Jest mi niezmiernie miło, że mamy podobne poglądy na świat.  Fajnie jest dzielić to hobby wspólnie z kolegami z całej Polski, jednakowoż z tym hobby to ja mam cały czas jakiś problem. Teoretycznie stać mnie finansowo na różne zestawy słuchawkowe, lecz pociąg w stronę audio kosztem czasu i uwagi na inne ważne rzeczy cały czas mnie trapi.

Przyznam, iż kiedyś miałem poważny system hi-fi lampowy i po uważnym przemyśleniu jego oddziaływania na moje życie… sprzedałem go jednego dnia . Ze specjalnym stolikiem z kamienia, kablami zasilającymi, kondycjonerem, etc.. Czyli po prostu z całą misternie nazbieraną audiofilską biżuterią. Odczułem ulgę.

Po jakimś czasie wszedłem w posiadanie prostego zestawu z ery lat 80-tych, rasowanego przez niejakiego Grzegorza „GregAudio”. Ten blisko 30-letni w metryce sprzęcik przestawił mi tory poszukiwań, a raczej je zamknął. Od tego momentu nie odczuwam potrzeby zmiany sprzętu. Słucham sobie na nim muzyki. Po prostu. I to za przysłowiowe grosze. Stwarza to okazję do kupowania coraz częściej ciekawych CD i LP bardzo okazyjnie, bo dzisiejsi słuchacze częściej preferują zripowane dane na twardych dyskach swoich komputerów wszakże. I ja na tym korzystam. A sprzętowo to ja jestem miłośnikiem starych sprzętów, które mogą grać muzykę już bez słuchania „audiofilskiego”, więc np. stare dobre przetworniki jak PCM56, 61, AD1865, TDA1540, TDA1541. Wtedy LP był ideałem, a nie ilość bitów słowa bitowego oraz rozdzielczość na górze pasma, szerokość sceny, separacja, etc.. Muzyka to tak naprawdę inne emocje. To barwa, feeling i timig. Tak gra czarna płyta, tak grają dobre starsze sprzęty.  Uwielbiam to.

Ale nasze czasy obfitują w pokusy, aby odchodzić od prawdziwej harmonii – w tym przypadku wydawania środków pieniężnych ponad naszą miarę i trwonienia czasu bez sensu. Słuchamy często muzyki dużo i niedbale, nie zwracając uwagi na jej właściwy dobór i przygotowanie psychiczne do jej odbioru. Nie znajdujemy też często czasu i właściwej uwagi na faktyczne celebrowanie muzyki, tej właśnie najlepszej i w ciekawym wydaniu.  Na faktyczne przeżycie czegoś wyjątkowego, niemal mistycznego spotkania z muzyką.

Czy jednak droga miłośnika muzyki i sprzętu do jej odtwarzania musi się wiązać z nigdy nie kończącym się pochodem w drodze do budowania „optymalnego” toru audio?

Czy ta „audiofilia nervosa” nie bywa właśnie takim moim demonem, odejściem w złą stronę, pretekstem do niby-hobbystycznego poszukiwania „świętego graala” właśnie ? A gdzie on tak naprawdę jest pogrzebany?

Uwielbiam muzykę – tak jak Wy – aby się przy niej relaksować. Jednakowoż odkryłem dla siebie iż mogę to robić również … w biegu. W czerwcu ukończyłem mój pierwszy oficjalnie półmaraton i moim marzeniem jest kiedyś królewski dystans, ale o tym cicho-sza 😉 Przysposobiłem sobie przy tym na nowo zapach lasu we wszystkich porach roku, jego barwy i odcienie oraz miliony innych małych rzeczy. Mam też wtedy czas na fajną, intymną rozmowę z Najwyższym. I to powoli czyni mnie chyba innym.

Nie znaczy to że nie lubię posłuchać muzyki na fajnym sprzęcie, porównać sobie kolejne ciekawe, na przykład, słuchawki, lub wzmacniacz. Poobcować z nowym, fajnym przetwornikiem DAC.  Ale chyba powoli zaczynam łapać zdrowy dystans.  I bardzo się z tego powodu cieszę.

P.S.: Serdecznie pozdrawiam Cię, jakże gościnny Manuelu – że zechciałeś abym na Twoim blogu i ja coś tam czasami skrobnął…

 

Reklamy