Piękny dzionek… wchodzę na komis forum.mp3store.pl i widzę ogłoszenie sprzedaży Beyerów dt990 Edition 600ohm. Jako wielbiciela serii dt990 i posiadacza ich w wersji Pro 250ohm bardzo mnie to zaciekawiło, zwłaszcza, że wcześniej nie dane mi było dłużej z nimi obcować. To raz dwa, szybkie szacher macher, małe teściki, porównania… i dt990 Edition 600ohm zastąpiły u mnie wersje Pro. Po zamianie okazało się, że wielbiony przeze mnie Music Hall PH25.2 owszem gra fantastycznie z nowym nabytkiem… acz poczułem, że nie złapał aż takiej synergii jak wcześniej z Pro. Że z Edition 600ohm mogę wycisnąć więcej. Tak zaczęło się poszukiwanie wzmacniacza na nowo…

Słuchałem paru firmówek i w założonym budżecie jakoś nic mnie nie zachwyciło. Tak przypomniałem sobie o czymś zwanym DIY oraz już małych rodzimych wręcz manufakturach. Bez chwili zastanowienia zwróciłem się więc do forumowych kolegów z prośbą o wypożyczenie swoich dzieł – a co bym mógł się przysłuchać i zdecydować czy rzeczywiście Music Halla z domu czas pogonić. Kolejno tak więc do mnie dotarły Rapture Final Mikołaja612, The Wire kolegi Bamboszek i znany mi z wcześniejszej rewizji FCL II (gdyż wersji pierwszej byłem parę miesięcy szczęśliwym właścicielem) od lokalnego krajana Fatso.

W międzyczasie radosną nowiną pochwalił się forumowy kolega Chickenek, iż pracuje także nad swoją autorską konstrukcją. Także możliwe, że uda się odsłuchać najnowsze dzieło doświadczonego Majkela, czyli Headonica. To byłby komplet wzmaków naszych rodzimych znanych mi konstruktorów, którymi jestem żywo zainteresowany w celu pozostawienia sobie w domu konstrukcji najbardziej spełniającej moje oczekiwania. Oczywiście swoje boje także jakimś tekstem podsumuje – więc też trzymajcie kciuki 🙂 Lecz wracając do głównych na tę chwilę bohaterów…

Było ich trzech…

Wszystkie trzy wzmacniacze otrzymałem w standardowych budach uniwersalnych. W żaden sposób mi to nie przeszkadza – wszystkie wręcz uważam za solidne, schludne i po prostu dobrze się prezentujące. Naszych bohaterów odróżniają przede wszystkim dwa elementy. Po pierwsze jak widać na zdjęciu mamy tutaj trzy różne kategorie wielkościowe – największy Rapture, filigranowy w tym porównaniu The Wire i FCL II będący dokładnie po środku. Po drugie włącznik – The Wire jako jedyny ma umieszczony z tyłu obudowy. Dla mnie jest to „feature” nie „bug”, acz feature, którego ja osobiście nie lubię.

Każdy ze wzmacniaczy ma natomiast po bożemu potencjometr z przodu, a z tyłu wejście RCA i takież samo wyjście preamp. W żadnym nie zauważyłem jakiś uchybień, kłopotów z obsługą, wygodą itd. itp., także pochwały dla konstruktorów.

IMG_9014IMG_9017

Odnośnie wnętrza – wykonania i użytych elementów mamy trzy sytuacje:

  • The Wire – Bamboszek zezwolił na sfotografowanie, stąd możecie zobaczyć, że wszystko jest wykonane wewnątrz również z największą starannością. Konstrukcja nie jest tajemnicą, gdyż projekt The Wire jest projektem otwartym, o czym więcej na końcu – w paru słowach od samego Bamboszka.

IMG_8990

  • FCL II – otworzyłem, popatrzyłem, acz nie ma zgody na fotografię stąd musicie uwierzyć na słowo, że tu również jest wszystko dopieszczone. Konstrukcja bazuje na klonie Lehmanna – właściwie to bazowała w pierwszej edycji FCL. W wersji II mamy, zgodnie z informacją od Fatso, sporo zmian, powodujących, że klonem FCL II już nazywać nie należy.

  • Rapture – dostałem z plombą, stąd tu trzeba wierzyć konstruktorowi, że też wewnątrz jest wszystko gites. Tu projekt jest od początku istnienia autorski Mikołaja. Najpierw powstała wersja RTM (recenzowana już w paru serwisach), po czym światło ujrzał omawiany „Final”.

The Wire i FCL II są w tej samej kategorii cenowej (zgodnie z informacją od konstruktorów ~900pln w zależności od aktualnego kosztu części, kursu złotówki itp.), natomiast zaznaczyć trzeba, że Rapture jest zdecydowanie droższy (ostatnie sztuki były wystawiane przez Mikołaja za 2500pln).

… w każdym z nich inna krew

Ale zanim do odsłuchów dojdziemy to tradycyjnie o urządzeniach towarzyszących:

Źródło: Arcam rDac, SMSL SD650, iBasso DX50, Technics SL-PG590

Słuchawki: Beyerdynamic dt990 Edition 600ohm, Audeze LCD-XC, Denon D600

Kabelki: Srebro solid core 6N, miedź solid core 7N, Nordost Red Dawn.

Rapture Final

Pierwszy w moich progach zawitał Rapture Final. Miałem okazję dłużej obcować z wersją RTM, co również przelałem na recenzję dostępną tutaj:

http://forum.mp3store.pl/topic/119349-wzmacniacz-stacjonarny-rapture-amp/

Z tego względu nie będę tutaj pisał wywodów od początku, a skupie się przede wszystkim na zmianach, zachęcając do lektury także powyższego tekstu. Wersja RTM nie wyparła u mnie Music Halla PH25.2 jako napędzacz Beyerów dt990 Pro 250ohm. W tej hybrydzie przede wszystkim bardziej podobała mi się holografia oraz wypełnienie, naturalność barw (spowodowane zapewne magią lampek w MH). Jak wypada z kolei wersja Final?

Moim zdaniem wersja ostateczna to spory krok na przód w porównaniu z wersją preprodukcyjną. Parę rzeczy, które przede wszystkim rzuciły mi sięw uszy (na podstawie pamięci jak i porównań obu wersji bezpośrednio do tegoż samego MH PH25.2) to:

  • jest jeszcze czyściej. Tło między instrumentami jest wyraźniej czarne, „próżniowe”,
  • jest większa dynamika. Zarówno w skali makro, gdzie czujemy ją wewnątrz ciała, chętnie kiwając głową w rytm muzyki, jak i w skali mikro – dając większą rozdzielczość,

  • bardziej wypełniony, dla mnie naturalny przekaz. Nabrał większej gładkości i trochę takiej magii lampowej. Zwłaszcza góra nabrała ogłady, zaokrąglenia, co warto zaznaczyć nie tracąc na rozdzielczości i zróżnicowaniu. Wokale stały się bardziej aksamitne – po prostu bardziej dla mnie miodne. Nie jest to moim zdaniem podkolorowanie, a naturalność, „analogowość”, którą wcześniej u tranzystorów nie odnalazłem, skarżąc się często na ich manierę osuszania, matowienia.

  • holografia – byłem bardzo zadowolony, że ten element nie tylko uległ poprawie względem RTM, ale także przewyższył Music Halla. Rapture gra z rozmachem i niesamowicie spokojnym ułożeniem sceny. Nie ma tu nerwowości, nie ma nakładania się instrumentów na siebie. Jest wyraźna separacja, z dużą ilością powietrza. Czyniąc scenę zarówno szeroką jak i bardzo fajnie różnicowaną wgłąb. Instrumenty mają swoje miejsce na scenie, gdzie w tym porównaniu to teraz na ph25.2 czasem się robił chaosik.

Nadal jest to granie bardzo równe moim zdaniem pasmowo oraz mocno transparentne. Bardzo dobrze oddawany jest tutaj charakter źródła. Bez problemu wyłapuje się wszelkie zmiany, w tym okablowania. Nasze źródło dostaje po podłączeniu do Rapture po prostu więcej tlenu – gra pełną parą. Takie jest moje wrażenie za każdym razem gdy go włączam…

The Wire by Bamboszek

Prawdę mówiąc cieszyłem się jak dziecko, że przyjdzie mi odsłuchać to urządzenie. Niewiele o nim czytałem, a jak już to nie szczegółowe wywody, a tylko krótkie opinie i to w samych superlatywach. Nie do końca im dowierzałem, mając swoje obawy, a z drugiej strony właśnie nie mogłem się z jakiegoś powodu doczekać aby samemu zweryfikować.

Po podłączeniu go u siebie od razu wiedziałem – nie przestane się cieszyć. Od razu rzuciła mi się w uszy bardzo fajna barwa tego wzmacniacza. Granie bardzo równe, dążące do transparentności, ale jednocześnie pełne, nasycone, z rozmachem. Bałem się, że będzie sucho i bezpłciowo – niepotrzebnie. Mimo nasycenia jest to wzmacniacz niesamowicie szybki. Czuć, że to dość mocny zawodnik (elektrycznie). Nie ma mowy aby nie zapanował nad słuchawkami, aby pozwolił się dźwiękom rozleźć leniwie, jeśli nie ma tego w nagraniu. Wszystko jest trzymane w ryzach i dodatkowo podane z dużą rozdzielczością. Bez problemu dał radę i 600ohmowym dynamikom jak i LCD-XC. Barwa (w tym nasycenie), dynamika i szybkość zrobiła na mnie równie duże wrażenie jak w przypadku pierwszego zetknięcia z Rapture.

The Wire buduje scenę bardziej na boki niż wgłąb. Jest dosyć szeroko z odpowiednim napowietrzeniem, acz podane w stylu „na twarz”. Scena jest nieco spłaszczona, nie pozwalając na łatwą identyfikację kolejnych planów. Wszystko dzieje się dość blisko słuchacza – stojącego tuż pod sceną, jak nie na jej krawędzi.

The Wire dał się poznać jako wzmacniacz grający bardzo równo. Nie wychwyciłem tu górek, dolin czy wręcz przepaści. Wszystkie pasma są odwzroowane bardzo dobrze – dając barwowo naturalny moim zdaniem przekaz.

Góra (i wyższa średnica) wywarła na mnie najsłabsze wrażenie. Jest troszkę agresywna. Góra idzie wysoko, jednocześnie będąc nieco ostrą, konturową. Jest przy tym nieco jednolita, co przy ostrzejszej muzie daje wrażenie pozlepiania. Na prawdę minimalnie… ale jednak.

Środek idzie w stronę wspomnianego wypełnienia, gładkości, aksamitu. Bardzo przypadły mi do gustu wokale – nasycone, pełne. Bez suchości czy gardłowości. Średnica jest moim zdaniem bardzo równa. Mamy tu i mięsko gitar elektrycznych i pazurek akustycznych. Mamy i odpowiednią masę kontrabasu, jak i czytelność skrzypiec. Wszystko w akompaniamencie tych pięknych wokali. Pełnych, gładkich, aksamitnych. Bardzo pozytywne zaskoczenie (chyba jednak zaskoczenie ?).

Dół jest zwarty, bardzo dobrze trzymany w ryzach. Ilościowo dla mnie w sam raz – ani nie ma go za wiele dominując, ani nie chowa się za bardzo w tle. Choć mam dwa małe zastrzeżenia. Po pierwsze mógłby zejść nieco niżej, bardziej dać się odczuć w kościach oraz druga kwestia (podobnie acz w mniejszej skali niż odnośnie góry pasma) to mógłby być bardziej zróżnicowany. Czasem miałem wrażenie grania na jedno kopyto, poszczególne bębny brzmiały zbliżenie, były trudniejsze do rozróżnienia. Acz to już nieco czepianie się…

The Wire najlepiej słuchało mi się z Beyerami dt990 Edition 600ohm. Nie przeszkadzały zbytnio braki w głębi ani ostrzejsza jak dla mnie góra tego wzmaka. Te słuchawki są słodkie, dość łagodne na górze i same w sobie fajnie układają plany. Także złapały synergię.

Słabiej natomiast wypadło połączenie z Audeze LCD-XC. Zagrało to dość dla mnie agresywnie. Nie jest to efekt moim zdaniem niewysterowania tych słuchawek, ale połączenie dwóch cech co po prostu nie posłużyły tym słuchawkom. Mianowicie przyostrawa góra, a przede wszystkim kreowanie sceny w stylu „rzucanie na twarz”. Można to oczywiście niwelować źródłem (wzmacniacz bardzo fajnie przepuszcza to co dostaje, różnicuje zmiany źródeł czy nawet okablowania), acz jest to pewna maniera, którą muszę odnotować.

Trzeba też zwrócić uwagę, że jestem bardzo wyczulony na górę i jej ostrość – więc całkiem możliwe, że inny słuchacz na ten aspekt nie zwróciłby w ogóle uwagi.

Reasumując wzmacniacz wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Zwłaszcza przez naturalną, nasyconą barwę. Znajdując synergię z resztą toru banan nie schodzi z gęby. Odnośnie synergii ja polecam skupić się na zniwelowaniu przede wszystkim nieco spłaszczonej sceny… dla mnie to jedyna wada godna odnotowania. Reszta mankamentów, które wymieniłem uznaje za mankamenty w dużo mniejszej skali – w niektórych zestawach nawet pomijalne, będąc trudnymi do wychwycenia.

Także dla mnie bardzo miła niespodzianka… nowy zawodnik wchodzi z niezłym przytupem do mojego osobistego rankingu. Panie i Panowie… The Wire.

The Wire vs Rapture

Na początek pozwolę sobie zacytować siebie 🙂 „Barwa (w tym nasycenie), dynamika i szybkość zrobiła na mnie równie duże wrażenie jak w przypadku pierwszego zetknięcia z Rapture”. Rzeczywiście tak jest. W tym aspekcie urządzenia mają podobny charakter. Jednak rozbijając na czynniki pierwsze Rapture w kilku aspektach przewyższa „druta”. Mimo jeszcze nieco większego nasycenia Rapture gra czyściej, dostojniej, z większą swobodą. Przez czystsze tło, większe napowietrzenie i bardziej trójwymiarową holografię każdy instrument ma tu swoje wyraźne miejsce. W The Wire jednak się to wszytko spłaszcza (wspomniana mniejsza głębia) i minimalnie zwęża – tez bez takiego czarnego, czystego tła pomiędzy. Oba wzmaki są równie szczegółowe – z tą różnicą, że The Wire szczegół eksponuje na bliższe plany, kiedy to Rapture pozostawia je szczegółami. Kiedy trzeba na dalszych, acz równie czytelnych, planach.

Barwowo The Wire podobnie jak Rapture dąży do transparentności. Ma minimalnie tą manierę częstą dla tranzystorów – troszeczkę osusza, matowi – ale na prawdę minimalnie. Bez porównania łeb w łeb nie zarzuciłbym tego The Wire. Także tutaj i tak duży plus dla niego. Bo jest to tak minimalne, że nie przekłada się na gardłowość czy inne zniekształcenie wokali (które dla mnie pierwsze cierpią przez tego typu tranzystorową manierę). Cała średnica z resztą jest mocnym punktem tego urządzenia i nie mam jej nic do zarzucenia.

W The Wire miałem trochę zastrzeżeń odnośnie górnego pasma. Faktycznie Rapture tutaj jest bardziej rozdzielczy, pomimo stosunkowego zaokrąglenia i gładkości. Blachy są na nim trochę grubsze, dla mnie bardziej naturalne, mniej cyfrowe.

Dół też ze wskazaniem na Rapture – schodzi niżej i jest bardziej zróżnicowany.

W tym pojedynku wygrywa Rapture – bardziej naturalna, pełniejsza barwa. Gładszy, a przy tym bardziej rozdzielczy i z większą paletą faktur. No i scenicznie – napowietrzenie, czyste tło, trójwymiarowa holografia stoją po stronie Rapka.

Nie wiem jak interpretujecie moje powyższe wywody – ale The Wire na prawdę mi się spodobał, nawet w tym bezpośrednim porównaniu i ma moją pełną rekomendację. Acz lepsze wrogiem dobrego… Nie wolno natomiast zapominać o różnice w cenie – The Wire jest ponad dwukrotnie tańszy niż Rapture. Czy w swojej kategorii cenowej jest dobrą propozycją… na pewno „must have” do odsłuchu. Czy „killer” to zapewne okaże się po porównaniu z FCL II.

FatCubeLinear II

Do tej konstrukcji mam niewątpliwy sentyment – starszy brat był moim pierwszym porządniejszym wzmacniaczem słuchawkowym. Czy w nowej odsłonie wróci na moje salony? 🙂

Pierwsze wrażenie po wpięciu się w FCL II – brakuje mi trochę przestrzeni. Jest bardzo czysto, z czarnym tłem ale nieco kameralnie, wąsko. Wchodzi wokal… kurcze, poszedł FCL do przodu w stosunku do pierwszej rewizji. Jest naturalniej, jest więcej emocji… ale jednak jest tranzystor. Wokal jest nieco nosowy w porównaniu do czego się od kilku miesięcy przyzwyczaiłem (hybryda Music Hall PH25.2). Nie jest to taka różnica jaką pamiętam przy przesiadce z FCL I na MH, ale jednak wokale nie są tak pełne i gładkie… ale od początku…

Scena nie powala wielkością (zwłaszcza szerokość), ale jest za to bardzo naturalna. Spójna. Rozkłada elementy trójwymiarowo, tak jak to na świecie jest zorganizowane. Separacja jest na wysokim poziomie, choć większa przestrzeń pomiędzy instrumentami na pewno wniosła by ten aspekt na jeszcze wyższy poziom. Obecnie czasem jest poczucie przyduszenia, jakby słuchawki nie miały tego oddechu, tej lekkości grania. Jakby muzycy czasem deptali sobie na scenie po piętach.

Barwa FCL II jest moim zdaniem minimalnie przechylona na jasną stronę mocy. Nie wiem czy to nie czasem efekt tej maniery nieco matowej średnicy… czy jeszcze jest ona nieco odchudzona. Ale mam wrażenie ogólnego rozjaśnienia przekazu.

Góra w FCL II daje wrażenie nieco pozlepianej. Zwłaszcza w ostrzejszych metalowych kawałkach z dużą ilością talerzy. Jest co prawda zróżnicowana, acz nieco właśnie zbita. Idzie wysoko i jest dość jasna, a zarazem szklista. Mam wrażenie cyfryzacji tego pasma, nieco braku naturalności.

Średnica – przez wspomniany efekt nieco zmatowienia i odchudzenia jest dla mnie po jasnej stronie mocy. Daje to spójny obraz w połączeniu z jasną górą, acz moim zdaniem nieco mniej naturalnie oddaje instrumenty, a zwłaszcza wokale. W niektórych kawałkach odczuwałem to bardziej, w niektórych w ogóle. Bo czasem wokal był nieco gardłowy lub suchy (np. Sting, Sully Erna, Kurt Cobain), a czasem fajny aksamitny (np. Nosowska, Kazik – jaśniejszy niż znałem dotychczas, ale aksamitny, z blaskiem, a nie suchością). Nie potrafiłem znaleźć reguły. Nie jest tak, że męskie wokale są gardłowe, a kobiece z blaskiem. Różnie z tym bywało i płeć nie była tu kluczem. Mimo, że trochę zastrzeżeń zostało to uważam, że w tym paśmie jest znaczny progres w stosunku do pierwszej rewizji FCL.

Dół w tym wzmacniaczu jest bardzo bogaty. Bardzo zróżnicowany. Kiedy trzeba podziała na wyższych tonach i pomruczy, a kiedy trzeba zejdzie do piekieł. Ilościowo także nie mam nic do zarzucenia. Dla mnie prima sort…

W stosunku do pierwszej wersji FCL uważam, że zmiany poszły w dobrym kierunku i są wyraźne. Progres przede wszystkim to czystsze granie, czarne tło dające wyraźniejszą separację oraz bardziej naturalna barwa – większa soczystość i wypełnienie.

FCL jest moim zdaniem wzmacniaczem dość uniwersalnym. W moim zestawie nie było takiego połączenia, który nazwałbym nieudanym. Gra jednak trochę swoją manierą (rozjaśnionej, nieco suchej średnicy, zagęszczonego scenicznie przekazu) i nie oddaje tak dobrze źródła. Z jednej strony czyni to go właśnie bardziej bezpiecznym wyborem (może maskować niedoskonałości), z drugiej jednak utrudnia szczegółową personalizację toru jako całości. Nie jestem znawcą klonów Lehmanna, acz z paroma miałem przyjemność obcować i w każdym z nich w mniejszym czy większym stopniu tą manierę słyszałem. Także może taki urok tej konstrukcji?

Reasumując wywód o FCL II jestem zadowolony z jego odsłuchu. Zwłaszcza mając na względzie jego postęp w stosunku do pierwszej wersji – zaskoczył mnie tu pozytywnie. Mówiąc szczerze spodziewałem się bardziej kosmetycznych zmian, wręcz na granicy percepcji.

FCL II vs Rapture

Pierwsze wrażenie – FCL gra węziej. Też bardzo czysto, z czarnym tłem ale węziej. Rapture gra swobodniej, bardziej poukładanie, na luzie, gdzie FCL jak by musiał się spinać… a i tak nie nadrabiał tym „spięciem się” i troszkę sprawiał wrażenie przyduszonego. Będąc też mniej rozdzielczym niż Rapture. Także dynamika makro i mikro po stronie Rapture.

Oba urządzenia grają stosunkowo równo – ze wskazaniem na Rapture. FCL moim zdaniem trochę promuje wyższą średnicę i górę, rozjaśniając przekaz.

Holografia to jeden z większych atutów Rapture. Oba wzmacniacze grają bardzo czysto, ale Rapek lepiej sobie radzi z separacją. Gdzie w FCL czasem instrumenty się nieco zakrywają, zlepiają. Zapewne to zasługa bardziej napowietrzonej i lepiej poukładanej (trójwymiarowo – choć FCL wcale nie gra scenicznie płasko!) sceny Rapture. Dzięki temu uzyskujemy też większą szczegółowość – łatwiej niż w FCL wychwycić smaczki, niuanse nagrania.

Góra FCL jest ostrzejsza. Ta w Rapture jest bardziej zaokrąglona, bardziej dla mnie naturalna (grubsze blachy, bez cyfrowego nalotu) i przy tym bardziej rozdzielcza. FCL w tym porównaniu troszkę zlepia górę. Przy tym cyfrowym nalocie i ostrości góra FCL staje się bardziej agresywna. Gdzie w Rapture jest łagodniejsza, taka analogowa i bardziej zróżnicowana.

Średnica FCL jest nieco bardziej sucha, matowa. Słychać tu większy nacisk na wyższą średnicę, a mniejszy na niższą niż w Rapku. Dla mnie daje to efekt tej suchości, a także i agresywności. Rapture tu w moim odczuciu jest bardziej naturalny. Pełniejszy, przy zachowaniu równowagi tonalnej. Bardziej nasycony… coś jak 16mln kolorów przy 256k (no może przesadzam ze skalą różnic, ale analogia trafna).

O dziwo (obawiałem się, że przez tą matowość będzie tu inaczej) wokal w obu urządzeniach jest bardzo dobry. Jednak FCL wydał mi się trochę bardziej to gardłowy, a to czasem suchy. Jak wspominałem powyżej nie na każdym wokalu to się daje we znaki. Na pewno wokal jest bardziej szorstki, a w Rapture gładki. Nie jest to duża różnica. Też nie potrafię powiedzieć czy jeden za bardzo gładzi czy drugi „ochrypia”. Sting czy Nosowska nigdy mi bezpośrednio do ucha nie śpiewali 🙂 Zwłaszcza, że różnica niewielka. Podsumowując, pomimo czasem zastrzeżeń w stosunku do FCL – oba urządzenia wokale prezentują przednie!

Dolne rejestry oba mają wyśmienite. Rapek trochę lepiej kontroluje to pasmo. Ale zejście, zróżnicowanie jest na podobnym poziomie. Rapek ma ten dół trochę pełniejszy (więc FCL stosunkowo nieco bardziej kartonowy), bardziej dynamiczny.

Rapture jest wzmacniaczem bardziej transparentnym, w sensie oddawania charakteru źródła. Łatwiej na nim wychwycić wszelkie zmiany, jak np. zmiany okablowania. FCL trochę te zmiany maskuje narzucając nieco swoją manierę, o której wspomniałem powyżej.

Znów jednak pojawia się tu aspekt ceny i powiedzenie „lepsze wrogiem dobrego”… ale nie za darmo. Jak więc wypadają nasi bohaterowie z tej samej półki cenowej?

The Wire vs FatCubeLinear II

Zaczynając tradycyjnie… czyli pierwsze wrażenie. The Wire gra dźwiękiem bardziej nasyconym oraz przestrzennym niż FCL.

The Wire gra szerzej, z większą ilością powietrza i nieco czystszego powietrza. Daje wrażenie lepszego panowania nad słuchawkami. Obchodzi się z nimi swobodniej. Nie zagęszcza i nie zbija instrumentów jak w gęstszych kawałkach zdarza się FCL. Prezentuje wyraźniejszą separację i ułatwia lokalizację źródeł. Ale z kolei rzuca bardziej na twarz wszystko – gra bliżej i bardziej płasko scenicznie. FCL zdecydowanie bardziej różnicuje głębię i całościowo ma bardziej naturalną holografię. Naturalniejszy jest kształt i ułożenie instrumentów na scenie, mimo kilku gorszych technicznie aspektów (separacja, lokalizacja, swoboda w kreowaniu sceny). Także tu remis. Bo tu FCL bardziej się „pozlepia”, a The Wire swobodnie zagra… ale natomiast gdzie indziej The Wire zmęczy rzucaniem na twarz (choć nie w każdym zestawieniu), gdy FCL zróżnicuje naturalniej wgłąb, kiedy na scenie znajdzie się wiele instrumentów. The Wire technicznie wydaje mi się tu lepszy, acz FCL bezpieczniejszy z punktu widzenia synergii z pozostałymi elementami toru.

The Wire ma w mojej ocenie ciekawszą (dla mnie bardziej naturalną) barwę. Jest bardziej nasycony. Dodatkowo gra dynamiczniej i bardziej rozdzielczo. FCL barwowo jest nieco agresywniejszy (ostrzejsza góra, nieco sucha i rozjaśniona średnica).

Góra. FCL rozciąga to pasmo minimalnie wyżej, jest jaśniej. W słabych nagraniach jest agresywniejszy i mniej wybacza niż The Wire – może nieprzyjemnie zakuć w ostrzejszych np. metalowych kawałkach. The Wire ma bardziej zróżnicowaną górę, naturalniejszą (mniej cyfrowego nalotu) oraz bardziej rozdzielczą (nieco się jednak bardziej klei w FCL). W FCL góra wydała mi się nieco bardziej chaotyczna scenicznie – rozprzestrzeniona, zamiast z jasnym źródłem.

Środek The Wire jest bardziej nasycony, barwny. Potwierdza się, że FCL jednak gra trochę tą manierą suchego / matowego środka. Też tu czuć pójście FCL nieco w jasną stronę mocy, co w połączeniu z matowością daje efekt odchudzenia. Np. gitary akustyczne na The Wire miały zarówno większą, bardziej naturalną masę, z zachowaniem odpowiedniego pazurka na wykończeniu. FCL w tym porównaniu w niektórych kawałkach potrafił „mandolinkować”. „Drut” gra dynamiczniej. Wokale podobnie jak w konfrontacji Rapture vs FCL – oba wyborne, choć częściej wybierałem ten The Wire jako głębszy i pełniejszy.

Dół – ponownie wydaje się nieco kartonowy po stronie FCL, a pełniejszy w The Wire. The Wire bardziej miękki, gdy w FCL taki po „niemiecku” surowy. Mimo miękkości w The Wire wydaje się być lepiej kontrolowany. Jest dynamiczniejszy, ma większy impact. Jednak to w FCL jest on bardziej zróżnicowany, gdzie The Wire czasem zbyt zbliżał do siebie charakter poszczególnych bębnów.

Jak widać porównanie obu wzmacniaczy nie jest tak jednoznaczne. Mamy bardzo selektywne granie, wyłapywanie każdego elementu nagrania jak na tacy, przy jednoczesnej naturalnej barwie – czyli The Wire. Granie swobodniejsze i dynamiczniejsze. Akceptując rzucanie tymi szczegółami na twarz, z dość słabą głębią – co może męczyć na dłuższą metę w pewnych gatunkach muzycznych i przy gorszej synergii z resztą toru.

Z drugiej strony mamy spójniejszą holografię, acz z akceptacją większego ryzyka „zlepienia” instrumentów oraz bardziej matowego, szarego grania – co z kolei może się znudzić na dłuższą metę dając ten „tranzystorowy narzut”, zmniejszając transparentność.

FCL wydaje się bezpieczniejszym wyborem z jednej strony, acz przy złapaniu dobrej synergii to The Wire moim zdaniem więcej wyciśnie z naszych słuchawek. The Wire zagra w takim przypadku jednak pełniej, swobodniej, dostojniej – gdzie FCL pozostanie stosunkowo ostrzejszy, bardziej nerwowy i z bardziej matową barwą.

Dla każdego coś miłego… niemniej w cenie do 1000pln moim zdaniem obie pozycje są odsłuchowym „must have”!

Summa summarum

Nie patrząc na finanse to jednak Rapture jest niewątpliwym zwycięzcą mojego porównania. W jakiej skali? Chciałem to w jakiś sposób  wypunktować, acz ostatecznie świadomie z tego zrezygnowałem w kontekście poszczególnych elementów. Dla mnie spora różnica w jakimś aspekcie może dla kogoś okazać się minimalną, dla mnie 20% lepsza rozdzielczość dla kogoś może być jedynie 5%. W tym hobby nie ma sensu punktować „wymiernie”, ilościowo różnic pomiędzy sprzętami. Zwłaszcza sprzętami już wysokiej klasy. To się moim zdaniem nie sprawdza, tylko ocena jakościowa jest tu możliwa. Niemniej aby zobrazować moje odczucia całościowego odbioru urządzeń i różnic między nimi postanowiłem dać oceny końcowe. Nie koncentrując się na poszczególnych aspektach, a dając punktację końcową, odzwierciedlającą oceny w moim osobistym rankingu.

Tak Rapture w niektórych aspektach bardziej, w niektórych mniej górował nad konkurentami – całościowo jednak będąc dla mnie wzmacniaczem po prostu lepszym. Nie przegrał w żadnej konkurencji. Stąd osobiście uważam, że jest wart swojej ceny – co potwierdza fakt, że na moim biurku pozostał. Pozostał póki co, bo ciągle bardzo chcę go skonfrontować z dziełem Chickenka (nazwy mi póki co nieznanej) i Majkela (Headonic). Nie ma sprzętów idealnych, wierzę, że zawsze da się lepiej, nawet jeśli osobiście jeszcze lepiej nie słyszałem (bo nie słyszałem wszystkiego).

Jednak idąc na zakupy zawsze mamy określony budżet. W takich przypadkach też nie ma co płakać – pozostałe dwa urządzenia są też zdecydowanie z wysokiej półki. W moim osobistym rankingu to jednak The Wire wdrapał się wyżej niż FCL II. Zgrał się dobrze z moimi słuchawkami (dt990 600ohm), odpychając stwierdzone przeze mnie wady na dalszy plan. Wyciągnął z nich po prostu więcej (swoboda w kreowaniu sceny, dynamika, rozdzielczość) i lepiej wpisał się w moje preferencje (barwa). Niemniej na pewno w niektórych przypadkach to FCL II może się okazać lepszym wyborem – dlaczego mam nadzieje wynika z mojego porównania.

Nie pozostaje mi nic innego jak zarekomendować wszystkie trzy urządzenia. Czytajcie, najlepiej samemu słuchajcie i wybierajcie! Bo jest z czego wybierać!

Wiadomo, że ocena recenzencka ma dużą dawkę subiektywizmu – związaną z preferencjami oraz punktem odniesienia. Najbardziej narażonymi na to aspektami są moim zdaniem takie pojęcia jak barwa, naturalność, neutralność , sposób prezentacji, ułożenia sceny. Stąd aby umożliwić interpretację mojej opinii warto spojrzeć na sprzęt jaki wybrałem prywatnie (i jaki miałem historycznie, czyli co zostało wyparte przez co) – powie co nieco właśnie o preferencjach i punkcie odniesienia.
Stąd przy listach plusów i minusów pojęcia, które moim zdaniem najbardziej narażone są na subiektywizm oznaczyłem (S).

Też należy zwrócić uwagę, że końcowy efekt dla słuchacza daje cały tor. Poniższe cechy dotyczą stricte recenzowanego sprzętu, a nie efektu finalnego. Dla przykładu podłączając „ciemną masę” do wzmacniacza, który uważam, że ma nieco ostrą i jasną górę wcale nie da w końcowym efekcie jasności i niestrawnej ostrości. A jest to po prostu jasna i ostra góra w stosunku to mojego punktu odniesienia i mojego poczucia naturalności i neutralności tego pasma, sprzętu idealnego. Stąd pamiętajmy, że synergia gra zawsze bardzo ważną rolę.

Podsumujmy więc największe zalety naszych sprzętów jak i zidentyfikowane obszary do poprawy. Minusy są zaprezentowane w kolejności dla mnie najbardziej wpływających na ocenę końcową – starając się w ten sposób zobrazować skalę „problemu”. Niemniej podawane są one w sposób bezwzględny (nie patrząc np. na cenę urządzenia) – ocenę względną znajdziecie niżej.

Rapture
Plusy
+bardzo dobra holografia, czytelna separacja instrumentów i lokalizacja źródeł
+rozmach i swoboda sceniczna (duże napowietrzenie, szerokość sceny, a właściwie jej trójwymiarowość)
+dynamika w skali makro
+dynamika w skali mikro (bardzo dobra rozdzielczość)
+bardzo dobra szybkość i kontrola
+czystość, czarne tło
+równa prezentacja wszystkich pasm
+bardzo dobrze oddający podawany sygnał („transparentny”)
+(S)wypełniony, nasycony, naturalny przekaz z odrobina lampowej „magii”
+(S)naturalne, głębokie, gładkie wokale

Minusy
-na pewno da się lepiej

The Wire
Plusy
+czytelna separacja instrumentów i lokalizacja źródeł
+rozmach i swoboda sceniczna (duże napowietrzenie, szerokość sceny)
+czystość, czarne tło
+dynamika w skali makro
+dynamika w skali mikro (bardzo dobra rozdzielczość)
+bardzo dobra szybkość i kontrola
+równa prezentacja wszystkich pasm
+bardzo dobrze oddający podawany sygnał („transparentny”)
+(S)wypełniony, nasycony, naturalny przekaz
+(S)naturalne, głębokie, gładkie wokale
+w swojej kategorii cenowej rewelacyjna pozycja

Minusy
-braki w kreowaniu głębi, spłaszczenie sceny
-(S)sposób prezentacji (scena blisko, granie „na twarz”), co w niektórych połączeniach daje agresywny styl
-minimalne zlepianie w górnych rejestrach
-dół mógłby schodzić nieco niżej i być nieco bardziej zróżnicowany
-(S)nieco ostra, konturowa góra

FCL II
Plusy
+czystość, czarne tło
+dobra, naturalna holografia
+spójna, trójwymiarowa scena
+więcej niż poprawna dynamika
+(S)bardzo dobre, głębokie wokale
+(S)lekko ocieplony i barwny przekaz
+bogaty, zróżnicowany dół
+duża uniwersalność, łatwość w uzyskaniu synergii
+w swojej kategorii cenowej bardzo dobra pozycja

Minusy
-czasem braki w czytelności separacji instrumentów (odczuwalne przy gęstszych kawałkach)
-nieco zmniejszona przestrzeń, (S)kameralna scena
-minimalne zlepianie w górnych rejestrach, które czasem sprawiają wrażenie lekko chaotycznych (lokalizacyjnie)
-(S)minimalnie „tranzystorowa” maniera – minimalnie zmatowiona średnica czasem dająca poczucie gardłowych lub suchych wokali czy nieco odchudzonych instrumentów (np. gitara akustyczna) – ten ostatni element występował bardzo sporadycznie
-(S)nieco ostra góra, która mało wybacza słabszym nagraniom

Moja obiecana ocena ilościowa – bezwzględna, nie biorąc pod uwagę ceny:
Rapture Final: 90%
The Wire: 82,5%
FCL II: 72,5%

Ocena z uwzględnieniem ceny urządzeń (podane orientacyjnie – szczegóły na początku tesktu):
Rapture Final (2500pln): 90%
The Wire (900pln): 87,5%
FCL II (900pln): 77,5%

Natomiast dla naszych konstruktorów ogromne gratulacje! Przede wszystkim dlatego, że żadne urządzenie nie zawiodło. The Wire zaskoczył pozytywnie (słuchałem po raz pierwszy), a FCL II i Rapture poszły moim zdaniem zdecydowanie do przodu w stosunku do swoich pierwszych wersji. A to bardzo dobrze zwiastuje na przyszłość… kolejne rewizje, kolejne wzniesienia się na górki… może przetasowania w moim i Waszym rankingu? 🙂 Tego sobie i Wam drodzy słuchacze życzę.

Poniżej dla cierpliwych słowo od Bamboszka odnośnie The Wire (jako, że to chyba pierwsza recenzja tego urządzenia w Polsce):

Rodzina The Wire została zaprojektowany przez opc z forum diyaudio.com . Głównym założeniem autora było zaprojektowanie wzmacniacza który działałby jak kabel ze wzmocnieniem prądowym. Recenzowana wersja Single Ended jest w stanie dostarczyć około 2W na kanał przy 64 omach co powinno wystarczyć do napędzenia większości słuchawek. Dla bardziej wymagających jest wersja zbalansowana wzmacniacza która jest w stanie dostarczyć drugie tyle czyli 4W na kanał. Standardowo wzmacniacz posiada wzmocnienie ustawione na x1. Do budowy wzmacniacza wykorzystałem elementy najwyższej klasy – zaczynając od rezystorów thin flim 0.1% Susumu, Vishay, Panasonic, ceramików X7R od Muraty, TDK, Taiyo Yuden, przez transformator do zastosowań audio od toroidy.pl, jacku Neutrika czy kończąc na takich drobnostkach jak gniazdo sieciowe Schurtera czy włącznik Cherry 😉

O FCL i Rapture wiemy już więcej, niemniej zachęcam konstruktorów do uchylenia rąbka tajemnicy z ich strony w komentarzach.

Reklamy