Pierwszy wpis. I trochę inny niż planowałem. Poświęcony mojej pierwszej, młodzieńczej fascynacji, która tkwi we mnie aż do dnia dzisiejszego.

Nie zawsze miałem Cobaina w avie. Nie zawsze słuchałem rocka/grunge’u/metalu. Jeszcze wcześniej było „Coś”. A właściwie „Ktoś”. A właściwie „Oni”.

Dokładnie w 1990 roku w jedynej, słusznej telewizji muzycznej czyli Mtv pojawił się teledysk. A w nim taki pan w królewskich szatach, z leżaczkiem pod pachą. Pan ten spacerował po górach, w końcu rozłożył ten swój leżaczek, rozsiadł się na nim i zaczął rozkoszować się… muzyką? Nie, nie muzyką. Milczeniem. Ciszą.

„Violator”. Czerwona róża. Tak narodził się mój pierwszy kontakt z Depeche Mode. Legendą elektronicznej alternatywy. Oczywiście nabyłem tą płytę, odsłuchując ją jeszcze na CD-playerze Foniki podpiętej pod klocki Diory i kolumny Tonsila. I popłynąłem. Nawet wtedy (a miałem raptem 15 lat) nie byłbym sobą gdybym nie szperał, nie chciał się zapoznać ze wcześniejszymi dokonaniami tego zespołu. I tak oto trafiłem na „101”. Zapis ostatniego, sto pierwszego koncertu na stadionie Rose Bowl w Pasadenie, w dniu 18 czerwca 1988. Dla mnie najlepszy koncert ever. Bo to, co wtedy odwalili Gahan i spółka… Do tej pory mam to na VHS’ie.

Odszedł Alan Wilder, zaczęło się trochę ostrzejsze, gitarowe granie. Kolejne płyty DM nie były gorsze. Były inne. Ale w moim prywatnym rankingu i tak nic nie przebije „Violatora” z genialnym „Halo”.

Buty z blachami, „kółko” na głowie, czarna katana z wpiętym znaczkiem „DM” w jej klapę.

I Just Can‚t Get Enough…

Advertisements