Wstęp

Praktycznie nigdy nie było mi po drodze z filozofią prezentowania dźwięku w urządzeniach firmy FiiO. A to za cyfrowo, a to za ciepło. Z reguły były to bardzo solidne urządzenia w swoim budżecie, jednak po prostu nie dla mnie. Ale gdy dzięki uprzejmości sklepu Audeos trafiła mi się okazja przetestowania ich flagowego odtwarzacza, nie mogłem sobie odmówić. W końcu „empetrójka” za 1.490,00 zł, to nie w kaszę dmuchał.

Fiio X5 – zanim się do niego zabrałem stanowił pewną niewiadomą, ze względu na podzielone opinie w internecie. Najpierw było dużo szumu, później cisza, a ostatnio znów wraca do łask. Ciepły, neutralny, beznadziejny w obsłudze, intuicyjny, co tylko się chce. I bądź tu człowieku mądry i wyrób sobie zdanie bez słuchania.

Wygląd i wyposażenie

Póki się przystąpi do odsłuchu, trzeba jednak wszystko wypakować.

Z wierzchu mamy kartonowe pudełeczko, w środku grajek, papiery i trochę kabelków. Schludnie, bez wodotrysków i ładowania się w jedwabne wyściółki podnoszące i tak już niemały koszt. W bonusie X5 ma zgrabne silikonowe etui chroniące sprzęt, co niestety nie jest standardem u konkurencji.

I o etui jedno zdanie – o ile świetnie się sprawdza w domu, jednocześnie chroniąc i dając natychmiastowy dostęp do wszystkich funkcji (z wyjątkiem obu gniazd na karty pamięci), to do użytku poza domem bym się raczej zaopatrzył w skórzane etui FiiO HS9 ochraniające wyświetlacz. Dlaczego? O tym będzie troszkę niżej.

Wracając do pozostałego wyposażenia, to otrzymujemy właściwie wszystko co jest niezbędne, a wręcz jest na bogato: przewód USB; adaptery: do urządzeń USB OTG oraz na przewód koncentryczny; czytnik kart pamięci, gdyby dwie karty z naszą muzyką, to było jednak za mało. Czego jeszcze więcej trzeba? Może właśnie karty mSD w standardzie, skoro X5 nie ma pamięci wewnętrznej dostępnej dla użytkownika.

Ergonomia

Sam odtwarzacz jest całkiem sporą i ciężką bryłą aluminium, zdecydowanie dla ludzi, którzy lubią poczuć w ręku solidny sprzęt. Wszystko jest bardzo ładnie spasowane i wykończone. Nie ma mowy o poluzowanych przyciskach czy trzeszczących łączeniach. Obawę może budzić jedynie ekran wysunięty lekko ponad linię obudowy. Prawdopodobnie w środku nie było już dla niego miejsca, jednak do podróży zdecydowanie zalecałbym wcześniej wspomniany ochraniacz.

Dla mnie ważna i przyjemna informacja – całość jest sterowana przez przyciski, żadnych dotykowych ekranów. Na lewym boku mamy kontrolę głośności; na górze jest włącznik/wyłącznik, wyjście słuchawkowe i dwa line-outy – tradycyjny 3,5 mm oraz coaxialny (obsługiwany przez dołączoną przejściówkę). Natomiast dół został zarezerwowany na dwa sloty kart pamięci microSD, nie jest więc problemem wrzucenie 256GB muzyki, oraz gniazdo micoUSB służące do ładowania urządzenia, przenoszenia plików oraz podpięcia X5 do komputera jako zewnętrznej karty dźwiękowej.

Przód, to sławetna już „kuchenka gazowa”, czyli kółko nawigacyjne, przypominające stare iPody, otoczone czterema przyciskami rozmieszczonymi w formie litery X (nawiązanie do nazwy urządzenia) odpowiadającymi za zmianę utworów, cofanie przy nawigowaniu oraz podstawowe opcje podczas odtwarzania. Nie trzeba zagłębiać się w instrukcję by szybko zapoznać się z obsługą.

X5 uruchamia się całkiem szybko i już po kilku sekundach zaczynamy zabawę. Całość chodzi płynnie i pewnie. Jedynie przy korzystaniu z kółka można czasami mieć wrażenie lekkiego „ślizgania” się po menu, przez co sporadycznie zdarzało mi się przeskoczyć o jedną pozycję za daleko.

Oprogramowanie jak najbardziej może się podobać. Schludne, czytelne, nie trzeba się zastanawiać co gdzie jest – ergonomicznie świetna robota. Nie ma jednak róży bez kolców. Brakuje mi menu w języku polskim. Nie potrzebuję go i ze względu na łatwość poruszania się oraz czytelne ikonki raczej nie jest to potrzebne nawet dla osób niezaznajomionych z językiem Szekspira, ale miło by było zobaczyć nasze ogonki w opcjach. Druga wada może być już męcząca: nie ma znanej z iPodów opcji szybkiego przechodzenia w dół oraz górę listy płyt i utworów. Mając na karcie 30 albumów niezbyt przydatna rzecz, przy 300 już trzeba się kciukiem nakręcić na kółku.

Należy jednak oddać FiiO, że dba o klienta i często uaktualnia firmware, więc może obu rzeczy się doczekamy?

Odsłuchy

Ale skoro już wszystko zostało obejrzane, wymacane, poklikane i popodpinane, to czas na najważniejszą rzecz, czyli w końcu gra muzyka!

No, prawie… Najpierw papierologia:

Jedna z najważniejszych rzeczy, to informacja o wersji oprogramowania: w trakcie testowania używałem FW 2.2. Jest to o tyle istotne, że X5 zmienia brzmienie zależnie od zainstalowanej wersji. Aktualnie ta jest najnowsza, ogólnie uważana za najlepszą i przy niej pozostaję.

Jako główne słuchawki do odsłuchów posłużyły Custom Art Pro330 v2. W dalszej kolejności Phonak Audeo PFE112 oraz nauszne od Audio-Technica: ATH-AD700X oraz ATH-A500X. Do tego garść towaru z Państwa Środka.

Za zewnętrzy wzmacniacz robiła hybryda Sense G5.

Materiał muzyczny różny. Od „Czterech pór roku” Vivaldiego w wykonaniu Mariko Senju, przez muzykę Schillera i Roxette, po płyty Samaela czy Fear Factory.

 

Formalności załatwione, czas podpiąć customy i wcisnąć play…

Co się pierwsze rzuca w uszy, to bardzo niski poziom szumów. Na niskim wzmocnieniu i przy głośności powyżej 5 muzyka zaczyna całkowicie je przysłaniać. Czy te 5 to dużo, czy mało? Stopni głośności jest 120, więc moim zdaniem FiiO odwaliło kawał porządnej roboty. W końcu miałem nocą przy sobie odtwarzacz, na którym mogłem z przyjemnością cicho słuchać muzyki.

I właśnie, to jest słowo klucz odnośnie sposobu grania FiiO X5 – przyjemność. Nie jest to granie do bólu neutralne mające zadowolić purystów dźwiękowych, nie ma walenia basem wpisujące się w gusta fanów pewnego znanego doktora. Jest za to niezwykle miła sygnatura dająca radość ze słuchania muzyki.

Przede wszystkim można zauważyć ocieplenie dźwięku, nadające muzyce miękkość i swobodną płynność. Nie należy tego jednak mylić z niską dynamiką czy muleniem. Nic z tych rzeczy. Wszystko jest szybkie, czytelne i szczegółowe. Po prostu tych szczegółów nie rzuca się nam w twarz, a dźwięki są wyraźnie nasycone. Wystarczy jednak wyciągnąć rękę by sięgnąć po smaczki z nagrań. Co prawda ze słabego materiału wiele nie uratuje, ale i tak X5 można uznać za dość wybaczający odtwarzacz.

Bardzo dobrze się to komponuje z kreowaną sceną. Dostajemy coś, co bym określił udanym kompromisem pomiędzy jej głębią a szerokością. Z jednej strony nie mamy uczucia klaustrofobii, gdyż instrumenty ładnie rozchodzą się na boki bez nadmiernego rozdmuchania ich na boki, którego nie cierpię. Układane są też one ładnie na lewo i prawo, nie robiąc papki z dźwięku. Z drugiej strony mamy ciekawie poukładaną scenę w głąb. Opisałbym ją jako intrygującą, gdyż nie tyle są to płynne przejścia w przód i tył, co ustawione plany jeden za drugim z przestrzenią pomiędzy nimi. Podczas odsłuchów często miałem wrażenie, że wokal mam lekko przed sobą, trochę dalej oddalone skrzypce, a gdzieś z tyłu głowy rozbrzmiewały klawisze, nic na siebie nie nachodziło, tylko brzmiało w uroczej harmonii. Bardzo ciekawe i, słowo klucz, przyjemne.

Obok tego otrzymujemy coś, co można nazwać delikatnie odwróconym U, czyli średnie tony są wysunięte nieco przed szereg. Czy to źle? Dla mnie wręcz przeciwnie, taką sygnaturę lubię najbardziej, gdyż właśnie na średnicy najwięcej się dzieje.

Ale cóż to jest za średnica! Powabna, jedwabista, przyjemnie delikatnie słodka. A przy tym jest mocna, wyrazista i dynamiczna. To jak brzmi wokal takiej Loreeny McKennitt, to po prostu ambrozja dla uszu. I tak, wiem, uprawiam teraz audio-poezję. Jednak moim zdaniem zakochanemu wolno, a właśnie to mnie spotkało: zakochałem się w średnicy X5 w połączeniu z CA Pro330. Właściwie tylko dla niej mógłbym rozważyć zakup tego odtwarzacza FiiO.

Nie samymi tonami średnimi jednak człowiek żyje, więc spójrzmy nieco wyżej. Najważniejsze jest to, że górne partie pasma nie są przytłoczone średnicą. Ciągle są dobrze wypełnione, czyste, ładnie się rozciągają, a w połączeniu z odpowiednim materiałem mają wręcz strukturę kryształu, że tak zacytuję klasyka. Co istotne, nie raczą nas przy tym sybilizacją. Koncerty skrzypcowe na X5, to czysta… tak jest, przyjemność.

I przychodzi pora na bas. Na pewno niejednego rozczaruję, gdyż nie jest to coraz częściej poszukiwany „bass” (któż by się spodziewał, że tylu fanów ryb wśród miłośników muzyki). Nie ma uderzenia niczym młot, szyby się nie trzęsą gdy słuchamy na dokanałówkach. Otrzymujemy za to coś, co dla wielu producentów powinno uchodzić za wzór. Tony niskie są zróżnicowane, sprężyste i dobrze oddające treść, bez popadania w pompatyczne łomotanie. Zamiast szalonego podbicia na midbasie, dostajemy ładne zejście w głąb. Dzięki temu momentami bardziej czuć ten bas niż słychać. Cóż za wspaniałe dopełnienie reszty muzyki.

Jednak pod takie odwrócone U też trzeba dobrać słuchawki. Moje ulubione domowe nauszniki, czyli ATH-AD700X średnio się zgrywały z X5, gdyż stawiają na te same akcenty. Zostałem więc uraczony nadmiernie wypchniętą średnicą, zbyt szklistą górą i pewnym ubytkiem na basie. Zewnętrzny wzmacniacz hybrydowy pomagał, ale to jednak nie to. Za to ATH-A500X zagrały tak, jak ich nigdy o to nie podejrzewałem. Same grają V, a z FiiO zaczęły tworzyć małą zaczarowaną muzykę (jak na miarę swoich możliwości), choć to niby moje okazjonalne słuchawki tylko do gier i filmów. Oczywiście ograniczały grajka, ale gdy na stałe zagości u mnie X5, to i niewątpliwie pięćsetki wymienię na odpowiadający im wyższy numerek, bo po prostu będzie warto.

Funkcja DAC

A jak X5 sprawuje się jako DAC? Nie bawiąc się w półśrodki od razu wgrałem sterowniki jakie wyszły spod ręki naszego rodzimego Mikołaja i zacząłem zabawę.

I cóż, zdecydowanie mógłbym żyć z takim dźwiękiem na co dzień. Ciągle lekko ocieplony, pełny i relaksujący, choć jakby bardziej wyrównany niż bezpośrednio z dziurki słuchawkowej. Zachowuje więc swoją sygnaturę, nie zostawiając nas z niewiadomym. Do tego dokłada obsługę gęstych plików do 192kHz/24b i jedyne co zostaje, to słuchanie muzyki.

Sama praca przetwornika jest bez zarzutu. Żadnych zawieszeń, rozłączania, zakłóceń, ani innych tego typu historii. Jest to urządzenie typu „podłącz i zapomnij”.

Podsumowanie

Kończąc chyba pozostaje napisać tylko jedno – może i nie jest to tania empetrójka, ale za to cholernie dobra empetrójka. Świetnie wykonana, rewelacyjnie brzmiąca, posiadająca funkcję DAC i spory zapas mocy. Po zestawieniu plusów te półtorej tysiąca wcale nie wygląda tak straszliwie.

Przed testem byłem nieco sceptycznie nastawiony, jednak teraz FiiO X5 jest na drugim miejscu wśród mojej listy zakupów wśród sprzętów audio. I prędzej czy później wyląduje u mnie na stałe, choćby tylko do napędzania CA Pro330, bo jak dla mnie, to niemal idealna para (niemal, bo ideałów nie ma).

Tak więc okres testowania X5, była to dla mnie czysta przyjemność (nie wiem czy już o tym wspominałem), tylko kieszeń zaczyna się robić gorąca. Ale niech się robi, idą chłody, więc może.

 

MuzoStajnia dziękuje za wypożyczenie sprzętu do testów sklepowi

Audeos

Reklamy