Aktualnie mam ostrą gonitwę w pracy – terminy nadciągają, roboty na cztery ręce, zaliczanie nadgodzin. Znaczy się, wpisuję swoją osobę w portret statystycznego Polaka. Praca jest umysłowa, więc po powrocie do domu najzwyczajniej w świecie nic mi się nie chce, po prostu mózg musi wieczorem odpocząć. Lubię wtedy opuścić rolety w oknach, zgasić światło i na słuchawkach cicho słuchać muzyki.

Na takie okazje mam jedną ulubioną płytę. Działa na mnie jak delikatna i wyrozumiała kochanka. Wie który mięsień rozluźnić przeciągając swą powabną dłonią, uśmiechnie się ciepło, przytuli i zanuci do ucha słodką melodię w tej oniryczno-erotycznej otoczce.

Choć potrafi być i bardziej drapieżna…

Właśnie w taki sposób działa na mnie płyta The Eden House „Smoke & Mirrors”. Nie jest przełomowa, nie odkrywa nowych przestrzeni muzyki, ani nawet nie próbuje udawać czegoś oryginalnego. Ba, nawet wisi na sklepowych półkach już kilka lat, ciężko więc ją nazwać świeżą.

Jednak mam ją ze sobą zawsze: na telefonie, na przenośnych grajkach, na komputerze i w ulubionych na serwisach streamingowych. Czeka na ponury dzień, zmęczenie i nostalgiczne nastroje. Nieważne, że znam ją na pamięć, że pojawia się nowa muzyka – Dym i Lustra trafiają do mnie za każdym razem.

Osobom kojarzącym Fields Of The Nephilim wyda się to znajome w swym angielsko-gotyckim klimacie. I w sumie nic dziwnego, gdyż współtwórcą tego projektu jest skądinąd znany w takich kręgach Tony Pettitt. Wraz z Stephenem Carey’em skrzyknął grupę chłopaków, wygładzili i zmiękczyli granie Nephilisów, lekko demoniczny męski wokal zastąpili zmysłowym kobiecym śpiewem w wydaniu kilku pań (w tych czasach lepiej się upewnić) i gotowe. Proste. Ale w prostocie często jest przepis na sukces.

Mnie w każdym razie przekonali.

Reklamy