu nabierałem, że wszystko dociera do moich uszu piekielnie dobrze reprodukowane. Wszystkie pasma wydały mi się przedstawione bardzo równo – wręcz od poziomicy. Średnica na środku, wokal na przedzie, dół obecny jakby w „sam raz”, podobnie jak i góra, której nota bene wychodzenia przed szereg się mocno obawiałem po różnych opiniach zasłyszanych.
Wszystko na swoim miejscu w odbiorze ogólnym, więc zaczęło się szczegółowe testowanie. W ruch poszły różne zestawienia, co pozwoliło nieco więcej wniosków wyciągnąć.

Góra – bardzo rozdzielcza acz bez popisów, które często kończą się ostrością. Czysta, bez uczucia naleciałości z promieniowania kosmicznego. Dająca poczucie bogactwa faktur… ale… no właśnie. Ale tutaj pierwsze zastrzeżenie. Rzeczywiście moim zdaniem góra jest zróżnicowana, fajnie się mieni – ale jakby grała bardziej środkiem swojego pasma. Najbardziej jest to wyczuwalne oczywiście na LCD-X, które też mają moim zdaniem taką tendencję. Acz również na innych słuchawkach dało się odczuć. Z jednej strony brakuje troszkę wykończenia, takiego blasku, a z drugiej czasem należytej grubości. Czasem brzmi troszkę bezdusznie. Jakby pierwsze skrzypce grał tylko środek tego pasma, a skraje było zbyt wycofane.

Środek – to chyba najmocniejszy zakres Headonica. Równy jak stół, neutralny, a zarazem dający przyjemność ze słuchania muzyki. Także nie ma mowy o analitycznym suchym brzdękaniu. Tu instrumentom prawie nic nie brakuje. Mają mieć pazur i „zaczep”… proszę bardzo. Mają mieć masę i potęgę – też się da. W tym wszystko szybko, rozdzielczo – na wysokim poziomie technicznym. Także najpiękniejszy z instrumentów, czyli wokal dał się poznać z jak najlepszej strony. Gładki, głęboki z przyjemną nutą słodyczy. Na praktycznie każdym kawałku to pasmo prezentuje się bardzo dobrze. Właśnie, jak napisałem „prawie” – po prostu w głowie zostawała myśl, że trochę więcej dynamiki i energii to by na pewno nie zaszkodziło. Nie ma tu w żadnym wypadku elementu suchości, mocnego znamiona „tranzystora”. Bo jest wręcz analogowo i gładko. Jednak czegoś brakuje. Może dźwięczności to dobre słowo? Jest trochę głucho jak w idealnie wygłuszonym studiu. Nie są to absolutnie zarzuty dużej wagi, acz właśnie takie wrażenie braku kropki nad bardzo ładnie i porządnie napisanym ‚i’.

Dół – bardzo zróżnicowany, z dobrym atakiem, całkiem niskim zejściem. Lecz tu jeszcze bardziej nachodziła myśl, że troszkę energii tu i tam by się przydało. Brakuje takiego „walnięcia” na przebudzenie…

Holograficznie bomba – nie ma co owijać w bawełnę. Chyba najlepszy wzmacniacz w tym aspekcie jaki dane mi było słuchać. Wzorowa separacja instrumentów, bardzo czytelna lokalizacja. Nie ma szans aby coś się zlało – po prostu czyściutkie granie. Nie ma też szans aby instrument się „rozciapciał” po całym obrazie. Ma swoje wyraźne miejsce – nie tylko lokalizacyjnie ale też w kontekście zajmowanej przestrzeni na scenie. Nawet szybkie, gęste, wielo-instrumentowe kawałki nie zmuszają Headonica do kapitulacji. Nawet słabo nagrany metal nie jest przedstawiany jako ściana dźwięku.
Scena jest trójwymiarowa i przedstawiona bardzo spójnie. Mam jednak wrażenie, że nieco faworyzuje głębie kosztem szerokości. Pierwszy plan jest dość blisko słuchacza, natomiast kolejne z wyraźnym odstępem.

Im dłużej testowałem to urządzenie w różnych konfiguracjach tym miałem większą zagwozdkę. Na jaki aspekt nie zwróciłem uwagi było więcej niż dobrze. Ale czegoś brakowało. Trochę tego magicznego pierwiastka, który natchnie więcej w muzykę życia. Spokojne kawałki instrumentalne były poezją. Lekki jazz, soul… w to mi graj. Ale np. na mocnych rockowych kawałkach czułem się jakbym jednak siedział w garniaku… Skupiam się na muzyce, bardzo ona wciąga, bardzo chce się smakować jako całość i wyszukiwać drobnych smaczków. Niesamowita przyjemność z odsłuchu… ale chęci do wkroczenia w młyn jakoś brak.

Nie mogłem dać za wygraną, chcąc dociec przyczyny tego wrażenia. Z pomocą przyszedł Rapture oraz Soloist.

Headonic na baterii vs Rapture
Przyzwyczajony już parodniowym zapoznawaniem się z Headonic, po przesiadce na Rapture stwierdziłem u niego nieco podbity dół pasma. Headonic przecież był tak równy. Posłuchałem parę kawałków na Rapture… wracam do Headonica. Hmmm… ale on średnicowy. I bądź tu człowieku mądry sobie pomyślałem. I do tej pory sam nie wiem. Ale jeśli Headonic jest równy jak stół to zarówno Rapture, Music Hall PH25.2, Burson Soloist, FCL, Little Dot VI+, The Wire grają podkolorowanym, zaakcentowanym dołem. Masywniej przedstawiając instrumenty – Headonic rysowany jakby cieńszą kreską. Pomiary może by prawdę powiedziały – ale ja jednak skłaniam się ku teorii, że Headonic gra nieco odchudzonym dźwiękiem, takim nieco bardziej głuchym. Słuchając go samodzielnie wydaje się równiusieńki… ale jednak porównując czy przywołując z pamięci inne słyszane sprzęty właśnie troszkę tu „poweru” brakuje. Po tygodniu odsłuchów wyrobiłem sobie teorię na ten temat ale o tym później…
Wracając do porównania…

Góra w RA jest nieco jaśniejsza. Acz nie do końca – bardzo ciekawe wrażenie. Gdyż mimo pierwszego odbioru „jaśniejszości” blachy wydają się grubsze. Są po prostu lepiej wykończone. Bardziej dźwięczne i zróżnicowane. RA potrafi dać zarówno grubość blach jak i blask na końcu. Podczas gdy Headonic bardziej matowo, szaro i mniej zróżnicowanie oddaje ten zakres (np. talerze). Znów jak poprzednio wspomniałem – efekt przede wszystkim rzuca się w uszy na Audeze.

Środek obu wzmacniaczy jest moim zdaniem fenomenalny, ale każdy z nich ma swój styl. W Rapture trochę masywniejszy. W tym zestawieniu z akcencikiem na samym dole tego pasma (bądź jego niedostatku w Head). To w Rapture dzięki temu podoba mi się bardziej masa fortepianu czy prowadzenie gitary basowej – odbieram je jako naturalniejsze. Kiedy instrumenty z tych rejonów na prawdę w utworze stanowią dalsze tło, smaczki, to w Headonicu potrafią mi znikać ze sceny zupełnie (np. w skomplikowanych, gęstszych kawałkach). Headonic natomiast z nieco jaśniejszą i chudszą średnicą uzyskuje większą szczegółowość instrumentów o wyższej tonacji. Także cała średnica jest bardziej rozdzielcza. Np. wibracje gitary akustycznej są czytelniejsze. Zetknięcie ze struną wyraźniej zaznaczone, zanim dochodzi do jej pełnego wybrzmienia. Acz z kolei następuje jej szybsze, dla mnie za szybkie, odcięcie. Rapture daje naturalniejsze wybrzmienie – większą energię, moc. Także kurcze znów coś za coś.
Wokale w obu prima sort. Mimo tych małych zarzutów o odchudzenie średnicy nie identyfikuje żadnego osuszania czy gardłowości wokali w Headonicu – o nie. Gładkie, głębokie, pełne, piękne. Trochę jaśniejsze niż w RA, co czasami daje fajny blask. W Rapture tu najbardziej wychodzi troszkę takiej lampowej magii. Jednak na co by się nie skarżyć to sumarycznie oba wzmacniacze pokazują tu klasę.

Dół – Rapture mocniej zarysowany. Jest barwniejszy, masywniejszy. Ale w żaden sposób nie rozlazły – bo kontrola i szybkość jest równie dobra. Headonic nieco twardszy, taki „musztrowy”. Ale ma bardzo dobry atak i również fajne zejście… nie ma, że odpuszcza. Acz prezentuje to pasmo troszkę chudziej. Niemniej miałem wrażenie większego zróżnicowania w Headonic. Mocniejsze zarysowanie w Rapture czasem zbliża w tym porównaniu poszczególne gary barwowo do siebie…
Podobnie jak z niższą średnicą – tak i sam dół z dalszych planów utworu potrafi na Headonicu zniknąć zbytnio ze sceny.

Holograficznie oba urządzenia to najwyższa półka – w jednych utworach podoba mi się bardziej jeden, w drugich drugi – ale nie znalazłem reguły w tej żonglerce. W sumie też różnice nie są duże. Oba świetnie separują i podają lokalizację źródeł pozornych, ale to Headonic ma minimalnie tutaj przewagę.
Scenicznie oba wzmacniacze prezentują się bardzo swobodnie. Headonic przez chłodniejsze granie wydaje się czystszy scenicznie, trochę swobodniejszy. Natomiast Rapture brzmi z większym rozmachem – studio (Headonic) kontra koncert (Rapture). RA przez nieco cieplejsze granie ma nieco masywniejsze instrumenty, z trochę większym pogłosem. Przez to wydaje się grać szerzej – ale to może jedynie złudzenie przez efekt większych instrumentów, co dają poczucie jakbyśmy stali nieco bliżej sceny. Headonic natomiast mocniej akcentuje głębie niż szerokość – i ta głębia jest wyraźniejsza niż w RA. Ten ostatni przedstawia kolejne plany bliżej siebie.

Reasumując trudny wybór. Na LCD-X muszę powiedzieć, że dla mnie jest remis. Typowe coś za coś. W klasyce, jazzie, akustycznym lekkim rocku, koncertach unplugged wolę Headonica. Bardzo fajnie wciąga w utwór. Przy mniejszej liczbie instrumentów nie przeszkadza mi (osobiste preferencje) nieco odchudzenie i odciążenie. Jest naturalnie, czysto, dostojnie.
Natomiast w rocku, metalu, rnb wolę Rapture. Jest większy drive, fun, energia. Headonic czasem zbyt odchudza, gubi podstawę basową, gra zbyt „nudno”. Owszem nie ma wątpliwości, że lepiej separuje te gęste i szybkie utwory… ale nie jest to przepaść a na prawdę mała różnica, kiedy energia jest wyczuwalnie słabsza. Powtórzę się, ale jak o tym myślę to to skojarzenie przychodzi mi do głowy najczęściej – jakby koncert rockowy na siedząco w garniaku 🙂

Podczas słuchania na Beyerach dt990 600ohm wybieram Rapture. Technicznie mamy tu remis, jednak to on barwowo dużo bardziej mi podchodzi. Po prostu lepsza synergia i preferencje – głównie związana ze zbytnim odchudzeniem dołu.

Więc jeśli wybieracie między tymi dwoma wzmakami – na prawdę nie jest prosto. Bez podłączenia pod konkretny zestaw i porównań na spokojnie się nie obejdzie.

Niemniej zaskoczyło mnie sparowanie z Denonami D600, co z rzetelności muszę odnotować. Wydawałoby się, że bardziej średnicowy Head od razu złapie synergię z tymi słuchawkami… a w rzeczywistości… i tak i nie. Z jednej strony tak – bo wypycha wokale na przód i wyrównuje balans tonalny. Jednak z drugiej strony te i tak chude wokale jeszcze bardziej odchudza, zabiera nieco emocji. Dodatkowo dół (midbas?) na Head zaczął hulać niczym wiatr po polu. Niby całość przekazu jest znów mniej dociążona niż w RA… ale pogłosy tuby basowej stały się bardzo dla mnie niestrawne. Nie potrafię tego wytłumaczyć – takiego efektu się nie spodziewałem. Powoduje to zagęszczenie przekazu i odebranie czystości grania. Dziwny dla mnie efekt. Ewidentnie się te sprzęty nie polubiły. RA tu zdecydowanie lepiej trzyma D600 w ryzach – dalej popisując się szybkością i precyzją. Oraz naturalniejszą barwą.

Headonic na zasilaczu (modowany Abasco) vs Rapture
Długo się zastanawiałem czy porównywać Rapture ze słabszą wersją Headonica. Bo z jednej strony Rapek nie jest na baterii. Ale z drugiej przepraszam – po pierwsze nikt nie bronił nikomu wsadzać baterii – porównuje topowe produkty danego producenta. Taki był mój zamysł. Po drugie to Headonic na moim Abasco byłby zdyskredytowany – bo nie jest to ewidentnie zasilacz klasy takiej jak ta sekcja w RA. Żadnego TeddyPardo czy Tomanka niestety nie mam na stanie o takim napięciu zasilania. Więc tak źle i tak nie dobrze.
Poza tym Headonic z takim zasilaczem to 2000pln (z funkcją pre-amp wg strony producenta), RA 2500pln (wg ostatniej wystawianej sztuki). Headonic z baterią (i ładowarką) to katalogowo 2900pln z funkcją pre-amp. Więc cenowo niemal „po równo”, acz jednak  minimalnie bliżej ceny RA jest tu wersja bateryjna. Dodanie zasilacza bardzo wysokiej jakości do Headonica zapewne zrównałoby ceny obu urządzeń – niestety takiego nie miałem na stanie.
Osobiście bardziej obiektywne wydaje mi się porównanie topowych konstrukcji obu producentów (zwłaszcza, że Rapture nie był wpięty do brudnego prądu ale do całkiem porządnego filtra), ale dla dziennikarskiej rzetelności pokrótce.
W tym zestawieniu Head zdecydowanie traci swoje walory. Nie jest już tak szybki i rozdzielczy jak Rapture. Brak tej dynamiki. Niższa średnica się nieco schowała i zmatowiała. Zupełnie brakuje należytej masy. Góra jeszcze bardziej zszarzała. Dodatkowo scena nabrała chaosu (oczywiście stosunkowego – nie ma tu tragedii Posejdona) – nie jest tak czysto, tak swobodnie, nie ma tak precyzyjnej lokalizacji i bezwzględnej separacji, którą to na baterii Headonic potrafił górować nad RA. Jednak brak tej swobody jako ogólnego odbioru sceny jest słyszalny od razu i daje wrażenie zagęszczenia, rozmydlenia przekazu.
Nadal jest to dobry poziom – nadal daje możliwość smakowania muzyki i cieszenia się nią na całego. Ale po pierwsze dla mnie osobiście już było za chudo, a po drugie tu jednak jakościowo trzeba postawić Headonica nieco poniżej RA. Kupując Headonica i wydając już taką kwotę zdecydowanie sugeruję liczyć się z dokupieniem prędzej czy później bądź porządnego zasilania, a najlepiej właśnie baterii oferowanej od razu przez producenta. Przynajmniej ja, mając porównanie, tak bym bez wątpienia zrobił. Nie zmienia się absolutnie charakter urządzenia. Nie jest to rewolucja – acz po prostu słyszalna ewolucja.

A jak u Gości?
Na koniec… no może prawie na koniec, chciałbym krótko wspomnieć o gościnnym występie Headonica i Rapture w progach M2Tech Young, Burson Soloist i HD800. Krótko, gdyż odsłuchy były krótkie i szczegółowych wniosków nie odważe się wyciągać.
Obiektywnie – scenicznie Burson gra z największej oddali, RA i Head kreowały scenę bliżej głowy słuchacza. Moim zdaniem Soloist gra węziej, ale głębiej. RA i Head szerzej, z większą ilością powietrza między instrumentami i moim zdaniem z lepszą separacją. RA najbardziej dociążony, mięsisty, potem Burson i na końcu Headonic – albo bardzo równy, albo średnicowy (tak go określił od razu drugi opiniujący – pozdrawiam i dziękuję za gościnę! 🙂 ).
Burson natomiast dla mnie najbardziej matowy (zwłaszcza na wokalach), szary – choć nieduża to różnica. RA natomiast najbardziej nasycony, barwny, naturalny. Head po środku.
Może trochę chaotyczny akapit wyszedł… ale spieszyłem się by dojść do motywu przewodniego. Czyli tej subiektywnej lepszości, do której każdy z nas dąży. Mianowicie ja bez wątpienia wybrałem Rapture i Headonica nad Bursona. Właściciel wybrał Bursona – szukając przede wszystkim koncertowej sceny i grania głębią. Także widać jak lepszość jest zależna od naszych preferencji, a przede wszystkim od cech, których szukamy i na które pierwsze zwracamy uwagę przy porównaniach.

The End
Teraz już na prawdę na koniec. Uważam, że Headonic to kawał wzmacniacza. Wraz z Rapture stanowią dwa najlepsze tranzystorowe wzmacniacze jakie dane mi było słuchać. Oba nieco inne – dając coś jeden nad drugiego i coś tracąc. Po recenzji widać, że nie do końca sam wiedziałem jakie są tego przyczyny, że tak na zakładkę przedstawiają swoje walory. Zwłaszcza Headonica nie mogłem rozgryźć. Słuchany samodzielnie równy, w zestawieniu średnicowy. Barwa nieco odchudzona… ale nie ma często idącej z tym w parze suchości wokali, a wręcz przeciwnie. Nie ma też zbytniej analityczności, zostając bardzo muzykalną bestią. Dostarcza na prawdę masę przyjemności, ale jednak czasem brakowało mi w nim energii…
Tak przez cały tydzień dumałem i się wsłuchiwałem, aż pewnej teorii się dorobiłem. Teorii dot. przyczyn nieco odchudzenia Head – wrażenia nieco może nie chudości, acz głuchości będzie tu lepszym określeniem. Zaobserwowałem, że RA ma mniej zaznaczony atak, dłuższe wybrzmienie. Takie nuty niemal w literze odwroconego U. Daje to wspominaną większą masę i bliskość dźwieku. Większą namacalność. Kiedy Headonic robi to na planie odwróconego V. Atak jest bardziej zaznaczony w czasie, jednak samo wybrzmienie jest krótsze. Moim zdaniem daje to nieco mniejszą głębie, bardziej głuchy dźwięk, przy dźwięczniejszym Rapture. Więc może oba urządzenia grają równo, a po prostu kładą nacisk na inne fazy dźwięku? Może stąd to odchudzenie w niższych rejestrach Headonica – gdyż tam najbardziej odczuwalne jest krótsze wybrzmienie. Choć góra też tego trochę doświadczyła. Oczywiscie podane odwrócone U i V to zobrazowanie z wielkim uproszczeniem i przesadą, gdyż różnice nie są aż tak wielkie, ale chyba rozumiecie o co mi chodzi…

Headonic (wersja bateryjna)
Plusy
+wzorowa, najlepsza jaką słyszałem holografia, czytelna separacja instrumentów i lokalizacja źródeł
+rozmach i swoboda sceniczna (naturalna trójwymiarowa scena)
+(S)łagodne, muzykalne, analogowe granie bez utraty detaliczności i szczegółowości
+(S)naturalne, głębokie, gładkie wokale
+bardzo dobra szybkość i kontrola
+bardzo dobra rozdzielczość
+bogactwo faktur dolnych i środkowych rejestrów
+równy jak stół

Minusy
-nieco bezduszna, głucha góra
-(S)małe braki w energii, mocy przekazu, głównie w dynamiczniejszej muzyce rockowej – spowodowane zbyt krótkim wybrzmieniem(?)
-(S)minimalnie zbyt odchudzone dolne rejestry

Ocena ilościowa – bezwzględna, nie biorąc pod uwagę ceny: 90%
Ocena z uwzględnieniem ceny urządzenia: 87,5%

W przypadku chęci zapoznania się z bardziej szczegółową opinią dot. Rapture, który został wykorzystany do testów zapraszam tutaj:
https://muzostajnia.wordpress.com/2014/09/10/bylo-ich-trzech-czyli-the-wire-fcl-ii-i-rapture/

Reklamy